facebook instagram Goodreads
Obsługiwane przez usługę Blogger.
  • Spis treści
  • Jeśli szukasz...
    • Przestrzeni faktu
      • kryminalistyka
        • Antropologia sądowa
        • Reportaż kryminalny
      • literatura faktu
      • Podróżnicze
      • Reportaż
      • Wyprawy & odkrycia
    • Przestrzeni grozy
      • Horror
      • Thriller
      • kryminał
    • Przestrzeni dla dzieci
      • Albo młodzieży
    • FANTASTYKI
      • Literatura fantasy
      • sci-fi
    • Klasyki
    • ♦ Magii na Przestrzeniach ♦
    • Pięknego wydania...
      • Komiksy
      • Picturebooki nie tylko dla dzieci
    • Wyjątkowej prozy
  • Na dokładkę
    • Audiobooki
    • * Mój dawny blog *
    • Starocie na Przestrzeniach
    • Wyzwania czytelnicze
      • Archiwalne
  • Serie
    • Dla dzieci i młodzieży
      • Strachociny
      • Szkoła przy cmentarzu
      • Wakacje z Koszmarkiem
    • Reporterskie / podróżnicze
      • Amerykańska
      • Orient Express
      • Reportaż Czarnego
      • Seria podróżnicza Wyd. Poznańskiego
      • Seria reporterska Wyd. Poznańskiego
    • Seria Dzieł Pisarzy Skandynawskich
    • Serie sci-fi i fantasy
      • Wehikuł czasu
      • Wiedźmin
  • O mnie
  • Kontakt

Przestrzenie tekstu

"Spal, Charlie. 
Spal wszystko."


Postanowienie czytania sztandarowych powieści Stephena Kinga w kolejności ich wydawania ma to do siebie, że nie zawsze udaje mi się trafić z książką w odpowiedni czas. Z Podpalaczką było tak, że oczywiście nie mogłam jej pominąć, choć nie do końca byłam przekonana do tego tytułu i zerkałam już tęsknie na Cujo, które bardzo chciałam przeczytać jeszcze tego lata. Nie żałuję, że poznałam historię Charlie i jej ojca Andy'ego McGee. Poza tym stare książki Kinga czyta się wyśmienicie. Jego pióro porywa na tyle, że wystarczy jeden zmyślny pomysł, wokół którego kręci się fabuła, by powstała z tego barwna, rozbudowana powieść grozy. Czy wobec tego Podpalaczka porwała mnie na tyle, bym nie czuła żalu, że spędziłam z nią sporą część wakacji, odkładając Cujo na nieokreślony czas? Niestety nie do końca. Nie jest to moja ulubiona historia. Co prawda posiada w sobie wszystkie kingowe smaczki, a i pod względem konstrukcji, czy stylu niczego jej nie brakuje. A jednak czytanie o nieustającej ucieczce ojca i córki, posiadających zdolności parapsychiczne, przed tajemniczymi pracownikami Sklepiku, w oczekiwaniu aż stanie się (bo zawsze się dzieje) to coś, czym zawsze King powala nas na łopatki — przyznam, że trochę mi się dłużyło. 

Ośmioletnia Charlie McGee ma szczególną zdolność. Potrafi samymi myślami rozniecić ogień, a nawet wywołać pożar. Jednak jej pirokineza nie jest jedyną anomalią w rodzinie. Również ojciec dziewczynki ma niespotykaną, choć uciążliwą umiejętność telepatycznego wywoływania wpływu na innych, nazywaną przez niego pchnięciem. Ich zdolności bynajmniej nie są wynikiem przypadku, a nimi samymi interesuje się pewna instytucja o wdzięcznej nazwie Sklepik. Być może jest kwestią czasu, aż uciekinierzy wpadną w ich ręce. 

Pirokineza. Kolejne z paranormalnych zjawisk, z których tak chętnie w swoich dziełach korzysta Stephen King. Nie można zarzucić Podpalaczce, że jest mniej rozpoznawalną powieścią mistrza grozy, choć tutaj nad horrorem przeważa raczej motyw science fiction. Coś jednak jest w tym tytule, że zostaje w tyle za Lśnieniem, a i popularnością nigdy nie doścignie kultowej Carrie. Jest w nim jednak też coś, co trzyma czytelnika przy sobie aż do samego końca. I raczej szybko nie wypadnie z głowy. 

***
King Stephen, Podpalaczka, tłum. Krzysztof Sokołowski, Wydawnictwo Prószyńki i S-ka, Warszawa 2019 (pierwsze wydanie 1980 rok), s. 512. 

10:24 No comments

"— Strach — powiedział. — Czuję strach. 
Czyż to nie interesujący zapach?"


Początek wakacji, obóz w środku lasu i straszne historie opowiadane nocą przy ognisku. A jeśli te wszystkie opowieści o wilkołakach, człowieku z hakiem zamiast ręki, czy o Upiorze Lodowatego Wiatru okażą się prawdziwe? Obóz strachem podszyty to jeden z wielu tomów cyklu Szkoła przy cmentarzu autorstwa Toma B. Stone'a (a raczej Noli Thacker). Ta krótka książeczka dedykowana młodszemu odbiorcy, to prawdziwa frajda również dla starszych fanów historii z dreszczykiem. Mamy tu powiew młodości, chłopięce rozterki, obozową codzienność, ale przede wszystkim porządną dawkę oldschoolowej grozy. Na lato jak znalazł! 

Alex wybiera się na wakacyjny obóz o wdzięcznej nazwie Nigdy więcej (Nevermore — inspiracja twórczością Edgara Allana Poego z pewnością niesie za sobą pewne konsekwencje シ). Już w drodze ma okazję stanąć oko w oko z pewnym zagrożeniem — niedźwiedziem, a może nawet... wilkołakiem. Niemniej stanowi to doskonałe preludium do tego, co czeka go po dotarciu do obozowiska. Mimo przyzwyczajenia do dziwnych zjawisk w Szkole przy cmentarzu, do której uczęszcza, chłopak nie spodziewa się, że wakacje przyniosą mu równie mocno mrożące krew w żyłach przygody. Straszne historie, które w kółko opowiadają sobie obozowicze, zaczynają się ziszczać! Na domiar złego Alex musi dzielić namiot z nieporadnym Garthem, a w okolicy krąży tajemniczy Jason Traper — człowiek z hakiem. 

Obóz strachem podszyty z powodzeniem można łyknąć w jedno czerwcowe popołudnie, zabrać na wycieczkę pod namiot, albo podczytywać nocą pod kocem przy świetle latarki (ta książka aż się o to prosi!). Akcja jest dynamiczna, trzyma w napięciu i straszy odpowiednio do wieku odbiorcy. Do tego treść nie jest bardzo wymagająca, więc powinno poradzić sobie z nią czytające już dziecko. Nie ma co się martwić, jeśli nie zna się innych części z cyklu, ponieważ to zupełnie odrębna historia. Warto również doczytać książkę do końca, bo czeka tam zaskakujący plot twist. 

***
Stone Tom B., Obóz strachem podszyty
, tłum. Paweł Korombel
, Wydawnictwo Da Capo, 2001, s. 128.

09:56 1 comments

"Czy to wiatr poruszył krzakiem, czy w ciemnościach coś się kryło?
A ten upiorny dźwięk wydał polujący puszczyk, czy raczej ich tropem 
szły zmory zrodzone na Diablaku?"


Potwory z Diablaka to druga część cyklu pt. Wakacje z Koszmarkiem autorstwa Justyny Drzewickiej. Już pierwszą, Gniazdo wampirów, przeczytałam z prawdziwą przyjemnością i zainteresowaniem, ale to Potwory z Diablaka prawdziwie mnie wciągnęły. Nigdy nie odmówię dobrej przygodówki z dreszczykiem, nawet jeśli przeznaczona jest dla młodszego odbiorcy. Tym razem tego dreszczyku jest naprawdę sporo. Klimat Beskidów i mrocznej Babiej Góry, tajemniczy urlopowicze, nadprzyrodzone zjawiska. Miejsce wydarzeń działa na wyobraźnię, a podsycają ją miejskie legendy. Czy słynny szczyt górski o mrocznej nazwie Diablak jest... nawiedzony? 

Jedenastolatkowie Kacper i Lena wraz z dziadkami oraz psem Maliną, po ekscytującym i trochę niebezpiecznym (więcej w Gnieździe wampirów) pobycie w Bieszczadach, wyruszają w Beskidy. Ich celem jest słynny szczyt Diablak. Rodzina instaluje się na polu kempingowym u pana Romka, gdzie spotykają dość enigmatyczne osobistości. Dla Kacpra i Leny nie będą to beztroskie wakacje, ponieważ ich misją jest poznanie sekretu Diablaka. 

Całkiem przyjemnie jest zwiedzać Polskę śladem tajemniczych miejsc, słuchać strasznych historii i bawić się w detektywa. Potwory z Diablaka przynoszą mnóstwo wrażeń, zapierają dech i wciągają. Zgrabne opisy, sympatyczni bohaterowie, pozytywne przesłanie. Autorka pozwala sobie na dużą dawkę grozy, ale w końcu taki jest zamysł całego cyklu. Mnie zaintrygowały wszystkie zagadki, które mieli do rozwiązania młodzi bohaterowie, bawiło zachowanie dziadków, jak również wzruszała koleżeńskość i dojrzałość dzieci. Podoba mi się obraz dzieciństwa, jaki kreśli Drzewicka. Wakacje mogą być dużo bardziej interesujące bez wlepiania nosów w telefony. Przecież o wiele ciekawiej jest szukać tajemniczych kamieni, śledzić podejrzanego sąsiada, czy uciekać przed widmowym jeźdźcem na koniu. Prawda?

***
Drzewicka Justyna, Potwory z Diablaka, Wydawnictwo Dwukropek, Kielce 2024, s. 208.

12:21 No comments

"Od chwili śmierci stryja, od chwili, gdy stała nad jego grobem 
w objęciach lodowatego jesiennego wiatru, 
wszystko zaczęło przybierać formę groteski, 
gdzie trupy, śmierć i duchy tańczą ze sobą 
w nierozerwalnym pląsie pełnym napięcia i strachu."


Groza, która czai się gdzieś za plecami. Powoli wślizguje za kołnierz jesiennego płaszcza. Towarzyszy czytelnikowi bardziej za sprawą niesamowitej, mrocznej atmosfery niż może nawet przez konkretne wydarzenia zawarte w książce. W Domu na Wrzeszczącym Wzgórzu, gdzie nic nie jest oczywiste ani przewidywalne, strach nabiera innego wymiaru. Zgrabne konstruowanie napięcia, skupienie na nastrojowości. W ten sposób klimat swoich dzieł budowali klasycy grozy. Jednak akcja kolejnego horroru Dominika Łuszczyńskiego osadzona jest w czasach współczesnych, co odzwierciedla również jej stylistyka. Niemniej nie ma w tym makabry, której autor nie poskąpił Pustym mogiłom (tytule zdecydowanie innego rodzaju). Nie ma też tej szczególnej podniosłości właściwej wybitnemu, choć wymagającemu Ogrodowi konających dusz. Mimo że Ogród był dla mnie dotąd najlepszą książką w twórczości Łuszczyńskiego, to Dom na Wrzeszczącym Wzgórzu w pewien sposób mi go przypomina. Może to ta aura tajemniczości i niepokoju. Przeczucie czegoś strasznego, co zaraz zmaterializuje się na naszych oczach i z pewnością wymknie się konwencjonalnym wytłumaczeniom. 

Posępne miasteczko Starzyny. To tutaj trafia młoda Daria Sabatowska, która po śmierci stryja nieoczekiwanie dziedziczy jego osobliwy antykwariat. Jednak pełna unikatowych przedmiotów, ale i zaniedbana Obscuria nie będzie spędzać snu z powiek Darii. Na jej drodze pojawią się bowiem dziwni ludzie, nawiedzą ją niepokojące sny i kobieta zacznie podejrzewać, że stryj zajmował się czymś zgoła odmiennym niż tylko sprzedażą zwyczajnych antyków. Do tego zostanie zaproszona do zjawiskowej rezydencji na pewne tajemnicze wydarzenie. 

Fabuła Domu na Wrzeszczącym Wzgórzu bardzo powoli zmierza ku zaskakującej, dynamicznej kulminacji, której trudno byłoby się domyślić przez większą część książki (sam tytuł robi nam również małego psikusa). Nastawienie na zobrazowanie ponurej i złowieszczej atmosfery, niejasna profesja zmarłego (dwukrotnie!) antykwariusza, poczucie zagrożenia głównej bohaterki — już to wszystko stanowi podstawę naprawdę dobrego horroru. Jednak autor idzie o krok dalej i szykuje wyjaśnienie ocierające się o okultyzm, z motywem igrania ze śmiercią i perspektywą zaświatów. To coś dla miłośników powoli rozkręcających się horrorów, w których detale mają znaczenie, klimat gra pierwsze skrzypce, zaś rozwikłanie tajemnic prawdziwie wbija w fotel. I chociaż sama spodziewałam się trochę innego motywu, ten zaproponowany w książce okazał się znacznie lepszy. 

***
Łuszczyński Dominik, Dom na Wrzeszczącym Wzgórzu, Wydawnictwo Planeta Czytelnika, Łódź 2025, s. 250.

08:26 No comments

"Pewne jest, że miejsce to pozostaje pod wpływem
czarodziejskich mocy."


Mroczne gotyckie opowieści o sennych dolinach, starych zamkach i duchach czyhających na rozstaju dróg. Washington Irving w swoich trzech krótkich historyjkach zmieścił niesamowity klimat upiornych legend. Jeździec bez głowy, Rip Van Winkle oraz Upiorny narzeczony to kwintesencja dziewiętnastowiecznej literatury grozy, w której pierwsze skrzypce grają tajemnicza atmosfera, baśniowość, a także umiejętności literackie. Typowe straszenie jest kwestią drugorzędną i zawiodą się ci, którzy szukają u Irvinga modelowego horroru. Dobrym skojarzeniem jest nuta fantazyjnej groteski, którą zaobserwował oraz oddał w swojej luźno opartej na tekście filmowej adaptacji Jeźdźca bez głowy Tim Burton. 

"Można by pomyśleć, że tego, kto ściga się z goblinami, czekają raczej przykrości". Trzy zestawione teksty Washingtona Irvinga przywodzą na myśl stare legendy opowiadane przed snem, w których jawa miesza się ze światem strachów i dziwów. Każde z nich ma swój osobliwy klimat, każde opisuje inne wydarzenia. Mamy wiejskiego nauczyciela Ichaboda Crane'a, który uwielbia historie o duchach, a w jego stronach od lat szepcze się o widmowym Jeźdźcu bez głowy. Mamy Ripa Van Winkle'a, który uciekając przed obowiązkami, wyrusza w góry Catskills, gdzie jego los odwróci się na zawsze. Wreszcie towarzyszymy baronowi czekającemu wraz z zaproszonymi na ucztę gośćmi na młodego hrabię — przyszłego narzeczonego swojej córki. 

Z tymi krótkimi opowiadaniami Washingtona Irvinga śmiało można spędzić jeden z jesiennych wieczorów. Unoszący się w powietrzu nastrój tajemnicy i niesamowitości, intrygujące wydarzenia, barwne opisy, mroczne dramaty bohaterów. Niesamowite, jak w tak krótkich formach można zawrzeć tyle obrazowych oraz inspirujących motywów. 

***
Irving Washington, Jeździec bez głowy i inne opowiadania, tłum. Mira Czarnecka, Wydawnictwo Nowa Baśń, Poznań 2022, s. 128.

09:19 1 comments

"(...) dookoła siebie spostrzegamy tylko to, co w nas tkwi, 
niezwykłe rzeczy zaś przytrafiają się nam 
tylko w niezwykłym nastroju."


Jak wielka to przyjemność czytać o duchach i zjawach — i to w klasycznym wydaniu! Jednak tytuł zbioru opowiadań, wśród których znalazły się dzieła Oskara Wilde'a, Abrahama Merrita, czy Margaret Oliphant, ani chwili nie powinien Was zwodzić. Letniej atmosfery jest tutaj jak na lekarstwo, za to duchów... o tak, duchów nie zabraknie. Dlatego antologię Wakacje wśród duchów można śmiało (albo z lekkim przestrachem, w końcu to opowiadania grozy) czytać o dowolniej porze roku, zaś jesień zdaje się do tego najbardziej odpowiednia. Wstąpcie zatem za próg domostwa Canterville Chase, zapuśćcie się w okolice starego kurhanu w Pallinghurst Barrow, albo zajrzyjcie późnym popołudniem w pewne tajemnicze biblioteczne okno. Nastrój niepokoju nie odstąpi Was aż do końca. 

O pewnym nieszczęśliwym duchu, którego nikt się nie boi. O zbrodniach dokonanych z osobliwych pobudek. Enigmatycznych widmowych krainach, dziwnej opowieści starej piastunki. Leśnych zjawach i pojawiających się znikąd... małych rączkach. Każde z opowiadań ma swój niepowtarzalny klimat, nie zawsze jednak jest on na tyle mroczny, by rzeczywiście przestraszyć czytelnika. Tak Duch z Canterville, czy Zbrodnia Lorda Arthura Saville'a (oba autorstwa Oskara Wilde'a) będą trochę bawić, z kolei Leśne kobiety Abrahama Merrita mogą nas nieco zaniepokoić, choć w zupełnie innym kontekście niż robią to konwencjonalne historie o duchach. Zaś na przykład Podnieść martwych z grobu Margaret Oliphant to pokaźne objętościowo dziełko godne osobnego wydania. Warto zaznaczyć, że wiele z tych opowiadań łączy aspekt przyrodniczy. 

Trudno nie docenić Wakacji wśród duchów pod kątem kunsztu literackiego. Każdy z autorów to mistrz pióra i straszy na swój specyficzny sposób. Wiadomo, że nie wszystkie opowiadania mnie porwały, jednak delektowałam się nimi niespiesznie przez całe tegoroczne lato. Jeśli przygotujecie się na grozę w klasycznym wydaniu, teksty tych mniej lub bardziej znanych pisarzy z pewnością zrobią na Was wrażenie. I pamiętajcie: "Nigdy nie należy łączyć opium i upiorów". Upiory zdecydowanie wystarczą. 

***
Wakacje wśród duchów. Antologia opowiadań o duchach
, tłum. Jerzy Łoziński, Janusz Ochab
, Wydawnictwo Zysk i S-ka, Poznań 2021, s. 568.

09:14 No comments

"Wszyscy robimy, co możemy, 
i to musi wystarczyć... a nawet jeśli nie wystarczy, 
i tak musi wystarczyć."

Kiedy dotyka jakiegoś człowieka, widzi jego przeszłość i przyszłość. Nie wszystko. Istotne, bądź mniej ważne szczegóły. To, czego nie udaje mu się dostrzec, skrywa się w martwej strefie. John Smith ma niezwykłą umiejętność, którą jego matka nazwałaby darem, on sam zaś — przekleństwem. Zresztą, wszystko, co przytrafiło się Johnny'emu Smithowi w pewien jesienny wieczór, można uznać za wynik działania złego fatum. Przed lekturą Martwej strefy Stephena Kinga nieszczególnie byłam przekonana do oparcia całej fabuły o motyw jasnowidztwa, chociaż nie stronię od wątków parapsychicznych w literaturze (u Kinga to w końcu nic nowego). Wiedziałam również, że to nie będzie horror w pełnej krasie i rzeczywiście dostałam coś na kształt mieszanki dramatu z thrillerem. Jednak nie można odmówić Martwej strefie sporej dawki grozy, zaś historia głównego bohatera nie tylko mnie wciągnęła, ale również mocno poruszyła. 

"Nigdy nic nie tracimy, Saro. Nic, czego nie można odzyskać". W małym miasteczku Cleaves Mills, lubiany przez uczniów młody nauczyciel angielskiego, Johnny Smith, wiedzie szczęśliwe, ułożone życie. Jest ostatni dzień października 1970 roku. Johnny wybiera się ze swoją dziewczyną Sarą na jarmark. Sam wieczór  nie wróży niczego złego, chociaż w pewnym momencie, gdy zakochani decydują się przystanąć przy kole fortuny, zaczynają dziać się dziwne i niepokojące rzeczy. Tego wieczoru Johnny ulega wypadkowi samochodowemu i zapada w śpiączkę. Kiedy budzi się po pięciu latach, odkrywa w sobie pewną szczególną zdolność. Nieoczekiwany dar jasnowidztwa raczej nie przyniesie mu niczego dobrego. 

Martwa strefa to prawdziwie smutna historia utraconej miłości, zmarnowanego życia, a może nawet... zaprzepaszczonego daru. Z drugiej strony fabuła książki naprawdę intryguje, a nastrój tajemnicy i niepokoju utrzymuje się od początku do końca. Mimo często niespiesznej akcji, wielu wątków obyczajowych, jak i... wzruszających momentów, Martwa strefa straszy w osobliwy sposób. To właśnie jest ta cudowna cecha powieści Kinga. Misternie wpleciona groza w z pozoru zupełnie zwyczajne wydarzenia. Martwa strefa roi się od kingowych smaczków i zdecydowanie zasługuje na równie mocne pochwały, jakie zbierają zwykle sztandarowe dzieła mistrza. Dla mnie to była naprawdę wyjątkowa powieść. 

***
King Stephen, Martwa strefa, tłum. Krzysztof Sokołowski, Wydawnictwo Prószyńki i S-ka, Warszawa 2021, s. 480.
10:59 No comments
"Jeśli duchy mają kolor, jest to kolor
sierpniowej burzy, która za chwilę wybuchnie."


Człowiek z aparatem fotograficznym, mężczyzna z bronią. Śmiercionośny deszcz i chmura spełniająca życzenia. Gdybym miała opisać klimat tekstów Joego Hilla, dziwna pogoda byłaby w istocie trafnym określeniem. Jest tu sporo o zjawiskach pogodowych, ale i metaforycznie bywa dość burzliwie, nerwowo, niepewnie i kapryśnie. Bywa strasznie i surrealistycznie. A nawet sentymentalnie. Przede wszystkim jednak jest bardzo nierówno, choć to właśnie domena zbiorów opowiadań. Joe Hill ma swój specyficzny, świetnie wypracowany styl, nie można odmówić mu również niezwykłej wyobraźni. Cztery opowiadania zamieszczone w zbiorze Dziwna pogoda zdają się być dopracowane pod każdym względem i naprawdę robią duże wrażenie. Czy jest to jednak zawsze... dobre wrażenie, to już sprawa indywidualna. 

Zdjęcie niesie ze sobą atmosferę upalnego amerykańskiego lata, jak i pewną dawkę szczególnej grozy. Dzieciaka, który pomaga swojej dawnej opiekunce, prześladuje dziwny facet z jeszcze dziwniejszym aparatem fotograficznym. W Naładowanym pojawia się wiele z początku niepowiązanych historii, które łączy jeden istotny motyw — broń palna. Wniebowzięty zaskakuje wątkiem science fiction. Główny bohater po awarii samolotu ląduje na... chmurze. Z kolei Deszcz sprowadza prawdziwy morderczy deszcz w postaci ostrych kolców spadających z nieba. 

Dziwna była ta Dziwna pogoda. Zaczęła się doskonale, skończyła — dla mnie, rzecz jasna — kompletnym fiaskiem. Od pewnego momentu z coraz większym zażenowaniem i zniesmaczeniem brnęłam przez kolejne strony i choć zdaję sobie sprawę, że zbiory opowiadań rządzą się swoimi prawami, trudno było mi uwierzyć, że tak dobry początek przyniósł tak słaby finisz. Wchodząc w szczegóły, dwa pierwsze opowiadania były bardzo dobre, trzecie dostateczne, jednak ostatnie przeważyło szalę goryczy. Nie ujmuję Joemu Hillowi pomysłowości i rewelacyjnego warsztatu. Przesłania każdego opowiadania również były bardzo mocne i błyskotliwe. Do tego autor, jak sam przyznał w posłowiu, zostawił czytelnikowi samo "mięso", pominął zbędne lanie wody. Każdy szczegół każdego tekstu zdaje się tutaj znaczący i potrzebny. Kwestią sporną może być wyłącznie to, co się komu podoba. Dla mnie niektóre rzeczy były nie do zaakceptowania, albo zwyczajnie okazały się nie w moim guście. 

***
Hill Joe, Dziwna pogoda,
tłum. Marta Guzowska, Wydawnictwo Albatros, Warszawa 2018, s. 510.
12:36 3 comments

"Jakby wszystko nas ostrzegało, żeby nie iść dalej. 
Też macie wrażenie, że wampiry nie chcą być odnalezione?"


Jaka to przyjemność poczytać sobie dobrze napisaną, wciągającą książkę z dreszczykiem, nawet jeśli jest przeznaczona dla młodszego odbiorcy. Gniazdo wampirów Justyny Drzewickiej, pierwsza z serii Wakacje z Koszmarkiem, to wakacyjna, horrorowa przygodówka z ciekawą fabułą, barwnymi, sympatycznymi postaciami, jak i pewną mroczną zagadką do rozwiązania. Tajemnicze zniknięcia, bieszczadzkie wampiry, podejrzany sąsiad. Młodzi bohaterowie naprawdę mają co robić na rodzinnym wyjeździe. Jednak mimo czyhającego na nich niebezpieczeństwa i niepokojącej atmosfery, znajdzie się również miejsce na rozrywkę oraz dobry humor. 

Jedenastoletni Kacper i Lena wybierają się z babcią Leny, dziadkiem Kacpra oraz uroczym owczarkiem Maliną dość brzydkim autem o nazwie Koszmarek do jednej z bieszczadzkich miejscowości. O Jaworniku krążą straszne, wampiryczne historie. Z domu, w którym mają zamieszkać urlopowicze, jakiś czas temu w tajemniczych okolicznościach zniknęła para fizyków. Plotki głoszą, że może być to sprawka wampirów, co dzieci przyjmują z niemałym entuzjazmem i postanawiają trochę powęszyć. Nie wiedzą, że dość szybko będą musieli skonfrontować się z czymś na pozór zupełnie nierealnym. A może nawet pomóc komuś wyjść z prawdziwych tarapatów. Dobrze, że mają survivalowy sprzęt Kacpra, wyrozumiałych dziadków, a w ich przygodach towarzyszy im odważny Malina.

Kto by pomyślał, że zacznę czytać literaturę dziecięco-młodzieżową dla własnej przyjemności, a tu proszę — najpierw Strachociny, teraz Gniazdo wampirów, które naprawdę mnie pochłonęło i dało dużo frajdy. To wartościowa, trzymająca w napięciu, klimatyczna książeczka, pełna zewu przygody, powiewu wakacji, rodzinnego ciepła, przyjaźni, pomysłu rodem z fantastyki naukowej, jak i sporej dawki grozy. Na lato jak znalazł. 

***
Drzewicka Justyna, Gniazdo wampirów, Wydawnictwo Dwukropek, Kielce 2023, s. 152.

15:53 No comments

"— Powód jest taki sam dla wszystkich (...) Chcemy umrzeć,
dlatego to robimy. Nie wiedziałeś tego, Garraty? 
Nie wiedziałeś?"


Wielki Marsz jest doskonałym przykładem na to, że Stephen King potrafi stworzyć złożoną i porywającą historię wokół niepozornego, prostego pomysłu. Wygrzebać grozę z miejsca, gdzie jej nie ma. Skonstruować żywe, plastyczne postaci, choćby miały istnieć tylko przez chwilę. Trudno zakwalifikować Wielki Marsz do jakiegoś konkretnego gatunku — trochę w nim dystopii, trochę dreszczowca, dramatu, a nawet i horroru, bo fabuła jest przecież bezwzględnie przerażająca. Przeczytałam gdzieś, że to najlepsza książka, jaką King napisał pod pseudonimem Richard Bachman. Warto wspomnieć, że została wydana w roku 1979, a wizja, jakąś zaserwował autor wydaje się niepokojąco współczesna. 

Stany Zjednoczone. Setka chłopców bierze udział w brutalnych zawodach — morderczym marszu, z którego zwycięsko wyjdzie tylko jeden z nich. Zasady są banalnie proste. Mają maszerować, zachowując prędkość pięciu kilometrów na godzinę. Za każdy postój, upadek lub zwolnienie kroku dostają upomnienie. Po trzecim upomnieniu... giną. Jednym z zawodników jest Ray Garraty i to z jego perspektywy przeżywamy cały marsz, jak i poznajemy innych bohaterów. Strach, potworne zmęczenie, przemoc i wrogość, a z drugiej strony zalążki sympatii, a może nawet przyjaźni sprawiają, że te nieludzkie warunki wydają się być do przyjęcia. Wszystko to w takt owacji mijanych po drodze kibicujących widzów całego show, dla których mordercza walka młodych uczestników jest zwyczajną rozrywką. Jakby nie słyszeli odgłosu strzałów i krzyku, nie widzieli płynącej po drodze krwi.

Z książki aż kipi młodzieńczymi, chłopięcymi emocjami. Zawodnicy mają różne motywacje, chociaż głównym wabikiem jest niebotyczna nagroda pieniężna, którą zdobędzie jeden z nich. Uderza powszechna zgoda na tego typu rozgrywki oraz prestiż całego wydarzenia. Jednak Stephen King wie, w jakie struny uderzyć, żeby zmrozić czytelnika choćby zwykłymi rozmowami, interakcjami bohaterów. Wielki Marsz to prosta lektura, która jest w stanie dostarczyć mocnych wrażeń. Zakończenie z kolei pozostawia pole do własnej interpretacji.

***
King Stephen, Wielki Marsz, tłum. Paweł Korombel, Wydawnictwo Prószyńki i S-ka, Warszawa 2011, s. 264.

10:52 2 comments

"Czy mam mu pogratulować, że wreszcie powiedział prawdę?
Czy może raczej przerazić go na śmierć?"


Nie miałam tego szczęścia i nie trafiłam w dzieciństwie na serię książek R.L. Stine'a pt. Gęsia skórka, których pierwsze wydania ukazały się w latach dziewięćdziesiątych. Podobnie było ze Szkołą przy cmentarzu Noli Thacker (piszącej pod pseudonimem Tom B. Stone). Wspomniane cykle to już raczej starocie i wydawać by się mogło, że współczesnych opowieści z dreszczykiem dla młodszych odbiorców (które utrzymałyby podobny oldschoolowy klimat) jest jak na lekarstwo (oczywiście poza genialną polską serią Strachociny Dominika Łuszczyńskiego). Jednak powrót autora Gęsiej skórki w zupełnie nowej, świeżej odsłonie udowadnia, że horrory dla dzieci wciąż mogą robić wrażenie i stanowić świetną rozrywkę — również dla dorosłych シ

Smartwach, który zatrzymuje czas, wydłużająca się skóra (nie pytajcie, przeczytajcie), nawiedzone auto, krzyki z opuszczonego domu, twórcy potworów. Dziecięce lęki i fobie. Dziwne, niecodzienne historie, które przydarzają się młodym bohaterom mogą naprawdę napędzić strachu. Czy pomyślelibyście, że można bać się zwyczajnej dziury w ziemi, albo... książki? Wierzcie mi, że tak.

R.L. Stine stworzył niezwykle błyskotliwe, momentami zabawne opowiadania, które w istocie wywołują prawdziwy dreszczyk grozy (a nawet gęsią skórkę!). Znakomity styl, proste koncepcje, efektowne i przerażające puenty. Autor udowadnia, że właśnie te najprostsze pomysły, które czasem podsuwa samo życie, okazują się wręcz idealne na opowiedzenie jakiejś strasznej historii. Każde z opowiadań w zbiorze Dreszczowce mogłoby stanowić motyw przewodni niejednego filmu, czy nawet całej książki. Dla mnie R.L. Stine to taki Stephen King dla najmłodszych. Pożarłam Dreszczowce w dwa wieczory i jestem nimi zachwycona. Nie ma tu lepszego, czy gorszego tekstu. W każdą opowieść wchodzi się na całego, a potem... na całego boi. I kiwa głową dla talentu autora. Nie mogę się doczekać, aż Najmniejszy będzie mógł sam (najlepiej z latarką i pod kocem) poczytać Dreszczowce, jak i Gęsią skórkę. Szykują Mu się niezapomniane przeżycia!

***
Stine R.L., Dreszczowce. Nowe historie mistrza strasznych opowieści
, tłum. Paulina Zaborek, il. Marcin Minor
, Wydawnictwo Kropka, Warszawa 2025, s. 248.



Miałam to szczęście, że mogłam przeczytać Dreszczowce
jeszcze przed premierą. Za tę niesamowitą horrorową przygodę

dziękuję wydawnictwu:



15:14 No comments

"(...) żadna siła na ziemi — ani pod nią — nie zaciągnie mnie
z powrotem w góry Catskill, nad Potok Holendra, w miejsce nazwane
Der Platz des Fischers przez człowieka, którego trzeba było posłuchać.
Jeśli dobrze się przypatrzycie, znajdziecie ten potok na mapie."


"On też jest Poławiaczem". Jesteście gotowi na prawdziwie horrorową, mroczną historię? Opowie Wam ją Abe, a ja będę przyglądać się z oddali, jak coraz szerzej otwierają Wam się oczy, jak nasłuchujecie szumu rzeki i... dźwięku kołowrotka. Sama byłam zarówno zafascynowana, co zdumiona tym, w jaką niepokojącą historię wdepnęłam. Nie spodziewałam się, że Poławiacz będzie taki klimatyczny i tajemniczy, przesycony misternie stopniowaną grozą. Miałam zupełnie błędne wyobrażenie o książce Johna Langana. Kto by pomyślał, że powieść o wędkarzach, w której dialogów jest jak na lekarstwo, a na pierwszy plan wysuwają się dramaty bohaterów, może być jakkolwiek interesująca, a co dopiero... straszna. A jednak jest strasznie. Poławiacz ocieka mulistą wodą i mrozi ponurą atmosferą. Do tego ta opowieść, którą nasi bohaterowie usłyszeli pewnego deszczowego poranka w knajpie "U Hermana"... Nie powinni wybierać się nad ten zniesławiony potok. Naprawdę nie powinni.
 
Po śmierci żony Abe znajduje pocieszenie w wędkarstwie. Pewnego razu postanawia zaproponować wspólne wędkowanie koledze z pracy, Danowi, który niedawno stracił w wypadku swoją rodzinę. Mężczyźni nie rozmawiają wiele, jednak zdają się akceptować swoje towarzystwo, a przy tym odwiedzają coraz to nowe łowiska. Pewnego razu Dan proponuje Abe'owi wypad nad tajemniczy Potok Holendra, przed którym przestrzega ich pracownik przydrożnego baru.

Nieco senna, momentami odrealniona atmosfera Poławiacza miesza się z pewną powściągliwością wypowiedzi głównego bohatera. Typowo męski, chłodny ton, unikanie głębszych wynurzeń, a przy tym ogrom straty, który prowadzi do drastycznych rozwiązań. Poławiacz Johna Langana to przemyślany, dobrze skonstruowany horror godny klasyki gatunku. Dużą zaletą powieści jest rozległa historia, którą przedstawia bohaterom Howard — to dopiero prawdziwa opowieść grozy! Chociaż mi najbardziej podobały się te właściwe wydarzenia, ta wszechobecna aura niepokoju i poczucie, że coś czyha w zaroślach, coś, co tylko żeruje na ludzkim nieszczęściu.

***
Langan John, Poławiacz, tłum. Tomasz Chyrzyński, Wydawnictwo Vesper, Czerwonak 2022, s. 341.

15:14 No comments

"— Powinnaś się bać — wycedził. — I to bardzo."

Pewnie jako dziecko bałabym się i ja. Nigdy nie miałam okazji poznać książek z serii Szkoła przy cmentarzu autorstwa Noli Thacker (Tom B. Stone to pseudonim). Teraz to nadrabiam, chociaż podejrzewam, że nie jestem w stanie wyciągnąć z nich tego, co młody czytelnik — szczególnie w latach 90-tych. Umyka mi ta cała kultowa otoczka, a zostaje niewymagająca, prosta w odbiorze dziecięca literatura grozy, niezbyt wysokich lotów pod kątem stylu. Nie zmienia to faktu, że Jezioro Szlamno czytało mi się całkiem przyjemnie i jestem ciekawa, jakie przygody czekają bohaterów w innych częściach cyklu. Na pierwszy rzut wybrałam coś wakacyjnego, a Jezioro Szlamno spełniło swoją rolę. Jest bardzo wakacyjnie i dosyć... strasznie.

Terri wraz z bratem Markiem mają spędzić całe wakacje u wujka Nicholasa, który mieszka nad jeziorem Szlamno. Wujek nie jest szczególnie sympatyczny, ale rodzeństwo stara się korzystać z wyjazdu jak najlepiej, pływając i spotykając się z grupką zaprzyjaźnionych dzieciaków. Wkrótce jednak zaczynają dziać się dziwne rzeczy i okazuje się, że z jeziorem jest coś zdecydowanie nie tak. Ten szlam, te odgłosy. Coś złapało Terri za stopę! Coś wciąga ją pod wodę!

Jezioro Szlamno to przyjemna, lekka lektura na wakacje dla młodych fanów opowieści z dreszczykiem. Strachy i potwory na letnim wyjeździe 
— to jest to! Jestem ciekawa, jak serię Szkoła przy cmentarzu odbierze kiedyś Najmniejszy (który już nie jest w sumie taki mały). Swoją drogą osobiście o wiele bardziej przypadł mi do gustu współczesny cykl dziecięcych horrorów autorstwa Dominika Łuszczyńskiego — Strachociny (trochę przypomina mi Szkołę przy cmentarzu, bo zachowuje ten oldschoolowy styl, ale napisany został z większym polotem). Dajcie jednak skusić się również Jezioru. Już sama okładka mrozi krew w żyłach i zapowiada chwile przedniej zabawy.

***
Stone Tom B., Jezioro Szlamno
, tłum. Anna Kołyszko
, Wydawnictwo Da Capo, 1996, s. 124.

08:11 No comments

"Widzisz, Al, pomyślałem, że najlepiej byłoby
(ją zabić)."


Kultowe Lśnienie, które — jeśli oglądało się choć fragmenty ekranizacji w reżyserii Stanleya Kubricka — okazuje się zdradliwą pułapką. Nie sposób bowiem, podczas czytania, uwolnić się od filmowych postaci, scen, jak i całej charakterystycznej otoczki, jaka urosła wokół tej historii. Ci, którzy Lśnienia nie oglądali (przynajmniej przed pierwszą lekturą), mają szansę na dużo lepszą zabawę. Powieść Stephena Kinga jest w stanie przestraszyć nie na żarty. Jej klaustrofobiczny, zimowy klimat, stopniowanie napięcia przywołujące na myśl upiorne skradanie się, mieszające się zalążki szaleństwa i psychozy z realnym dramatem niewinnej rodziny, wkraczającej w sam środek czegoś nadnaturalnego. Zło zagnieżdżone od lat w miejscu niejednokrotnie splamionym krwią. Chłopiec, który widzi więcej niż inni. Już to wszystko robi niesamowite wrażenie, a napisane ręką mistrza horroru zapewnia wysokiego poziomu, niezapomnianą literacką przygodę.

Jack Torrance, były alkoholik, po dyscyplinarnym zwolnieniu z uczelni, otrzymuje stanowisko dozorcy w słynnym hotelu Panorama, którym trzeba zająć się po sezonie. Wraz z żoną Wendy oraz pięcioletnim synkiem Danny'm zjawia się na miejscu już w czasie opuszczania Panoramy przez ostatnich gości. Zaopatrzona w zapasy jedzenia oraz wszelkie wskazówki co do bezpieczeństwa, trzyosobowa rodzina zostaje sama na kilka miesięcy w tych imponujących rozmiarów przestrzeniach. Jack planuje skończyć pisanie sztuki, coraz bardziej interesuje się również niechlubną historią samego hotelu, wpadając przy tym w dziwne paranoje, zaś Wendy martwi się zdrowiem Danny'ego. Chłopiec ma niepokojące wizje, a jego stany wymagają opieki lekarza. Jednak z nadejściem zimy Panorama zostaje odcięta od świata, a na rodzinę czyha nieopisany, mrożący krew w żyłach koszmar. 

Lśnienie to bezwzględnie niezapomniana i rewelacyjnie napisana (nieprzegadana, co istotne w przypadku twórczości Kinga) powieść grozy, zawierająca w sobie elementy nadprzyrodzone, motyw telepatii, psychozy, swojego rodzaju historię o duchach oraz stadium nawiedzenia. Byle tylko wyrzucić z głowy widok Jacka Nickolsona, Wendy i bliźniaczek. To dla mnie jedyny mankament, którego już nie mogę przeskoczyć. Czytając Lśnienie, nawet kolejny raz, nie potrafię uwolnić się od filmowej adaptacji. Cenię film Kubricka, jednak książka zdecydowanie zyskuje na jakości w oddzieleniu od narzuconego obrazu. Jest niepokojąca i przerażająca, nie tylko z uwagi na groźne nadprzyrodzone zjawiska, ale również na wstrząsające zachowanie, psychologię oraz ogólny tragizm postaci głównego bohatera.

***
King Stephen, Lśnienie,
tłum. Zofia Zinserling, Wydawnictwo Prószyńki i S-ka, Warszawa 1997, s. 520.

09:03 No comments

"Czarne straszydło czeka, da mi za ciebie nagrodę.
— Te słowa mamrotała, kiedy wykopywała zdechłego kota."

"Jeśli otworzy pan coś, czego nie powinien był pan otwierać, połknie to pana i przepadnie pan na zawsze". Niepokojące okolice słowackiej góry Czebrat, miejscowe legendy, mroczne historie z dzieciństwa samego autora. Nie spodziewałam się, że te krótkie formy ukryte w Pragnieniu Jozefa Kariki tak bardzo mi się spodobają. Tajemnica, strach, realne zagrożenie, instynkt przetrwania. Czytając teksty, można odnieść wrażenie, że wszystko to zdarzyło się naprawdę. Potrafię wyobrazić sobie klimat opisywanych miejsc i dziwne poczucie, że czai się w nich coś więcej niż widać na pierwszy rzut oka. Teufelsloch. Czeluść Diabła. Tunel drążony w górze i ukryte jaskinie. Ludzkie kości. Czarna postać z walizką. Głos Kariki, który wskrzesza dawne strachy. Już dawno przekonał mnie do siebie Strachem właśnie, potem również Szczeliną, ale to Pragnienie potwierdziło, że bliska jest mi groza, jaką tworzy. Rozumiem przesłanie i rozumiem te zaskakujące slasherowe zabiegi, które mają ukazać coś dużo istotniejszego. Jako fanka slasherów i starych horrorów klasy B, ale również rasowych horrorów jestem naprawdę usatysfakcjonowana.

Forma Pragnienia jest zgoła nietypowa, bo mamy tu zaledwie dwa zwarte opowiadania oraz wyrywkowe teksty (fragmenty wywiadów, maile), przecinane osobistymi komentarzami autora. Wszystko to splata się jednak w całość, usiłując przekazać czytelnikowi, że na Czebracie zalęgło się jakieś zło, które od lat tkwi w tych okolicach i czyha na kolejne ofiary. Trudno pisać o Pragnieniu, nie zdradzając szczegółów, a ja nie chcę psuć nikomu zabawy. Mocno slasherowe efekty mieszają się z elementami klimatycznego horroru, a lekko filozoficzna nuta nadaje wszystkiemu szczególnego charakteru. "Ale równie dobrze pamiętam chichot, który dobiegł z ciemności". Nie mogę się doczekać aż sięgnę po Głód, który podobno stanowi całość z Pragnieniem.

***
Karika Jozef, Pragnienie, tłum. Mirosław Śmigielski, Wydawnictwo Stara Szkoła, Wołów 2023, s. 216 (u mnie ebook).
19:59 No comments
"— O czym ty mówisz? — zapytał coraz bardziej przerażony Patryk.
—  O upiorach!"

Mroczne bagna, wyłaniająca się zza drzew mgła i czarne upiory. Nie ukrywam, że bardzo cieszy mnie to, że kilka dni przed Halloween, w październiku — miesiącu duchów wróciłam do mojej ulubionej dziecięcej serii opowieści z dreszczykiem. Upiory znad trzęsawiska Dominika Łuszczyńskiego, z rewelacyjnymi ilustracjami Tomasza Kaczkowskiego, to najnowsza cześć cyklu Strachociny. Przygody czwórki młodych bohaterów potrafią wciągnąć również starszego odbiorcę (jestem tego przykładem!), a strachy, z którymi mierzą się Ula, Patryk, Damian i Antek, niejednokrotnie mrożą krew w żyłach. Jeśli ktoś czytał poprzednie części cyklu, poznał już pewnie Straszydlaka, Króla Szkieletorów oraz Widmowych motocyklistów. Jeżeli jednak nadal jesteście przed lekturą pozostałych książek, nie ma przeszkód, by zacząć od Upiorów znad trzęsawiska. Każda część to odrębna historia, i chociaż mamy tych samych, zaprzyjaźnionych bohaterów, za każdym razem straszna opowieść zaczyna się od nowa, momentalnie wciągając nas w wir wydarzeń.

Zbliża się koniec wakacji. Ula wraz z rodzicami i trójką przyjaciół ze szkoły wybierają się nad trzęsawiska, by nocować pod namiotami. Dziewczynka nie może otrząsnąć się jeszcze po nocnym koszmarze, a na miejscu obozowiska jej niejasne obawy okazują się całkiem zasadne. W lesie dzieje się coś niepokojącego. I to bardzo! Do tego jej rodzice gdzieś znikają, gdy zza drzew zaczyna unosić się groźna mgła. Ula wraz z Patrykiem, Damianem i Antkiem będą musieli zmierzyć się z czyhającym niebezpieczeństwem, które niekoniecznie jest tym, czym się wydaje. Jednak tym razem to Ula wie coś, co może wpłynąć na rozwiązanie upiornej zagadki.

Oswajanie strachów, niesamowita mroczna atmosfera, ale również siła przyjaźni, bezwarunkowej chęci pomocy oraz dziecięcej solidarności — to ważne wyznaczniki tej, jak i pozostałych części cyklu Strachociny. Książki utrzymane są w przyjemnym, oldschoolowym stylu. Bohaterami są zwyczajne dzieciaki, nieskażone jeszcze wszechobecną cyfryzacją, spędzające wakacyjny czas raczej na czytaniu, biwakowaniu, wycieczkach rowerowych, nie zaś przed ekranem (co prawda nie wiemy dokładnie, w jakich czasach dzieje się akcja, ale fajne jest to, że Ula zamiast smartfonem, robi zdjęcia lustrzanką). Miasteczko, w którym mieszkają, skrywa niekończące się tajemnice, a za strachami, z którymi przychodzi im się mierzyć, zawsze stoi jakaś ciekawa historia.

Nie inaczej było w Upiorach znad trzęsawiska — chyba najbardziej nieprzewidywalnej i ekscytującej części Strachocin (szalony pomysł i niesamowite zakończenie!). Momentami naprawdę miałam gęsią skórkę, choć wierzyłam, że dzielni bohaterowie kolejny raz sobie poradzą. Ach, jak ja chciałabym czytać więcej takich książek i mam nadzieję, że gdy mój synek podrośnie, będę miała dla niego już całą półkę zapełnioną podobnymi tytułami. Dlatego chętnie spotkałabym jeszcze nieraz Ulę, Patryka, Damiana i Antka — tym razem na szkolnych korytarzach, bo w Strachocinach kończą się wakacje, a jesień to przecież idealny czas na straszne opowieści.


***
Łuszczyński Dominik, Strachociny. Upiory znad trzęsawiska, il. Tomasz Kaczkowski, Wydawnictwo Mamania, Warszawa 2023, s. 128.
13:24 No comments

"Zrozumieć śmierć? Proszę bardzo.
Śmierć przychodzi wtedy, kiedy dopadnie cię
któryś z potworów."


Miasteczko Salem, wielokrotnie wymieniane jako jedno ze sztandarowych dzieł Stephena Kinga, będące równocześnie tym z najstarszych (to jego druga powieść, wydana rok po Carrie, w 1975 roku), doczekało się dwóch poważniejszych ekranizacji (mam słabość do pierwszej z 1979 roku). To niejako odświeżona opowieść o Drakuli, osadzona w realiach amerykańskiej prowincji lat siedemdziesiątych. W ujęciu Kinga to majstersztyk wampirzej literatury. Jest mroczna, niepokojąca, momentami naprawdę straszy, a przy tym unika dłużyzn, typowych dla późniejszej twórczości króla horroru. Napięcie, jakie tworzy King, żywa akcja, w której uczestniczy naprzemiennie wielu bohaterów, niesamowicie działające na wyobraźnię, plastyczne opisy, jak i niejako uniwersalny motyw wampira, który długo jeszcze nie wypadnie z łask (nawet jeśli skończyła się wydawnicza moda na wampiry) — wszystko to sprawia, że Miasteczko Salem wciąż potrafi ująć i zaskoczyć czytelnika.

Spokojne miasteczko Jerusalem w stanie Maine. Usytuowany na wzgórzu Dom Marstenów, od dawna wzbudzający niepokój wśród mieszkańców, zostaje sprzedany obcym nabywcom. Interesuje się nim również pisarz Ben Mears, który wraca po latach do Salem, by napisać tu kolejną powieść. Wkrótce zakochuje się w nowo poznanej miejscowej dziewczynie, jednak szczęście Bena i Susan nie trwa długo. Miasteczko bowiem nawiedza fala tajemniczych śmierci. Ben przeczuwa, że w Salem zagnieździło się nieludzkie zło. Wraz z nauczycielem Mattem oraz młodym chłopakiem Markiem będzie musiał stawić mu czoła.

"Jednocześnie wszędzie wokół budzą się do życia okropności nocy". Stephen King zbudował w Miasteczku Salem elektryzującą atmosferę pełną prawdziwej grozy. Czuć ją już w pierwszych enigmatycznych fragmentach powieści, czai się w poczynaniach bohaterów, gnieździ w ramach okien, przez które wpada surowe światło księżyca. Niepowtarzalny styl narracji, detale, które u Kinga nabierają mocy. Trudno też nie zauważyć tu jawnych nawiązań do Drakuli Brama Stokera, choć nie jest to w żadnym wypadku próba naśladownictwa, a raczej hołd dla klasycznej historii o wampirach. Ja sama, kiedyś dość niechętna tematyce tej powieści, obecnie jestem oczarowana Miasteczkiem Salem. Zajmuje ono jedno z pierwszych miejsc w moim kingowym rankingu.

***
King Stephen, Miasteczko Salem,
tłum. Arkadiusz Nakoniecznik, Wydawnictwo Prószyńki i S-ka, Warszawa 2012, s. 528.

09:45 No comments

"(...) znajdzie siłę, żeby sięgnąć w głąb siebie,
w tę szczelinę, którą wyciął pod żebrami,
sięgnąć ręką i znaleźć winorośl,
złapać ją, wyrwać z ciała."


Próżno szukać podobnie upalnego, iście wakacyjnego horroru — a przy tym niesamowicie mrożącego krew w żyłach! Pełnego realizmu i żywej grozy, w którym strach jest czymś namacalnym, a może nawet prozaicznym. Odtąd już zawsze wzdrygniesz się, gdy źdźbło trawy muśnie Twoją łydkę, a kwiaty winorośli poruszą się smagane wiatrem. Motyw z Ruin Scotta Smitha jest nie do zapomnienia, niezależnie, czy pozna się go w wersji filmowej (przeciętna produkcja z 2008 roku), czy w literackim pierwowzorze. I ja przypomniałam sobie, że już je kiedyś czytałam (pamiętam okładkę tamtego starego wydania), ale chyba dopiero teraz wywarły na mnie odpowiednio silne wrażenie. Scott Smith stworzył doskonale skonstruowany, przerażający horror, który rozkręca się w optymalnym tempie, trzyma w napięciu i spełnia większość pokładanych w nim nadziei. Warto pamiętać, że to, co naprawdę straszy w Ruinach jest bardzo dosłowne, mimo że atmosfera kipi od tajemniczości. Podobnie jest z bohaterami. Smith stawia przed czytelnikiem ludzi z krwi i kości — nieco stereotypowych młodych wycieczkowiczów, nieprzygotowanych na czyhające na nich zagrożenie.

Kilkoro znajomych, spędzających beztroskie wakacje w Meksyku, postanawia pomóc nowo poznanemu koledze w odnalezieniu jego brata, który zaginął podczas ekspedycji archeologicznej. Wyruszają w głąb meksykańskiej dżungli w poszukiwaniu ruin Majów. We znaki dają im się upał oraz wszechobecne insekty. Amy, Stacy, Eric, Jeff. Pablo i Marcus. Nieoczekiwanie cała szóstka zostaje uwięziona na wzgórzu, które porasta wyjątkowo bujna roślinność. Rozpoczyna się walka o przetrwanie.

Podejrzewam, że większość potencjalnych czytelników Ruin jeszcze przed lekturą jest świadoma, jakim horrorowym motywem posłużył się Scott Smith. Tym, którzy nie wiedzą, nie chcę psuć zabawy. Ruiny to taki survival horror, dość rozrywkowy, chociaż niestroniący od mocnych, niekiedy drastycznych scen. Dobrze napisany, znakomicie stopniujący napięcie, unikający patosu, czy filozoficznych przemyśleń. Ta jego przyziemność to duża zaleta, bo i z całkiem przyziemnym (choć przecież niecodziennym!) strachem zmierzają się bohaterowie. Chętnie wrócę do niego po latach.

***
Smith Scott, Ruiny, tłum. Danuta Górska, Wydawnictwo Vesper, Czerwonak 2022, s. 394.

21:08 No comments

"— I jakże to będzie, proszę ojca? Nigdy nie wierzyłem,
że takie coś stanie się u nas (...)
— W zło nie wierzyłeś?"

Chociaż Dominik Łuszczyński przyzwyczaił nas do nieco innego rodzaju literatury (nadal w pamięci mam wybitny Ogród konających dusz, czy niezwykłe Chorały z pogranicza czasu, jak i serię dla dzieci — Strachociny, której od niedawna można posłuchać również w formie audiobooka), to Puste mogiły wciąż mają w sobie wiele cech właściwych twórczości tego autora. Co ciekawe, po dość specyficznym, stylizowanym na starodawny, nieco archaicznym stylu, w jakim zostały napisane Ogród, czy Chorały, tym razem dostajemy bardzo współczesną pozycję, która ma szansę dotrzeć do zgoła większej liczby odbiorców — oczywiście wciąż rozmiłowanych w powieściach grozy, tylko może nieco... mniej wymagających. Puste mogiły bowiem to melanż mrocznego thrillera z rasowym horrorem. Nie stronią od dość mocnych, momentami brutalnych opisów (co może spodobać się amatorom takiej literatury, ale i odstraszyć wrażliwsze osoby), jak również oscylują wokół niepokojącego, tajemniczego tematu bliższego klasycznej grozie (czyli temu, z czym kojarzy mi się twórczość Łuszczyńskiego — przynajmniej ta przeznaczona dla dorosłego odbiorcy). Element zaskoczenia, sprytne stopniowanie grozy, niesamowite plot twisty. Poza tym szaleństwo i dawne strachy, które wciąż mrożą krew w żyłach. Jak wielkie zło mogą wyrządzić zwyczajne wiejskie zabobony, zwłaszcza jeśli kryje się za nimi szczypta prawdy...

Wieś Siedlany. To tam wiele lat temu, w czasie pewnej procesji w Boże Ciało zdarzyło się coś okropnego. Coś, co odbiło się piętnem na wszystkich mieszkańcach.
I właśnie do Siedlan postanawia przeprowadzić się Weronika Sobczak, młoda, poczytna pisarka, która pragnie w spokoju spędzić ostatni miesiąc ciąży. Weronice w przeprowadzce pomaga Adrian, jej agent literacki, z którym kobieta nieoczekiwanie zaczyna wiązać nadzieje na przyszłość. Jednak atmosferze Siedlan daleko do wiejskiej sielanki. Wrogie spojrzenia sąsiadów oraz nieprzyjemna wizyta miejscowego księdza budzą w Weronice coraz większe obawy. Tylko, czy niebezpieczeństwo, jakie na nią czyha, pochodzi jednie od nieprzyjaźnie nastawionych mieszkańców?

Choć przedstawiłam fabułę Pustych mogił jakoby opierała się głównie na przeżyciach Weroniki, to jednak cały ten thrillerowy, pozornie wiodący wątek wydaje się mieć poboczne znaczenie. Najbardziej urzekł mnie mroczny początek książki, tajemnicza historia z tła, która niezwykle oddziałuje na wyobraźnię. Ta klimatyczna horrorowa strona Pustych mogił sprawiła, że przymknęłam oko na pewne mankamenty powieści — dość szybko postępujące wydarzenia, drastyczność scen (co tam się na końcu działo, przechodzi ludzkie pojęcie!), nieszczególnie (przepraszam, jeśli to duży spoiler) szczęśliwe zakończenie, jak i bolesny brak korekty (tu akurat zawiniło wydawnictwo). Rozumiem jednak samą koncepcję, podziwiam umiejętność stworzenia niepowtarzalnej atmosfery — zapadła wieś, wyklęty cmentarz, zderzenie z prawdziwym obłędem i zaściankowym strachem. Ten moment, gdy już nie wiadomo, czy najbardziej przerażają zjawy i klątwy, czy może... zwykli ludzie. I nie szokujące opisy, albo bulwersujące sceny, lecz ludzkie zaślepienie oraz żądza zemsty są tymi najbardziej przerażającymi elementami całej powieści.

Puste mogiły
to przestroga. W pewnym momencie dotarła do mnie również groteskowość pewnych wydarzeń, zamierzone przerysowanie. Znając twórczość Dominika Łuszczyńskiego, można dostrzec w Pustych mogiłach próbę zderzenia powagi klasycznych dział literatury grozy z uwspółcześnioną wersją taniego thrillera dla mas. To taki lekki horrorowy pstryczek w nos. Do tego bardzo wciągający. Myślę, że czytanie Pustych mogił z tą świadomością — w ramach rozrywki — może przynieść wiele ekscytacji z lektury.  Jeśli zaś ktoś szuka prawdziwie poważnego, misternie skonstruowanego dzieła, któremu trzeba poświęcić dłuższą chwilę, z całego serca polecam Ogród konających dusz.


***
Łuszczyński Dominik, Puste mogiły, Wydawnictwo Dom Hororu, Wrocław 2023, s. 206.

20:05 No comments

"Zanim ta historia dobiegnie końca,
będą skąpane we krwi."


Tak właśnie je widzę. Amerykańskie gospodynie domowe. Na co dzień pakują dzieciom lunche do szkolnych plecaków, robią pranie, machają do siebie na dzień dobry ze swoich równo przystrzyżonych trawników, otwierają drzwi idealnie wysprzątanych domów, przyrządzają kolacje zapracowanym mężom. Na spotkaniach osiedlowego klubu książki gniotą swoje nienagannie wyprasowane bluzki, ściskając w ramionach kolejne tomy grubych romansideł, albo wprost przeciwnie — literatury wysokich lotów (o tym, co czytały nasze bohaterki będzie zaraz), aby wyrwać się na chwilę ze szponów monotonnej (choć tak idealnej) egzystencji. Wpuśćcie tu jakiegoś potwora, czy... (niech będzie!) wampira, a obrazek nabierze karykaturalnego, zabawnego wymiaru, tudzież posmaku taniej rozrywki, tak dobrze znanej z amerykańskich filmów grozy klasy B. I tak to widziałam, zanim nie pochłonęłam kilkunastu (a może wystarczyło zaledwie kilka) stron błyskotliwego horroru, jaki zaserwował nam Grady Hendrix. 
 
Spokojne przedmieścia Charlestown przełomu lat 80 i 90. Patricia Campbell, przykładna żona i matka, która do tej pory większość czasu spędzała na wypełnianiu obowiązków domowych, po nieudanym wieczorze w lokalnym klubie książki postanawia przyłączyć się do innej, zdecydowanie mniej oficjalnej czytelniczej grupy zaprzyjaźnionych kobiet. Rodzaj wybieranych przez nie lektur dużo bardziej jej odpowiada — wciągają ją reportaże o mordercach, czy klasyki horroru. Wkrótce Patricia będzie musiała zmierzyć się z nieoczekiwanym, rzeczywistym zagrożeniem, kiedy próg jej domu przekroczy tajemniczy sąsiad James Harris.

Tytuł powieści Hendrixa brzmi tak absurdalnie, że aż bawi. Wraz z okładką nie zapowiada wielkiej grozy, a raczej zmyślną rozrywkę. Owszem, bawiłam się znakomicie, jednak z czystym sumieniem muszę przyznać, że Poradnik zabójców wampirów Klubu Książki z Południa — jakichkolwiek skojarzeń nie niósłby ten tytuł — nie jest żadnym komediowym horrorkiem, ani nawet mroczną satyrą, chociaż ku temu drugiemu określeniu mogłabym się lekko skłonić. Dla mnie to horror w pełnej krasie. Momentami niepokojąco dramatyczny, pełen napięcia, grozy, ale i przemocy. Grady Hendrix z niezwykłą płynnością wplótł w klimat przeciętnej amerykańskiej prowincji element nadnaturalny, odświeżając przy tym czytelnikowi postać wampira (wcale nie zdradzam więcej niż robi to tytuł), który ostatnio chyba nieco wypadł z łask. W pewnym momencie powieści nie wiadomo już, czy przeraża nas to, co w istocie powinno straszyć, czy może jedynie ludzkie instynkty. Determinacja kobiet-matek, kobiet-przyjaciółek wzbudza podziw, ale i oszałamia. Poradnik zabójców wampirów Klubu Książki z Południa to dla mnie prawdziwe horrorowe odkrycie. Kupiły mnie zarówno amerykańska sceneria, pomysł z klubem książki, jak i nieludzkie zło czające się tuż za progiem. Poza tym książkę czyta się jednym tchem. Pewnie podobnie jak Morderstwa w Michigan, Gorzką krew, czy Dowód miłości: prawdziwą historię pasji i śmierci na przedmieściach, w których zaczytywały się nasze panie z Południa ;) 

***
Hendrix Grady, Poradnik zabójców wampirów Klubu Książki z Południa, tłum. Bartosz Czartoryski, Wydawnictwo Vesper, Czerwonak 2021, s. 508.

21:39 No comments
Older Posts

Od autorki

About Me

Witaj na stronie Przestrzeni
i rozgość się.
Znajdziesz tu literaturę historyczno-podróżniczą, reportaże, klasykę grozy, tajemnicze powieści.
Często wracam również do książek dla dzieci, dobrego sci-fi, czy Stephena Kinga.

KSIĄŻKA NA DZIŚ

Moja kuzynka Rachela | Daphne du Maurier

2026 Reading Challenge

2026 Reading Challenge
Przestrzenie has read 0 books toward her goal of 30 books.
hide
0 of 30 (0%)
view books

RODZAJ

  • literatura amerykańska (72)
  • literatura angielska (48)
  • literatura australijska (3)
  • literatura francuska (3)
  • literatura hiszpańska (2)
  • literatura irlandzka (5)
  • literatura koreańska (1)
  • literatura niemiecka (8)
  • literatura norweska (7)
  • literatura polska (69)
  • literatura portugalska (2)
  • literatura szwedzka (14)
  • literatura słowacka (5)

Autor

  • Abbott Rachel (4)
  • Bradbury Ray (1)
  • Christie Agatha (1)
  • Clarke Arthur C. (1)
  • Dick Philip K. (2)
  • Forster Edward Morgan (1)
  • Gaiman Neil (1)
  • Greene Graham (2)
  • Herbert Frank (1)
  • Hesse Hermann (1)
  • Hill Susan (1)
  • Jackson Shirley (2)
  • Jacobsen Roy (3)
  • Jansson Tove (2)
  • Karika Jozef (4)
  • King Stephen (8)
  • Lem Stanisław (2)
  • Link Charlotte (2)
  • Paris B. A. (3)
  • Puzyńska Katarzyna (5)
  • Sapkowski Andrzej (2)
  • Stone Tom B. (2)
  • Theroux Paul (2)
  • Urbanowicz Artur (1)
  • Ware Ruth (2)
  • Wiśniewska Ilona (3)
  • du Maurier Daphne (3)
  • Łuszczyński Dominik (8)

Ilustrator

  • Aisato Lisa
  • Chmielewska Iwona
  • Dziubak Emilia
  • Jeram Anita
  • Klassen Jon
  • Martin Emily W.
  • Rutten Mélanie

Wydawnictwo

Akapit Press Albatros Amber Bum Projekt C&T Czarne Czuczu Czwarta Strona Dowody na Istnienie Dwie Siostry Dwukropek Egmont EneDueRabe Ezop Feeria Filia Format Gereon Grupa Wydawnicza Foksal Harper Collins Książkowe Klimaty Kultura Gniewu MAG Mamania Marginesy Media Rodzina Nasza Księgarnia Novae Res Otwarte Pascal Planeta Czytelnika Prószyński i s-ka Rebis Replika Sonia Draga Supernowa Słowne TADAM Tako Tekturka Vesper Videograf W.A.B. Wielka Litera Wilga Wydawnictwo AA Wydawnictwo Dolnośląskie Wydawnictwo Kropka Wydawnictwo Literackie Wydawnictwo Poznańskie Wydawnictwo Warstwy Wytwórnia Zakamarki Zielona Sowa Znak Zysk i S-ka audioteka Świat Książki

Zaglądam do:

  • Przeczytałam książkę
    "Piękno ludu" Merete Pryds Helle
  • Literackie skarby świata całego
    Heretyczki. O Angelusie dla Kateřiny Tučkovej i Julii Różewicz [komentarz]
  • unSerious
    Cykl: Kroniki Imperium Legendarnych Lachów # 1: Zło-to
  • To przeczytałam
    Christine Lindop - Ned Kelly
  • made by bibi
    Chmurka i Burza grają w piłkę/ubierają choinkę
  • K-czyta | Blog książkowy
    Dianne Freeman - Poradnik prawdziwej damy. Dobre maniery a morderstwo
  • Qbuś pożera książki
    Dynamiczne szachy geopolityczne, czyli „Cień Hegemona” Orsona Scotta Carda
  • Koczowniczka o książkach
    „Kocie kocyki” Kiyoshi Shigematsu
  • Świat fantasy
    Zapowiedzi październik 2026
  • Jeden akapit
    „Rozmyślania” Marek Aureliusz
  • ex libris Marty - blog o czytaniu, głaskaniu, wąchaniu oraz tuleniu książek i komiksów
    Post Świętego Michała Archanioła - ks. Mateusz Szerszeń CSMA
  • Dosiakowe Królestwo
    Nie z tego świata. Na tropie zjawisk paranormalnych - Ben Machell
  • Książki na plaży
    Trzy włoskie kryminały
  • Books Far From The Crowd
    Jak nie przeczytałam stu książek w rok
  • Spacer wśród słów
    Sosuke Natsukawa "O kocie, który ratował bibliotekę" - recenzja
  • Varia czyta
    Karuzela z Mordercami - Alex Rogoziński
  • Wokół Faktu
    5 książek na Dzień Mamy idealnych na prezent. Te nowości wywołają uśmiech na twarzy mamy
  • Klasyka literatury popularnej
    Duchy nocy wigilijnej.
  • Czytam to i owo...
    PIKNIKI Z KLASYKĄ: O "Oliverze Twiście" rozmawiamy w 208. rocznicę urodzin Charlesa Dickensa
Pokaż 5 Pokaż wszystko

Wszystkie treści zamieszczane na tym blogu (zarówno teksty, jak i fotografie) są mojego autorstwa i są chronione prawem autorskim [Dz.U.1994 nr24 poz.83, Ustawa: 4.02.1994 r. o prawie autorskim i prawach pokrewnych].

Wizyty

© Przestrzenie tekstu 2026

Created with by ThemeXpose