facebook instagram Goodreads
Obsługiwane przez usługę Blogger.
  • Spis treści
  • Jeśli szukasz...
    • Przestrzeni faktu
      • kryminalistyka
        • Antropologia sądowa
        • Botanika sądowa
      • literatura faktu
      • Podróżnicze
      • Reportaż
      • Wyprawy & odkrycia
    • Przestrzeni grozy
      • Horror
      • Thriller
      • kryminał
    • Przestrzeni dla dzieci
      • Albo młodzieży
    • FANTASTYKI
      • Literatura fantasy
      • sci-fi
    • Klasyki
    • ♦ Magii na Przestrzeniach ♦
    • Pięknego wydania...
      • Komiksy
      • Picturebooki nie tylko dla dzieci
    • Wyjątkowej prozy
  • Na dokładkę
    • Audiobooki
    • * Mój dawny blog *
    • Starocie na Przestrzeniach
    • Wyzwania czytelnicze
      • Archiwalne
  • Serie
    • Dla dzieci i młodzieży
      • Strachociny
      • Szkoła przy cmentarzu
      • Wakacje z Koszmarkiem
    • Reporterskie / podróżnicze
      • Amerykańska
      • Orient Express
      • Reportaż Czarnego
      • Seria podróżnicza Wyd. Poznańskiego
      • Seria reporterska Wyd. Poznańskiego
    • Seria Dzieł Pisarzy Skandynawskich
    • Serie sci-fi i fantasy
      • Wehikuł czasu
      • Wiedźmin
  • O mnie
  • Kontakt

Przestrzenie tekstu

"To, gdzie znikasz,
ma ogromne znaczenie."

Amerykańskie parki narodowe, dzika przyroda, motyw tajemniczych zaginięć. Miałam duże nadzieje odnośnie tej książki. Czekałam tylko na odpowiednią porę roku, a początek wiosny doskonale nadaje się na podążanie leśnymi ścieżkami, wędrówki wzdłuż strumyków, czy... zagubienie się na mało uczęszczanym szlaku. To właśnie o zagubieniach, zaginięciach, często niestety ze skutkiem tragicznym, pisze Jon Billman. W Urwanym śladzie podąża tropem zaginionego Jacoba Gray'a, towarzysząc jego ojcu Randy'emu w coraz to dziwniejszych eskapadach. "Wiele spraw łatwo wyjaśnić — kogoś porwała rzeka, przysypała lawina albo zjadła puma, ktoś zamarzł lub popełnił samobójstwo". Jednak w przypadku niewytłumaczalnych zaginięć, tak zwanych "zniknięć bez śladu", trudno odgonić się od teorii spiskowych. Wielka Stopa, UFO, udział sekt. Każda taka sprawa przyciąga również rzesze jasnowidzów. Mimo trudnego tematu, przez Urwany ślad można przeprawiać się jak przez fascynującą książkę przyrodniczo-krajoznawczą. Niepowtarzalny dziki klimat, miejsca jak z filmów, bohaterowie jak z książki Krakauera Wszystko za życie. Tylko w pewnym momencie pojawia się to dziwne uczucie znużenia nieprzynoszącą nic nowego treścią. Powrotu na tę samą ścieżkę. Chciałoby się wykrzyczeć autorowi: "widziałam już ten kamień, kręcimy się w kółko". 

W amerykańskich głuszach giną setki ludzi. Nikt do końca nie zna statystyk. Nie ma również opracowanego jednolitego schematu akcji poszukiwawczo-ratowniczych. Każdy przypadek traktowany jest odrębnie, a decyzje zapadają często dopiero na miejscu zdarzenia. Jacob Gray zaginął w Parku Narodowym Olympic w stanie Waszyngton. Dosłownie: urwał się po nim ślad. Jego ojciec nie ustaje w poszukiwaniach, z których — można by wysunąć śmiałe przypuszczenie — zrobił sobie sposób na życie. Jon Billman również bardzo angażuje się w tę sprawę, wspominając przy okazji o innych podobnych lub odmiennych przypadkach zaginięć, jak i przykładach często niekonwencjonalnego poszukiwania odpowiedzi. 

Może za dużo w Urwanym śladzie było zwolenników Wielkiej Stopy, szczegółów (nazw, nazwisk), które nie wnosiły nic do całości. Za dużo ślepego podążania za jednym bohaterem, którego jakoś trudno mi było polubić. Były fragmenty, które najchętniej zupełnie bym ominęła, choć były i takie, które czytałabym w nieskończoność, bo świetnie oddawały klimat tych wszystkich miejsc i tragicznych zdarzeń. Nie umiem jednoznacznie odnieść się do książki Jona Billmana, ponieważ zaraz po jej przeczytaniu miałam ochotę zacząć od nowa, może tylko uważniej i z większą wyrozumiałością. Pewnie kiedyś to zrobię. Zacznę od nowa. Podobnie jak robią bliscy zaginionych, nie tracąc przy tym nadziei.  

***
Billamn Jon, Urwany ślad. Zaginieni w amerykańskich parkach narodowych, tłum. Martyna Tomczak, Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2025, s. 320.
17:37 2 comments

"— Chciałam cię o coś zapytać, ale chyba nie ma sensu,
pomyślisz, że zwariowałam. Powinnyśmy być posłanniczkami Slendermana.
— Jak miałybyśmy to zrobić? — spytała Anissa.
—
Powinnyśmy zabić Bellę."

Podczas gdy jej ojciec widywał w lustrze szatana, Morgan chciała być kotem. Otaczała się niewidzialnymi przyjaciółmi, jak to czasem zdarza się u dzieci — z tą różnicą, że dla Morgan byli oni zupełnie prawdziwi. Nikt nie zdiagnozował u niej dziecięcej schizofrenii. Jeszcze nie. Jeszcze przyjaźniła się z Bellą, która udawała, że też słyszy głosy. Dopóki Morgan nie poznała Anissy, Bella była jej całym światem. "Dźgałam, dźgałam, dźgałam..." Dziewczynki miały po dwanaście lat. Jedna z nich nieleczoną schizofrenię. Za ich plecami stało widmo fikcyjnego Slendermana, którego znały z opowiadań zamieszczonych na internetowym portalu creepypasta.com. Jak łatwo było w niego uwierzyć nieprzystosowanym, odstającym od innych nastolatkom, które nawzajem utwierdzały się w swojej mrocznej fascynacji. Slenderman miał być dla nich swojego rodzaju wybawicielem, choć równocześnie raczej się go bały. Jednak to w jego cieniu zrodził się pewien przerażający plan. Morgan i Anissa miały zrealizować go dokładnie 30 maja 2014 roku, w czasie świętowania urodzin Morgan, na które została zaproszona również jej dawna najlepsza przyjaciółka Bella.

"Kiciusiu, teraz". Slenderman. Internetowy demon, choroba psychiczna i zbrodnia dwunastolatek autorstwa Kathleen Hale to wstrząsający reportaż o potwornej zbrodni, o paranoi, toksycznej przyjaźni, ale głównie o chorobie i zagubieniu, a także absurdach amerykańskiego sądownictwa. Za usiłowanie zabójstwa swojej rówieśniczki Morgan Geyser groziła kara sześćdziesięciu pięciu lat więzienia. Według prawa stanu Wisconsin dwunastolatka była sądzona jako osoba dorosła. Diagnozę, która potwierdziła u Morgan dziecięcą schizofrenię postawiono zdecydowanie za późno, podobnie było z podjęciem decyzji o włączeniu leczenia farmakologicznego. "W efekcie zażywania arypiprazolu zaczęła odczuwać wyrzuty sumienia; co więcej, na własne nieszczęście, czuła już wszystko". Ale wtedy było już po wszystkim.

Kathleen Hale bardzo dokładnie przedstawiła "barwny" świat Morgan, jej przyjaźń z Bellą (a właściwie: Payton) Leutner, a później z Anissą Weier. Dokładny opis tego strasznego dnia, przesłuchania obu dziewczynek, diagnozowanie, pobyt Morgan i Anissy w zakładach, aż w końcu sam proces. "Oburzone społeczeństwo, trwające w błędnym przeświadczeniu, że doszło do zabójstwa dziecka, jakby całkiem zapominało, że Morgan i Anissa też są dziećmi". Trudno oceniać taki materiał bez osobistych moralnych odczuć oraz przemyśleń. Autorka ożywiła wszystkie potwory, jakie czaiły się za kulisami tej skandalicznej zbrodni, przedstawiła stanowiska osób pokrzywdzonych (również rodziców każdej ze stron), w dość oczywisty sposób... "tłumacząc winnych". Nie był to reportaż moich marzeń. Nie chciałabym do niego wracać, ani więcej o nim myśleć. Jednak po jego przeczytaniu wyszukałam zdjęcia dziewczynek w internecie. Imiona ożyły. I strachy też.

***
Hale Kathleen,  Slenderman. Internetowy demon, choroba psychiczna i zbrodnia dwunastolatek, tłum. Janusz Ochab, Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2024, s. 360.
16:35 No comments
"Kiedy wyjdę z tej piekielnej nory, znajdę pana.
A wtedy mi pan zapłaci."

28 czerwca 2004 roku szanowany i uwielbiany przez pacjentów lekarz z niewielkiej przychodni mieszczącej się w pobliżu miasteczka Fletcher w Karolinie Północnej, przy użyciu psiej smyczy udusił własnego ojca, obciął mu palce, a ciało porzucił na poboczu drogi. Po dokonanym morderstwie wrócił do codziennych obowiązków. Na procesie odmówił pomocy adwokatów, sam podejmując się absurdalnej próby obrony. Plącząc się w zeznaniach, nieustannie przepraszał za brak prawniczego przygotowania i zrzucał winę za popełniony czyn na "serotoninowy mózg". "Mój umysł nie działa właściwie. Potrzebuję pomocy!" Nie uznano go za niepoczytalnego (a wręcz twierdzono, że symuluje) i skazano na dożywocie. Nazywał się Vince Gilmer. Teraz na jego stanowisku, w tej samej przychodni, przyjmując tych samych zdezorientowanych pacjentów, pracuje również... doktor Gilmer. Benjamin Gilmer. Brak pokrewieństwa, za to narastający strach przed skazanym, który jeszcze przed chwilą był na jego miejscu.

"On wie, kim pan jest. Założę się, że nie jest zbyt szczęśliwy, że zabrał mu pan życie". Autor bardzo rzetelnego, niezwykle poruszającego oraz szczególnie osobistego reportażu Przypadek doktora Gilmera. Zbrodnia, medyczna zagadka i sprawiedliwość w Appalachach to ten sam Benjamin Gilmer. Nie przyjął on jednak posady po bezwzględnym mordercy, którego rzeczywiście bał się na początku swojej pracy w przychodni. Przyjął posadę — swoją drogą miejsce i nazwisko to zupełny zbieg okoliczności — po chorym mężczyźnie, któremu odmówiono sprawiedliwego wyroku, nie uwzględniając jego kondycji psychicznej. "Gdyby choroba Huntingtona została wykryta u Vince'a przed rozpoczęciem procesu, w ogóle nie zostałby skazany na karę więzienia". Benjamin postanowił poznać tajemniczą sprawę Vince'a Gilmera, z każdą chwilą coraz bardziej współczując oraz przywiązując się do schorowanego starszego mężczyzny, któremu więzienie odebrało resztki zdrowia i godności. "Nie dalej jak półtora roku temu panicznie bałem się, że ten człowiek dowie się, gdzie mieszkam. A teraz odwiedzam go w więzieniu, spędzałem z nim Święto Dziękczynienia i pozwalałem mu przytulać swoje dzieci".

Książkę czyta się niczym dobry thriller.  Ma swoje mocne momenty, ale i wzruszającą stronę.
To wzorowo poprowadzona, uporządkowana relacja z prób zrozumienia oraz oddania sprawiedliwości człowiekowi, który zamiast w więzieniu, powinien znaleźć się na oddziale psychiatrycznym, gdzie otrzymywałby niezbędną pomoc medyczną — przynajmniej przez czas, jaki mu jeszcze pozostał. Choroba Huntingtona, mająca podłoże genetyczne, jest okrutnie niewdzięczna i nie pozostawia złudzeń na wyzdrowienie. Benjamin nie tylko zajął się przypadkiem pokrzywdzonego przez amerykański sąd oraz system opieki zdrowotnej schorowanego lekarza, ale również został jego przyjacielem, czy niemal członkiem rodziny. Autor przedstawił bardzo dokładnie mozolne zabieganie o ułaskawienie Vince'a. Może momentami było tego zbyt wiele dla przeciętnego czytelnika, dla którego ta sprawa raczej nigdy nie będzie na tyle ważna, jak była dla Benjamina Gilmera. Ostanie fragmenty książki raczej się dłużyły, nie wnosząc już nic nowego do całości. Warto jednak poznać historię dwóch doktorów Gilmerów, żeby przekonać się o sile ludzkiej determinacji, wrażliwości na drugiego człowieka, czy też o tym,  jak wygląda amerykańskie podejście do więźniów dotkniętych chorobami psychicznymi.

***
Gilmer Benjamin, Przypadek doktora Gilmera. Zbrodnia, medyczna zagadka i sprawiedliwość w Appalachach, tłum. Mariusz Gądek, Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2024, s. 312.

08:31 No comments

"Wprawdzie życie Południa podszyte jest warstwą
upiornej ciemności (...)"


Boczne drogi amerykańskiego Południa. "Sypiące się domy, skupiska baraków, (...) zabite deskami sklepy", a obok tego bezmiar zapierającego dech w piersiach krajobrazu. Uprzejmość i gościnność mieszkańców (niezależnie od ich koloru skóry, czy statusu społecznego). Paul Theroux w przepiękny sposób opowiada o swoich podróżach po Głębokim Południu Ameryki. O radości ze swobody jazdy własnym samochodem ("tylko w Ameryce można ufnie podróżować bez celu"), jak i o specyficznym klimacie Południa, w którym bieda i upadek (porównywane przez niego z tymi w Afryce), wciąż napięte stosunki między białymi a czarnymi, czy niesprzyjające warunki atmosferyczne (huragany i trąby powietrzne) zahartowują, ale również sprzyjają  poszukiwaniu wytchnienia, towarzystwa oraz rozrywki w licznych kościołach, których na Południu nie brakuje. Dobre jedzenie znajdziecie w rodzinnych lokalach soul food, serwujących tradycyjne, proste posiłki, wygodny motel u Hindusa (zwykle o nazwisku Patel), a miłą atmosferę na... jarmarku broni.

"Na Południu niedziela bez mszy, jarmarku broni albo meczu futbolowego jest dniem straconym". Dlatego Paul Theroux zabiera nas i do kościoła, i na kilka jarmarków. Rozmawia z ludźmi w przydrożnych barach, z osobami żyjącymi z zasiłków, działaczami społecznymi, którzy naprawdę pomagają innym. Ludzie opowiadają mu o zbieraniu bawełny, o podziałach, dyskryminacji. A zewsząd  łypią na niego przydrożne tablice z biblijnymi cytatami. Radiowi kaznodzieje grzmią o końcu świata. Niepokoi ulotka Ku Klux Klanu ("od przeszło pięćdziesięciu lat walczymy o interesy białych chrześcijan"). W hotelu ogłoszono zagrożenie tornadem, więc mogą wystąpić trąby powietrzne.

Spoza trudnej finansowo-bytowej sytuacji amerykańskiego Południa, z opowieści autora przebijają się nostalgia i sielankowość. Zrzucam to na karb wyśmienitego stylu Theroux, pewnego rodzaju melancholijnego, romantyzującego postrzegania, jak również wielu nawiązań do literatury oraz pisarzy (głównie Faulknera). Paul Theroux to znakomity obserwator-podróżnik, ale i prawdziwy literat. Ogromnie podobały mi się opisy jarmarków broni oraz odwiedzających je mężczyzn. Każda historia, każdy detal z drogi, każde wspomnienie — często pełne humoru, albo odpowiedniej dawki powagi, odsłaniają prawdziwą twarz prowincjonalnego Głębokiego Południa. Alabama, Missisipi, Arkansas. Allendale, Greensboro. "Ciasne, liche, brzydkie domy i zdezelowane przyczepy w oprawie cudownego pejzażu, ładnych, falistych, zielonych, gęsto porośniętych lasami wzgórz i cienistych, leniwych rzek". Gdy tylko skończyłam Głębokie Południe, poczułam, że mogłabym czytać je w nieskończoność.

***
Theroux Paul, Głębokie Południe. Cztery pory roku na głuchej prowincji, tłum. Michał Szczubiałka, Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2017, s. 544.

15:21 No comments

 "Za tabletki można było kupić wszystko —
płyty DVD, lodówki, wizyty u dentysty (...)."

Zaczęło się z pozoru niewinnie — od leczenia bólu. Sam Quinones w doskonale reporterskim stylu prowadzi nas przez opiatową historię Ameryki. Od sprytnie rozreklamowanych środków, których nie mogło zabraknąć w podręcznej apteczce każdej pani domu (typu Valium), pękających w szwach gabinetów lekarskich, z których każdy mógł wyjść z receptą na wybrane środki przeciwbólowe, klinik leczenia bólu ("fabryki prochów"), po przemytniczy świat zwykłych chłopaków z Meksyku (chłopaki z Xalisco), rozwożących samochodami heroinę ("czarną smołę") w balonikach. Historie w Dreamland przeplatają się jak w kalejdoskopie, zmyślnie roztaczając przed czytelnikiem atmosferę, jaka panowała w latach 80-tych i 90-tych w USA, jak i zmierzając do ukazania okrutnych statystyk przedawkowań.

Jako punkt odniesienia Sam Quinones obrał świetnie prosperującą, tętniącą życiem pływalnię w Ohio w Portsmouth — tytułowe Dreamland, które z biegiem lat stało się smutnym symbolem amerykańskiego upadku. To, co z początku nie wzbudzało niepokoju, przerodziło się w falę uzależnień wśród młodych ludzi. Środki farmakologiczne (wszelkie opiaty, a szczególnie słynny lek OxyContin) przepisywane przez lekarzy miały tylko... koić ból. Ich silnie uzależniające właściwości, zapotrzebowanie na coraz większe dawki idące w parze z coraz dłuższymi kolejkami do przychodni lekarskich, sprawiły, że koncerny farmaceutyczne rosły w siłę, podobnie jak sąsiedzki handel lekami, czy wreszcie heroiną. Narkotyczny biznes kwitł. W latach 90-tych wielu Amerykanów zostawało przedstawicielami firm farmaceutycznych, a lekarze przepisywali te same leki w tych samych dawkach, niezależnie od dolegliwości chorego.

Nie zdawałam sobie sprawy, że temat opiatów może mnie tak wciągnąć (choć i dość przerazić). Autor przedstawił problem z wielu perspektyw, przenikając rozmaite środowiska. Jednak mimo że dowiedziałam się rzeczy, o których nie miałam pojęcia, co poszerzyło moją wiedzę o sytuacji w USA (czy o przemyśle farmaceutycznym w ogóle), to momentami miałam wrażenie, że książka jest trochę przegadana, a niektóre snujące się opowieści zaczynały mnie pod koniec męczyć, choć było to raczej moje osobiste zmęczenie tematem, niekoniecznie zaś spadek formy autora. Dreamland otwiera oczy i warto przyjrzeć się całej historii, ponieważ jest ona wciąż zatrważająco aktualna.

***
Quinones Sam, Dreamland. Opiatowa epidemia w USA, tłum. Jan Dzierzgowski, Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2016, s. 520.

10:48 No comments

"Kiedy przemawiał do tłumu, każdy ze słuchaczy miał wrażenie,
że prorok mówi bezpośrednio do niego, wyczuwa jego potrzeby duchowe,
najskrytsze nadzieje, lęki i pragnienia."


Twierdzą, że są ulubieńcami Boga. W przeciwieństwie do ich fundamentalistycznego odłamu, wyrzekają się poligamii, choć ich prorok i założyciel Kościoła Jezusa Chrystusa Świętych w Dniach Ostatnich (w skrócie LDS) Joseph Smith miał... 33 żony. Mormonizm. Najszybciej rozwijająca się religia Ameryki. Z "na wskroś amerykańską" Księgą Mormona, odwołująca się do starotestamentowych tradycji. Księgę miał przełożyć na angielski Joseph Smith, po tym jak ukazał mu się anioł Moroni. Księga Mormona wraz z Naukami i Przymierzami oraz Perłą Wielkiej Wartości to, obok Biblii, podstawowe pisma święte mormonizmu. Z religii stworzonej przez Smitha wyszło mnóstwo sekt — prorok bowiem początkowo twierdził, że Bóg przemawia do wszystkich i każdy może usłyszeć Jego głos. Z mormońskiej rodziny pochodził Dan Lafferty, zagorzały mormoński fundamentalista, który wraz z bratem Ronem, działając "zgodnie z wolą Boga", 24 lipca 1984 roku zamordowali Brendę Lafferty i jej 15-miesięczną córkę Erikę. Ta okrutna zbrodnia położyła się cieniem na świecie mormonów. Jednak nie tylko ona.

Jon Krakauer nie ogranicza się do opisu tego makabrycznego zdarzenia, które początkowo zdawało się być głównym tematem całego reportażu. Pisarz prowadzi nas przez historię mormonizmu, usiłując ukazać religijny fanatyzm, dążenie do władzy, manipulacje, hipokryzję. Bardzo interesująco przedstawia sylwetkę charyzmatycznego Josepha Smitha, opisuje objawienia, jakich doświadczył, proces powstawania Księgi Mormona. Wspomina o jego następcach, o trudnościach, z jakimi musieli zmierzyć się wyznawcy, o próbie wprowadzenia do tradycyjnego mormonizmu "nowego przykazania" — zasady wielożeństwa. Fundamentalistyczni mormoni wciąż jawnie praktykują poligamię, choć jest ona zakazana w USA. Przeraża tragedia młodych dziewcząt, które muszą wychodzić za mąż za dużo starszych mężczyzn, często blisko z nimi spokrewnionych. Przeraża również zbrodnia w rodzinie Lafferty'ch, zważywszy na tak silne podłoże religijne.

Pod sztandarem nieba Jona Krakauera to bardzo solidny i bogaty reportaż, którego tematyka wyjątkowo mnie interesuje. Krakauer nie sili się na tanie efekciarstwo (choć temat sam się o nie prosi), nie stara się zaszokować, nie stopniuje napięcia. Bardzo metodycznie przedstawia całą historię, ukazując ją na tle czasów, jakie panowały w Ameryce, kiedy rodził się mormonizm. Podobała mi się ta surowość oraz dokładność, i choć nie pogardziłabym elementem sensacyjnym, jestem pod wrażeniem, jaki ogrom pracy wykonał autor. Inny problem to... wiedza. Zanim przeczytałam Pod sztandarem nieba, wiedziałam już sporo o mormonach i mormońskich fundamentalistach. Sama zbrodnia, która z początku wydawała się być clou książki, zeszła na dalszy plan, i kiedy przyszło do jej opisywania, moje zainteresowanie nią trochę zmalało, ponieważ już byłam pełna wielu innych informacji. Cały reportaż nie porwał mnie tak, jak tego oczekiwałam, ale trudno zarzucić mu coś więcej. Dla osób, które chcą dowiedzieć się czegoś o mormonizmie będzie prawdziwą kopalnią wiedzy.
       
***
Krakauer Jon, Pod sztandarem nieba. Wiara, która zabija, tłum. Jan Dzierzgowski, Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2016, s. 392.
21:48 No comments

"— Wierzę w branie węży do rąk! - krzyknął,
gdy pieśń dobiegła końca."


Chwaląc Jezusa, piją strychninę, biorą do rąk jadowite węże, mówią językami. Wielokrotnie ukąszeni, często ze skutkiem śmiertelnym. Kim są "ludzie od węży", za którymi jeździł po Appalachach Dennis Covington, aby w rezultacie wstąpić do ich hermetycznego kościoła? Kościoła Jezusowego ze Znakami. Kościoła wężowników. Ekstatyczne modlitwy, śpiew i muzyka, a przy tym spojrzenia w stronę klatek z grzechotnikiem trzcinowym, mokasynem miedziogłowcem, czy kobrą. Nigdy wcześniej podczas czytania żadnego reportażu nie czułam, że jestem tak blisko opisanych w nim wydarzeń. Jakbym stała w drzwiach kościoła i patrzyła na szaleńców przekazujących sobie węże z rąk do rąk, w modlitewnym transie, bez lęku o konsekwencje, bo przecież tam działa Duch Święty.

"Trudno określić, czego właściwie oczekujesz, wybierając się na nabożeństwo (...) Z jednej strony chcesz, żeby gady wyjęto ze skrzynek, z drugiej — nie chcesz". Do "wężowników" zaprowadził go proces w Scottsboro, gdzie Glenn Summerford, szanowany kapłan jednej ze wspólnot (swoją drogą, działających już od lat 20. XX wieku) został oskarżony o usiłowanie zabójstwa własnej żony, która za jego sprawą była wielokrotnie kąsana przez węże. Wkrótce jednak zawodowe zainteresowanie Dennisa Covingtona przeniosło się na grunt prywatny. Nie tylko zaczął aktywnie uczestniczyć w nabożeństwach z wężami, zabierając na nie rodzinę, ale również odnalazł w swoim drzewie genealogicznym osoby, które kultywowały tę niebezpieczną i dość niezrozumiałą praktykę religijną.

Żywe opisy niesamowitych (i groźnych) nabożeństw, zwieńczanych braniem do rąk węży, historie ukąszeń, jak i świadectwo samego autora — to zdecydowanie wyróżnia Zbawienie na Sand Mountain wśród innych reportaży o amerykańskich wspólnotach religijnych. Jednak osobiste zaangażowanie Covingtona sprawiło, że cała książka stała się głównie barwną relacją pełną dialogów i szczegółowych opisów scen z kościoła. Na niektórych czytelnikach może to zrobić spore wrażenie, innych raczej zniechęci zbyt fabularny styl. W pewnym momencie ja sama czułam przesyt szczegółowo opisywanymi nabożeństwami, które nie wnosiły już nic do tematu. Chętnie poznałabym stanowiska różnych wężowników (wciąż nie rozumiem, po co im picie strychniny), a nie tylko ślepo zapatrzonych kaznodziejów oraz zaangażowanego autora, którego do dalszego praktykowania zniechęciła najwyraźniej wyłącznie postawa jednego z braci kościoła, nie zaś sama idea narażania siebie oraz innych na uszczerbek na zdrowiu podczas obcowania z wężami.

*ciekawostka: o kościele wężowników
Sharon Bolton napisała fantastyczny thriller pt. Blizna

***
Covington Dennis, Zbawienie na Sand Mountain. Nabożeństwa z wężami w południowych Appalachach, tłum. Bartosz Hlebowicz, Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2016, s. 200.

10:19 No comments

"Ludzie, którzy nigdy nie przypuszczali,
że zostaną nomadami, wyruszają w drogę."


"Łączy ich zaraźliwe przeczucie, że wokół dzieje się historia". "Starają się przetrwać w Ameryce". Nie lubią, jak mówi się o nich bezdomni. Są bezmiejscowi. Porzucają dotychczasowe życie i niewdzięczne decyzje, czy najpierw opłacić rachunek za prąd, czy wykupić leki. Pakują się do kampera i wyruszają w drogę. A droga rodzi nadzieję. Jessica Bruder, autorka fascynującego reportażu Nomadland, pisze o nich: "wagabundzi, włóczykije, wędrowni pracownicy, niespokojne duchy", podkreślając, że choć tacy ludzie istnieli zawsze, to w pewnym momencie szczególnie wpletli się w amerykański krajobraz. Nocują na parkingach hipermarketów, postojach dla ciężarówek, zaprzyjaźniają się na zlotach Rubber Tramp Rendezvous, tworząc specyficzne, niemal rodzinne więzi. Łączą ich podobny sposób życia, podobne doświadczenia, często również wiek, bo w drogę busem, który pomieści cały ich dobytek, wyruszają głównie osoby w wieku okołoemerytalnym, zdając sobie sprawę, że tylko w ten sposób mogą liczyć na godną przyszłość. I mimo że podupadają na zdrowiu przy pracy w Amazonie, na kempingach, przy sezonowych zbiorach buraka cukrowego, czy innych dorywczych pracach za niskie stawki — czują się wolni jak nigdy dotąd.

Jessica Bruder w niesamowity sposób opisała zjawisko, które dotknęło wielu Amerykanów klasy średniej, zwłaszcza po kryzysie w 2008 roku. Nomadland to historie seniorów (ale nie tylko!), którzy — głównie z powodów finansowych — zdecydowali się na życie w drodze. Jednak szczególną bohaterką reportażu jest Linda May. Autorka na jej przykładzie prowadzi czytelnika od momentu decyzji o zakupie kampera, prace, jakich podejmowała się Linda, przyjaźnie, jakie zawierała oraz źródła, z których czerpała wiedzę o życiu nomada — po wielkie marzenie Lindy, jej własny earthship, czyli recyklingowy, samowystarczalny dom, w którym będzie mogła przeżyć jesień swojego życia. Nomadland to również plejada wielu innych ciekawych postaci, opisy wydarzeń i miejsc bliskich sercom amerykańskich nomadów, jak i prawdziwy obraz pracy w Amazonie, w ramach tzw. programu CamperForce.

Ten niezwykle ciekawy, porywający i piękny literacko reportaż zwieńczony zostaje wisienką na torcie. Jessica Bruder, aby jak najlepiej oddać klimat życia nomadów, sama kupuje kampera, uczy się go prowadzić i w nim nocuje (a nie było to dla niej proste doświadczenie), podejmuje się pracy m.in. w Amazonie, czy uczestniczy w zlotach. Jej prawdziwe zaangażowanie, przyjaźń z Lindą, jak i wzruszające ostatnie strony książki sprawiają, że Nomadland i dla mnie stał się czymś więcej niż tylko porządnie skrojonym reportażem. To pozycja, którą warto... przeżyć. Bardzo amerykańska, momentami przygnębiająca, ale i wspaniale marzycielska.

***
Bruder Jessica, Nomadland. W drodze za pracą, tłum. Martyna Tomczak, Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2020, s. 280.

15:54 No comments

"Dla wielu ludzi Wschód stanowi antidotum na zachodnią anomalię,
holistyczną przeciwwagę dla naszego chaotycznego życia."


Pustynne tereny Arizony. Ośrodek Diamond Mountain, gdzie charyzmatyczny guru Michael Roach proponuje uczniom własną, alternatywną wersję buddyzmu tybetańskiego. W jednej z pobliskich jaskiń odosobnieni, odsunięci przez swoją wąską społeczność, Ian Thorson i Christie McNally oddają się medytacjom. Wkrótce Ian umiera z powodu odwodnienia i dyzenterii. Christie, była żona Michaela Roacha, jeszcze nie tak dawno równoprawna przywódczyni buddyjskiego ośrodka, za późno wzywa pomoc. Scott Carney w swoim znakomitym reportażu (nad którym praca kosztowała go dużo więcej niż przypuszczał) usiłuje odtworzyć wieloletnią drogę Iana Thorsona w stronę poszerzania duchowości, która to droga doprowadziła go ostatecznie do... śmierci. To jednak nie tylko obraz określonego stylu życia i jego konsekwencji, ale również historia narodzin fenomenu gesze Michaela Roacha, jego działalności oraz powstania ośrodka Diamond Mountain, który — o, zgrozo — w dalszym ciągu funkcjonuje.

Żeby dobrze zrozumieć motywy postępowania Iana oraz jemu podobnych, autor sięga do początków mody na kulturę Wschodu, a szczególnie na buddyzm tybetański, który w Ameryce trafił na podatny grunt. Do prześledzenia życia i kariery Michaela Roacha, jego własnej interpretacji starożytnych buddyjskich pism, do wykładów, które prowadził z początku w skromnej księgarni Three Jewels, by później wraz żoną Christie McNally założyć imponujący ośrodek Diamond Mountain. Jego nauki, znacznie odbiegające od klasycznego buddyzmu, dlatego i przystępniejsze, a dodatkowo łamiące tabu (Michael nie miał nawet poparcia Dalajlamy), były pociągające dla ludzi takich, jak Ian, amatorów medytacji, jogi, stawiających w życiu na rozwój duchowy, ale również na szeroko pojęty sukces, ponieważ właśnie to obiecywał samozwańczy gesze. Czy już śmierdzi tu Państwu sektą? Podejrzenie, że Ian trafił do sekty nie odstępowało jego matki oraz rodziny, która usilnie starała się przywrócić chłopaka na właściwe tory.

O miesiącach milczenia, chorobie medytujących zwanej lung, kulcie bogini Kali, a także zagrożeniach, jakie pojawiły się w jego własnym życiu podczas pracy nad książką — Scott Carney pisze w sposób niezwykle pasjonujący. Śmierć na Diamentowej Górze czyta się jak dobrze skonstruowaną książkę historyczno-sensacyjną, z której dowiemy się sporo z historii Ameryki, poznamy niebezpiecznie fascynujące sylwetki buddystów (gesze Michael, czy lama Christie), ale i z ekscytacją mieszającą się ze strachem prześledzimy wydarzenia, jakie doprowadziły do tak smutnego końca. Ten reportaż to również ostrzeżenie — nie tylko przed wyznaniowym fanatyzmem, ale także przed pułapkami własnego umysłu, który nieustannie szuka prawdziwego szczęścia i uniknięcia cierpienia, często u wyjątkowo złych źródeł.

***
Carney Scott, Śmierć na Diamentowej Górze. Amerykańska droga do oświecenia
, tłum. Dominika Cieśla-Szymańska, Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2016, s. 320.

11:35 No comments

"Aby mieć pewność, że adept nie zejdzie ze scjentologicznej ścieżki,
trzeba go regularnie karmić tajemnicą."

Kościół Scjentologii został zarejestrowany 18 lutego 1954 roku w Kalifornii. Jego inicjatorem, założycielem, przewodnikiem, a zarazem guru był L. Ron Hubbard, którego nauki są do dziś wyznawane i praktykowane przez rzesze scjentologów. Twórca Dianetyki, autor powieści science fiction, postać w pewien sposób chimeryczna — jak określa go sam Lawrence Wright . Do swojej nauki o umyśle i dziwacznej kosmologii, a przede wszystkim — do przekazywania organizacji pokaźnych sum pieniężnych, Hubbard przekonał wiele osób, które w rezultacie całe swoje życie poświęciły scjentologii. Wśród nich znajdziemy sylwetki celebrytów, aktorów, reżyserów. John Travolta, Tom Cruise, Paul Haggis, Kirsty Alley, Anne Archer — to tylko niektóre nazwiska znanych scjentologów. Jednak wśród wyznawców są też tacy, którzy żałują wypowiedzianej niegdyś deklaracji: "Jestem scjentologiem!". Paul Haggis, znany reżyser i scenarzysta, porzuca Kościół po wielu latach aktywnej przynależności. Ci, którzy korzystali ze świadczeń Kościoła jakoby za darmo, muszą zwrócić mu bajońskie sumy przy jego opuszczaniu. Wszelkie nieposłuszeństwo w obrębie organizacji jest okrutnie karane, choć scjentologowie zaprzeczają stosowania przemocy, przymusu, czy przetrzymywania wyznawców wbrew ich woli. Lawrence Wright bardzo dokładnie prześledził historię Kościoła Scjentologii. Dokopał się do archiwów, przeprowadził ponad dwieście wywiadów z byłymi oraz obecnymi członkami organizacji. Materiał, który zgromadził i jego opracowanie są naprawdę imponujące.

Wright zaczyna od L. Rona Hubbarda. Bardzo dokładnie obserwujemy poczynania mistrza przyszłych scjentologów. Od jego fascynacji literaturą sci-fi, przez zainteresowanie psychiką ludzką i odczytywanie stanów emocjonalnych za pomocą e-metra (potem Hubbard wykorzysta e-metr do audytowania, czyli specjalnych sesji terapeutycznych), po stworzenie rozbudowanej doktryny religijnej (Hubbard zrezygnował z określenia nauka o umyśle na rzecz religii). Wright opisuje jak to Hubbard z grupami początkujących wtedy jeszcze scjentologów żeglował po morzach, uchylając się od płacenia podatków i robiąc sobie coraz więcej wrogów pośród wielu państw. Już wtedy do jego niezarejestrowanej organizacji przystąpiło mnóstwo młodych ludzi, którzy deklarowali swoją przynależność do niej na okres... miliarda lat! Należy dodać, że na statkach Hubbarda pływały także dzieci, które potem zostawały dorosłymi scjentologami. Po zarejestrowaniu Kościoła Scjentologii na konto organizacji wpływały niebotyczne kwoty. Kościół miał coraz więcej siedzib i zrzeszał mnóstwo sławnych osobistości. Po śmierci Hubbarda (a raczej: jego wejściu na wyższy stopień wtajemniczenia), pałeczkę po nim przejął David Miscavige, i o nim również pisze Wright. Mimo że scjentologia (jak i podejście do niej) została przedstawiona tutaj pod różnymi kątami (jako system religijny, jako ruch stojący w opozycji do polityki, czy też jako atak na psychiatrię), książka Wrighta nie jest refleksją nad sensem scjentologicznych założeń i nie poświęca im szczególnie wiele uwagi. Skupia się raczej na konkretach, na sile oddziaływania metod Hubbarda oraz na negatywnych aspektach przynależności do Kościoła.

Droga do wyzwolenia... Lawrence'a Wrighta to solidna publikacja, wzór literatury faktu, którą momentami czyta się jak niezłą sensację. Pozbawiony wszelkich ubarwień i subiektywnego nalotu ton autora nadaje książce prawdziwej rzetelności i nie budzi zastrzeżeń co do wiarygodności przekazu. Czytelnik wie, że ma przed oczami rzeczywistą historię scjentologii, a w rezultacie — demaskację tego modnego, choć i kontrowersyjnego amerykańskiego ruchu. Ja Drogę do wolności... czytałam z zapartym tchem. Tym bardziej, że moja wiedza o Kościele Scjentologii była raczej niewielka. Choć ogrom informacji nie zabija refleksji, a wręcz je prowokuje, to wolę o takiej literaturze mówić z pewnego dystansu. Zamiast rozpisywać się na temat własnych wrażeń, proponuję, żebyście sami zapoznali się z książką Wrighta. Mocna. Dobrze napisana. I trochę przerażająca. Zwłaszcza w kontekście ludzkiej... naiwności.

***
Wright Lawrence, Droga do wyzwolenia. Scjentologia, Hollywood i pułapki wiary, tłum. Agnieszka Wilga, Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2015, s. 576.

08:45 No comments

Od autorki

About Me

Witaj na stronie Przestrzeni
i rozgość się.
Znajdziesz tu literaturę historyczno-podróżniczą, reportaże, klasykę grozy, tajemnicze powieści.
Często wracam również do książek dla dzieci, dobrego sci-fi, czy Stephena Kinga.

KSIĄŻKA NA DZIŚ

Wakacje wśród duchów. Antologia opowiadań o duchach

2026 Reading Challenge

2026 Reading Challenge
Przestrzenie has read 0 books toward her goal of 30 books.
hide
0 of 30 (0%)
view books

RODZAJ

  • literatura amerykańska (71)
  • literatura angielska (47)
  • literatura australijska (2)
  • literatura francuska (3)
  • literatura hiszpańska (2)
  • literatura irlandzka (5)
  • literatura koreańska (1)
  • literatura niemiecka (8)
  • literatura norweska (7)
  • literatura polska (69)
  • literatura portugalska (2)
  • literatura szwedzka (14)
  • literatura słowacka (5)

Autor

  • Abbott Rachel (4)
  • Bradbury Ray (1)
  • Christie Agatha (1)
  • Clarke Arthur C. (1)
  • Dick Philip K. (2)
  • Forster Edward Morgan (1)
  • Gaiman Neil (1)
  • Greene Graham (2)
  • Herbert Frank (1)
  • Hesse Hermann (1)
  • Hill Susan (1)
  • Jackson Shirley (2)
  • Jacobsen Roy (3)
  • Jansson Tove (2)
  • Karika Jozef (4)
  • King Stephen (7)
  • Lem Stanisław (2)
  • Link Charlotte (2)
  • Paris B. A. (3)
  • Puzyńska Katarzyna (5)
  • Sapkowski Andrzej (2)
  • Stone Tom B. (2)
  • Theroux Paul (2)
  • Urbanowicz Artur (1)
  • Ware Ruth (2)
  • Wiśniewska Ilona (3)
  • du Maurier Daphne (2)
  • Łuszczyński Dominik (8)

Ilustrator

  • Aisato Lisa
  • Chmielewska Iwona
  • Dziubak Emilia
  • Jeram Anita
  • Klassen Jon
  • Martin Emily W.
  • Rutten Mélanie

Wydawnictwo

Akapit Press Albatros Amber Bum Projekt C&T Czarne Czuczu Czwarta Strona Dowody na Istnienie Dwie Siostry Dwukropek Egmont EneDueRabe Ezop Feeria Filia Format Gereon Grupa Wydawnicza Foksal Harper Collins Książkowe Klimaty Kultura Gniewu MAG Mamania Marginesy Media Rodzina Nasza Księgarnia Novae Res Otwarte Pascal Planeta Czytelnika Prószyński i s-ka Rebis Replika Sonia Draga Supernowa Słowne TADAM Tako Tekturka Vesper Videograf W.A.B. Wielka Litera Wilga Wydawnictwo AA Wydawnictwo Dolnośląskie Wydawnictwo Kropka Wydawnictwo Literackie Wydawnictwo Poznańskie Wydawnictwo Warstwy Wytwórnia Zakamarki Zielona Sowa Znak Zysk i S-ka audioteka Świat Książki

Zaglądam do:

  • K-czyta | Blog książkowy
    Matt Dinniman - Dungeon Crawler Carl
  • Qbuś pożera książki
    Sandersonowanie bez cukru, czyli „Wiatr i Prawda” Brandona Sandersona
  • unSerious
    Sierpień 2026 z wyzwaniem #polskafantastykafajnajest
  • Przeczytałam książkę
    "Lato bez końca" Franziska Gänsler
  • made by bibi
    Zwierzęce zbrodnie: Prawo drapieżcy/Pazury gniewu
  • Koczowniczka o książkach
    „Opowieść księgarki z Tokio” Nanako Hanada
  • To przeczytałam
    Daria Doncowa - Żena mojego muża
  • Świat fantasy
    Podsumowanie sierpnia 2026
  • Dosiakowe Królestwo
    Nie z tego świata. Na tropie zjawisk paranormalnych - Ben Machell
  • Jeden akapit
    Dwie książki o szkockim folklorze (Folklore of the Scottish Highlands, The Anthology of Scottish Folk Tales)
  • ex libris Marty - blog o czytaniu, głaskaniu, wąchaniu oraz tuleniu książek i komiksów
    W ciemność - Anna Bolavá (recenzja)
  • Książki na plaży
    Lista najlepszych książek pierwszego półrocza 2026 roku.
  • Books Far From The Crowd
    Jak nie przeczytałam stu książek w rok
  • Spacer wśród słów
    Sosuke Natsukawa "O kocie, który ratował bibliotekę" - recenzja
  • Literackie skarby świata całego
    Moja walka. Skarbowa opowieść o roku 2025 [podsumowanie]
  • Varia czyta
    Karuzela z Mordercami - Alex Rogoziński
  • Wokół Faktu
    5 książek na Dzień Mamy idealnych na prezent. Te nowości wywołają uśmiech na twarzy mamy
  • Klasyka literatury popularnej
    Duchy nocy wigilijnej.
  • Czytam to i owo...
    PIKNIKI Z KLASYKĄ: O "Oliverze Twiście" rozmawiamy w 208. rocznicę urodzin Charlesa Dickensa
Pokaż 5 Pokaż wszystko

Wszystkie treści zamieszczane na tym blogu (zarówno teksty, jak i fotografie) są mojego autorstwa i są chronione prawem autorskim [Dz.U.1994 nr24 poz.83, Ustawa: 4.02.1994 r. o prawie autorskim i prawach pokrewnych].

Wizyty

© Przestrzenie tekstu 2026

Created with by ThemeXpose