facebook instagram Goodreads
Obsługiwane przez usługę Blogger.
  • Spis treści
  • Jeśli szukasz...
    • Przestrzeni faktu
      • kryminalistyka
        • Antropologia sądowa
        • Reportaż kryminalny
      • literatura faktu
      • Podróżnicze
      • Reportaż
      • Wyprawy & odkrycia
    • Przestrzeni grozy
      • Horror
      • Thriller
      • kryminał
    • Przestrzeni dla dzieci
      • Albo młodzieży
    • FANTASTYKI
      • Literatura fantasy
      • sci-fi
    • Klasyki
    • ♦ Magii na Przestrzeniach ♦
    • Pięknego wydania...
      • Komiksy
      • Picturebooki nie tylko dla dzieci
    • Wyjątkowej prozy
  • Na dokładkę
    • Audiobooki
    • * Mój dawny blog *
    • Starocie na Przestrzeniach
    • Wyzwania czytelnicze
      • Archiwalne
  • Serie
    • Dla dzieci i młodzieży
      • Strachociny
      • Szkoła przy cmentarzu
      • Wakacje z Koszmarkiem
    • Reporterskie / podróżnicze
      • Amerykańska
      • Orient Express
      • Reportaż Czarnego
      • Seria podróżnicza Wyd. Poznańskiego
      • Seria reporterska Wyd. Poznańskiego
    • Seria Dzieł Pisarzy Skandynawskich
    • Serie sci-fi i fantasy
      • Wehikuł czasu
      • Wiedźmin
  • O mnie
  • Kontakt

Przestrzenie tekstu

"— A potem stwierdził: Odbiorę jej to, co dla niej najważniejsze. 
Zapytałem go, co to znaczy, a on skinął głową w stronę witryny smażalni. 
Zapytałem: Co, dzieci? Odpowiedział: Tak. Ja na to: Czyli co zrobisz? 
Wywieziesz je czy jak? A on po prostu spojrzał mi w oczy i powiedział: 
Zabiję je.
"


Później twierdził, że stracił przytomność po ataku kaszlu. Musiał jednak obudzić się w wodzie i kiedy ich auto szło na dno, skutecznie wydostać się, wypłynąć i przebiec spory kawał drogi. Musiał powiedzieć swojej byłej żonie, że ich dzieci nie żyją. Przecież musiał. Teraz Robert Farquharson stoi w sądzie i z boleścią znosi każdy etap wyczerpującego procesu, który w rezultacie doprowadzi go do skazania. Tak naprawdę tylko on wie, co wydarzyło się we wrześniu 2005 roku między Geelong a Winchelsea w Australii w stanie Wiktoria. Tylko on zna ostatnie chwile z życia swoich trzech synów (najmłodszy miał zaledwie dwa lata), których wiózł do domu ich matki po spędzonym razem Dniu Ojca. Jednak ten ostateczny rodzinny moment, w którym prawdopodobnie świadomie porzucał żyjących jeszcze chłopców w zamkniętym, tonącym samochodzie, zostanie odarty ze swojej makabrycznej intymności, a wydarzenie to będzie rozkładane na czynniki pierwsze przed niedowierzającą, raczej wrogą publicznością. Co tak naprawdę zdarzyło się tamtego wieczoru w okolicy przydrożnego zbiornika wodnego? Czy można było uniknąć trzech niezawinionych śmierci? A najważniejsze: czy to był wypadek, czy może... zabójstwo? 

Helen Garner w niesamowicie emocjonującym, ale również bardzo skrupulatnym reportażu przedstawia szczegóły procesu Roberta Farquharsona. Co ciekawe, jej relacja jest wyjątkowo osobista. Autorka nie ukrywa własnych przeżyć związanych z uczestnictwem w procesie, jednak bardzo umiejętnie wplata je między rzetelne i wyczerpujące opisy przesłuchań. Zgłębia tło wydarzeń, rozpatruje zachowanie oraz psychikę świadków i samego oskarżonego, rozmawia o sprawie z osobami postronnymi. Z każdym rozdziałem odsłania przed nami coraz większy dramat jednego człowieka, który doprowadził do tragedii. Jednak coraz wyraźniejszy obraz sytuacji często mętnieje i czernieje, niemal jak woda tamtego felernego wieczoru. 

Pytania o celowe działanie zdesperowanego ojca, mężczyzny, którego porzuciła żona, który nie czuł satysfakcji ze swojego życia i być może dopuścił się najstraszliwszej formy zemsty, prawdopodobnie jeszcze długo pozostaną bez odpowiedzi. Proces się kończy, ale sprawa wciąż rezonuje, zaś Farquharson twierdzi, że jest niewinny. Helen Garner stworzyła żywy, pulsujący reportaż, który czyta się jak powieść kryminalno-sensacyjną, ale i poruszający sądowy dramat, z bohaterami z krwi i kości, wywołujący mieszane, skrajne odczucia. Reportaż, o którym z pewnością długo nie zapomnę. 

***
Garner Helen, Woda była strasznie zimna. Rodzinna tragedia i proces o zabójstwo, Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2026, s. 288.

10:38 No comments
"To, gdzie znikasz,
ma ogromne znaczenie."

Amerykańskie parki narodowe, dzika przyroda, motyw tajemniczych zaginięć. Miałam duże nadzieje odnośnie tej książki. Czekałam tylko na odpowiednią porę roku, a początek wiosny doskonale nadaje się na podążanie leśnymi ścieżkami, wędrówki wzdłuż strumyków, czy... zagubienie się na mało uczęszczanym szlaku. To właśnie o zagubieniach, zaginięciach, często niestety ze skutkiem tragicznym, pisze Jon Billman. W Urwanym śladzie podąża tropem zaginionego Jacoba Gray'a, towarzysząc jego ojcu Randy'emu w coraz to dziwniejszych eskapadach. "Wiele spraw łatwo wyjaśnić — kogoś porwała rzeka, przysypała lawina albo zjadła puma, ktoś zamarzł lub popełnił samobójstwo". Jednak w przypadku niewytłumaczalnych zaginięć, tak zwanych "zniknięć bez śladu", trudno odgonić się od teorii spiskowych. Wielka Stopa, UFO, udział sekt. Każda taka sprawa przyciąga również rzesze jasnowidzów. Mimo trudnego tematu, przez Urwany ślad można przeprawiać się jak przez fascynującą książkę przyrodniczo-krajoznawczą. Niepowtarzalny dziki klimat, miejsca jak z filmów, bohaterowie jak z książki Krakauera Wszystko za życie. Tylko w pewnym momencie pojawia się to dziwne uczucie znużenia nieprzynoszącą nic nowego treścią. Powrotu na tę samą ścieżkę. Chciałoby się wykrzyczeć autorowi: "widziałam już ten kamień, kręcimy się w kółko". 

W amerykańskich głuszach giną setki ludzi. Nikt do końca nie zna statystyk. Nie ma również opracowanego jednolitego schematu akcji poszukiwawczo-ratowniczych. Każdy przypadek traktowany jest odrębnie, a decyzje zapadają często dopiero na miejscu zdarzenia. Jacob Gray zaginął w Parku Narodowym Olympic w stanie Waszyngton. Dosłownie: urwał się po nim ślad. Jego ojciec nie ustaje w poszukiwaniach, z których — można by wysunąć śmiałe przypuszczenie — zrobił sobie sposób na życie. Jon Billman również bardzo angażuje się w tę sprawę, wspominając przy okazji o innych podobnych lub odmiennych przypadkach zaginięć, jak i przykładach często niekonwencjonalnego poszukiwania odpowiedzi. 

Może za dużo w Urwanym śladzie było zwolenników Wielkiej Stopy, szczegółów (nazw, nazwisk), które nie wnosiły nic do całości. Za dużo ślepego podążania za jednym bohaterem, którego jakoś trudno mi było polubić. Były fragmenty, które najchętniej zupełnie bym ominęła, choć były i takie, które czytałabym w nieskończoność, bo świetnie oddawały klimat tych wszystkich miejsc i tragicznych zdarzeń. Nie umiem jednoznacznie odnieść się do książki Jona Billmana, ponieważ zaraz po jej przeczytaniu miałam ochotę zacząć od nowa, może tylko uważniej i z większą wyrozumiałością. Pewnie kiedyś to zrobię. Zacznę od nowa. Podobnie jak robią bliscy zaginionych, nie tracąc przy tym nadziei.  

***
Billamn Jon, Urwany ślad. Zaginieni w amerykańskich parkach narodowych, tłum. Martyna Tomczak, Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2025, s. 320.
17:37 2 comments
"Ważne jest ciepło w domu. 
I to, by po nocy polarnej wróciły ptaki."


To niewiarygodne, że przez niemal sto stron Hjem po prostu... czekałam na mewę. I u stóp setnej strony aż mnie zagryzło w gardle z emocji. Taką moc mają słowa Ilony Wiśniewskiej, a ja wracam do jej pięknej reporterskiej prozy jak do domu. Znów jestem na Północy. Znów jest zimno i poruszająco, ale tym razem, w odróżnieniu do przeszywająco smutnego Migotu, tu można wyłapać słoneczne promienie — choćby w żółtym wystroju domu Bjørg, czy... w sercu autorki. Chłonęłam Hjem jak zaczarowana, bo nawet jeśli Wiśniewska wciąż pisze o bolączkach północy, trudnych początkach życia cudzoziemców w norweskim Tromsø, przykrym losie morskich ptaków, to jednak przebijają się przez to wszystko dobro, czułość, akceptacja. Kolejny raz urzekło mnie jej wyjątkowe podejście do ludzi i do ich historii. Jednak Hjem. Na północnych wyspach to również niespodziewana opowieść o niej samej oraz o tym wszystkim, co składa się na słowo hjem. A hejm to bezpieczna przystań. To dom. Czekanie z przyjaciółką na mewę, która przylatuje raz w roku. Poczucie przynależności. 

"Gdyby zima była miejscem..." — te zasłyszane przez autorkę słowa zdają się doskonale pasować do Tromsø. Kiedyś niepozorne arktyczne miasto w północnej Norwegii, aktualnie cieszy się wielką popularnością wśród turystów, obserwatorów zórz polarnych, jak i imigrantów rozmaitych narodowości, którym jednak nie zawsze łatwo odnaleźć się w surowej mentalności północy. To właśnie tutaj mieszka Ilona Wiśniewska i stąd podróżuje na pobliską wyspę Kvaløya, do zaprzyjaźnionej kobiety o imieniu Bjørg, która stała się bohaterką jej reportażu. Jednak Hjem jest zlepkiem wielu przeplatających się historii, a ich głównym mianownikiem okazują się... ptaki. Ale również pory roku, samo Tromsø, poczucie odrzucenia, potrzeba posiadania własnego hjem. Ptasie hotele, skrzeczące krysie, przypadkowi ludzie, którym zależy na losie mew. Samotność okryta grubym swetrem, kiedy kończy się jasne, krótkie lato. 

Hjem. Na północnych wyspach to kolejny piękny literacko, doskonale skonstruowany oraz zwyczajnie poruszający reportaż z zimnych północnych stron. Uwrażliwia na los ptaków i ludzi. Jestem zachwycona lekkością i jasnością, jakie przebijają się przez Hjem. Tego jeszcze nie doświadczyłam w książkach Ilony Wiśniewskiej, której twórczość jest mi bliska od samego początku, od Białego. Mam wrażenie, że autorka rzeczywiście (przynajmniej na ten moment) znalazła to swoje miejsce (nie tylko w pojęciu przestrzennym), stąd tak jej tam dużo. I tak tam jasno. I ciepło, mimo zimna. 

***
Wiśniewska Ilona, Hjem. Na północnych wyspach, Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2025, s. 240.
10:05 No comments

"W całej Ameryce Południowej nie ma drugiego takiego miejsca;
blisko półtora tysiąca kilometrów błotnistego wybrzeża, 
przechodzącego w moczary, gęstą puszczę (...) w pasma prastarych gór (...) 
Człowiek nigdy nie wziął tej ziemi w posiadanie."


Największe mrówki, jaguary, węże dusiciele, chmary insektów. Tysiące rzek. To również stąd płynęły opowieści o mitycznym Eldorado. Miejsca, do których niełatwo się dostać, gdzie nie ma naturalnych portów ani kolei. Dziki skraj Ameryki Południowej skrywa w sobie egzotyczne tajemnice. Gujana, Surinam, Gujana Francuska. To o nich w swoim niespiesznym, ale fascynującym podróżniczym reportażu pisze John Gimlette. Jednak już teraz warto zaznaczyć, że to lektura dla wytrwałych. Dla tych, którzy szukają czegoś więcej niż turystycznych ciekawostek. Dzikie wybrzeże to zarówno historia tych wydawałoby się, że wciąż dzikich terenów, ale i dużo pobocznych opowieści. Trzeba się w nie wsłuchać, rozsmakować. Mi zajęło to naprawdę dużo czasu i już teraz jestem pewna, że kiedyś jeszcze wrócę do książki Gimlette'a. 

"Większość obszaru Gujany (...) nigdy nie widzi słońca", ponieważ aż 80% jej powierzchni pokrywa las. Przecinana licznymi rzekami, skrywa w sobie bogactwo świata przyrody. Potrafi również ukryć wiele innych rzeczy. "Ciężarówki i samoloty, które zgubiły drogę, zwykle nigdy się nie odnajdują". Nic dziwnego, że Jim Jones właśnie tutaj umiejscowił siedzibę swojej sekty Świątynia Ludu, której członkowie w 1978 roku popełnili zbiorowe samobójstwo. Gimlette dużo pisze o niewolnictwie, kolonizacji, Indianach. Z Gujany przenosi się do Surinamu, który przedstawia na przykładzie jego stolicy Paramaribo (pełnym kasyn i prania pieniędzy). Aż w końcu dociera do niezwykłego miejsca, jakim jest Gujana Francuska stanowiąca terytorium Francji. Niegdyś wielka kolonia karna, gdzie zsyłano więźniów. Teraz może się poszczycić słynnym kosmodromem. 

Johna Gimlette'a do podróży po dzikich rejonach Ameryki Południowej zainspirował jego daleki przodek, który odwiedzał te same miejsca. Dzikie wybrzeże to niepowtarzalna reporterska opowieść o krajach, o których nieczęsto się wspomina, a przynajmniej, o których ja sama niewiele wiedziałam. Dobra zarówno pod kątem literackim, jak i informacyjnym. Warto jednak przygotować się na długą przeprawę, niekiedy nużącą i trochę rozwleczoną, ale zapewniającą dużo wrażeń. 

***
Gimlette John, Dzikie wybrzeże. Podróż skrajem Ameryki Południowej, tłum. Hanna Pustuła-Lewicka, Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2013, s. 524.

09:02 No comments

"— Chciałam cię o coś zapytać, ale chyba nie ma sensu,
pomyślisz, że zwariowałam. Powinnyśmy być posłanniczkami Slendermana.
— Jak miałybyśmy to zrobić? — spytała Anissa.
—
Powinnyśmy zabić Bellę."

Podczas gdy jej ojciec widywał w lustrze szatana, Morgan chciała być kotem. Otaczała się niewidzialnymi przyjaciółmi, jak to czasem zdarza się u dzieci — z tą różnicą, że dla Morgan byli oni zupełnie prawdziwi. Nikt nie zdiagnozował u niej dziecięcej schizofrenii. Jeszcze nie. Jeszcze przyjaźniła się z Bellą, która udawała, że też słyszy głosy. Dopóki Morgan nie poznała Anissy, Bella była jej całym światem. "Dźgałam, dźgałam, dźgałam..." Dziewczynki miały po dwanaście lat. Jedna z nich nieleczoną schizofrenię. Za ich plecami stało widmo fikcyjnego Slendermana, którego znały z opowiadań zamieszczonych na internetowym portalu creepypasta.com. Jak łatwo było w niego uwierzyć nieprzystosowanym, odstającym od innych nastolatkom, które nawzajem utwierdzały się w swojej mrocznej fascynacji. Slenderman miał być dla nich swojego rodzaju wybawicielem, choć równocześnie raczej się go bały. Jednak to w jego cieniu zrodził się pewien przerażający plan. Morgan i Anissa miały zrealizować go dokładnie 30 maja 2014 roku, w czasie świętowania urodzin Morgan, na które została zaproszona również jej dawna najlepsza przyjaciółka Bella.

"Kiciusiu, teraz". Slenderman. Internetowy demon, choroba psychiczna i zbrodnia dwunastolatek autorstwa Kathleen Hale to wstrząsający reportaż o potwornej zbrodni, o paranoi, toksycznej przyjaźni, ale głównie o chorobie i zagubieniu, a także absurdach amerykańskiego sądownictwa. Za usiłowanie zabójstwa swojej rówieśniczki Morgan Geyser groziła kara sześćdziesięciu pięciu lat więzienia. Według prawa stanu Wisconsin dwunastolatka była sądzona jako osoba dorosła. Diagnozę, która potwierdziła u Morgan dziecięcą schizofrenię postawiono zdecydowanie za późno, podobnie było z podjęciem decyzji o włączeniu leczenia farmakologicznego. "W efekcie zażywania arypiprazolu zaczęła odczuwać wyrzuty sumienia; co więcej, na własne nieszczęście, czuła już wszystko". Ale wtedy było już po wszystkim.

Kathleen Hale bardzo dokładnie przedstawiła "barwny" świat Morgan, jej przyjaźń z Bellą (a właściwie: Payton) Leutner, a później z Anissą Weier. Dokładny opis tego strasznego dnia, przesłuchania obu dziewczynek, diagnozowanie, pobyt Morgan i Anissy w zakładach, aż w końcu sam proces. "Oburzone społeczeństwo, trwające w błędnym przeświadczeniu, że doszło do zabójstwa dziecka, jakby całkiem zapominało, że Morgan i Anissa też są dziećmi". Trudno oceniać taki materiał bez osobistych moralnych odczuć oraz przemyśleń. Autorka ożywiła wszystkie potwory, jakie czaiły się za kulisami tej skandalicznej zbrodni, przedstawiła stanowiska osób pokrzywdzonych (również rodziców każdej ze stron), w dość oczywisty sposób... "tłumacząc winnych". Nie był to reportaż moich marzeń. Nie chciałabym do niego wracać, ani więcej o nim myśleć. Jednak po jego przeczytaniu wyszukałam zdjęcia dziewczynek w internecie. Imiona ożyły. I strachy też.

***
Hale Kathleen,  Slenderman. Internetowy demon, choroba psychiczna i zbrodnia dwunastolatek, tłum. Janusz Ochab, Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2024, s. 360.
16:35 No comments
"Kiedy wyjdę z tej piekielnej nory, znajdę pana.
A wtedy mi pan zapłaci."

28 czerwca 2004 roku szanowany i uwielbiany przez pacjentów lekarz z niewielkiej przychodni mieszczącej się w pobliżu miasteczka Fletcher w Karolinie Północnej, przy użyciu psiej smyczy udusił własnego ojca, obciął mu palce, a ciało porzucił na poboczu drogi. Po dokonanym morderstwie wrócił do codziennych obowiązków. Na procesie odmówił pomocy adwokatów, sam podejmując się absurdalnej próby obrony. Plącząc się w zeznaniach, nieustannie przepraszał za brak prawniczego przygotowania i zrzucał winę za popełniony czyn na "serotoninowy mózg". "Mój umysł nie działa właściwie. Potrzebuję pomocy!" Nie uznano go za niepoczytalnego (a wręcz twierdzono, że symuluje) i skazano na dożywocie. Nazywał się Vince Gilmer. Teraz na jego stanowisku, w tej samej przychodni, przyjmując tych samych zdezorientowanych pacjentów, pracuje również... doktor Gilmer. Benjamin Gilmer. Brak pokrewieństwa, za to narastający strach przed skazanym, który jeszcze przed chwilą był na jego miejscu.

"On wie, kim pan jest. Założę się, że nie jest zbyt szczęśliwy, że zabrał mu pan życie". Autor bardzo rzetelnego, niezwykle poruszającego oraz szczególnie osobistego reportażu Przypadek doktora Gilmera. Zbrodnia, medyczna zagadka i sprawiedliwość w Appalachach to ten sam Benjamin Gilmer. Nie przyjął on jednak posady po bezwzględnym mordercy, którego rzeczywiście bał się na początku swojej pracy w przychodni. Przyjął posadę — swoją drogą miejsce i nazwisko to zupełny zbieg okoliczności — po chorym mężczyźnie, któremu odmówiono sprawiedliwego wyroku, nie uwzględniając jego kondycji psychicznej. "Gdyby choroba Huntingtona została wykryta u Vince'a przed rozpoczęciem procesu, w ogóle nie zostałby skazany na karę więzienia". Benjamin postanowił poznać tajemniczą sprawę Vince'a Gilmera, z każdą chwilą coraz bardziej współczując oraz przywiązując się do schorowanego starszego mężczyzny, któremu więzienie odebrało resztki zdrowia i godności. "Nie dalej jak półtora roku temu panicznie bałem się, że ten człowiek dowie się, gdzie mieszkam. A teraz odwiedzam go w więzieniu, spędzałem z nim Święto Dziękczynienia i pozwalałem mu przytulać swoje dzieci".

Książkę czyta się niczym dobry thriller.  Ma swoje mocne momenty, ale i wzruszającą stronę.
To wzorowo poprowadzona, uporządkowana relacja z prób zrozumienia oraz oddania sprawiedliwości człowiekowi, który zamiast w więzieniu, powinien znaleźć się na oddziale psychiatrycznym, gdzie otrzymywałby niezbędną pomoc medyczną — przynajmniej przez czas, jaki mu jeszcze pozostał. Choroba Huntingtona, mająca podłoże genetyczne, jest okrutnie niewdzięczna i nie pozostawia złudzeń na wyzdrowienie. Benjamin nie tylko zajął się przypadkiem pokrzywdzonego przez amerykański sąd oraz system opieki zdrowotnej schorowanego lekarza, ale również został jego przyjacielem, czy niemal członkiem rodziny. Autor przedstawił bardzo dokładnie mozolne zabieganie o ułaskawienie Vince'a. Może momentami było tego zbyt wiele dla przeciętnego czytelnika, dla którego ta sprawa raczej nigdy nie będzie na tyle ważna, jak była dla Benjamina Gilmera. Ostanie fragmenty książki raczej się dłużyły, nie wnosząc już nic nowego do całości. Warto jednak poznać historię dwóch doktorów Gilmerów, żeby przekonać się o sile ludzkiej determinacji, wrażliwości na drugiego człowieka, czy też o tym,  jak wygląda amerykańskie podejście do więźniów dotkniętych chorobami psychicznymi.

***
Gilmer Benjamin, Przypadek doktora Gilmera. Zbrodnia, medyczna zagadka i sprawiedliwość w Appalachach, tłum. Mariusz Gądek, Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2024, s. 312.

08:31 No comments

"O ile bardziej adekwatnym wyborem dla bohaterskiego
filozofa nadczłowieka był odległy archipelag Galapagos
ze specyficzną fauną, zamglonym krajobrazem wulkanicznym
i skojarzeniami z Charlesem Darwinem."


Jest rok 1929. Para zakochanych (nazwą ich potem "Adamem i Ewą z Floreany") postanawia porzucić wygody wielkiego miasta, jak i własne rodziny, by wieść życie na odludnej, dzikiej wyspie. Raj, który zamierzają stworzyć sobie na jednej z wysp archipelagu Galapagos odbiega jednak od ich pierwotnych, romantycznych wyobrażeń. Na początek nie pasuje tu choćby to "zakochanie". Doktor Friedrich Ritter nie do końca odwzajemnia uczucia, jakimi darzy go Dore Strauch. Dore z kolei staje się niejako wyznawczynią Friedricha (swoją drogą miłośnika Nietzschego), zafascynowaną jego intelektem oraz filozoficznymi zapędami. Kiedy osiadają na Floreanie, kosztując uroków i trudów samotniczego życia w dziczy, nie spodziewają się, że wkrótce na wyspę zaczną przybywać obcy, a oni sami oraz ich dom Friedo staną się obiektem światowego zainteresowania.

John Treherne napisał ten porywający reportaż kryminalny w 1983 roku, chcąc rozwikłać zagadkę pewnego zaginięcia oraz śmierci na Floreanie. I tak, dzięki zapiskom z dzienników, towarzyszymy Friedrichowi i Dore już od zalążków ich wyprawy, obserwujemy zmiany w ich relacji, częstą rozbieżność w postrzeganiu wydarzeń, a także rysy na charakterach. Nieszczególnie gościnni gospodarze (w końcu ich marzeniem było samotne życie na wyspie) muszą przystać na pojawienie się kolejnych osiedleńców, jakimi są zaradna rodzina Wittmerów, a niedługo później ekscentryczna baronessa wraz ze swoją męską świtą. Nieustanne konflikty, przemoc, ale i drobne przejawy życzliwości wyznaczają rytm życia na Floreanie. Napięcie jednak rośnie i wkrótce dochodzi do niepokojących incydentów.

Cała historia opisana w Zbrodni w raju wydaje się szczególnie sensacyjna i w taki też sposób została przedstawiona. Dodatkowymi atutami reportażu są lekkość pióra autora, fabularny ton oraz sama egzotyka miejsca. Książkę czyta się jednym tchem, mając z tyłu głowy tę obiecaną tytułową zbrodnię. Warto jednak po drodze zwrócić uwagę na rozmaite ciekawostki, czy też zaskakującą odwagę i pomysłowość bohaterów. W końcu wszystko dzieje się z dala od cywilizacji, a do tego w niespokojnych czasach. Bardzo podobała mi się Zbrodnia w raju, chociaż po lekturze pozostał mi pewien niedosyt — nawet pomimo licznych porób autorskich wyjaśnień tego, co tak naprawdę wydarzyło się na wyspie. 

***
Treherne John, Zbrodnia w raju. W poszukiwaniu utopii na Galapagos, tłum. Adam Czech, Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2024, s. 256.
15:49 No comments

"Wprawdzie życie Południa podszyte jest warstwą
upiornej ciemności (...)"


Boczne drogi amerykańskiego Południa. "Sypiące się domy, skupiska baraków, (...) zabite deskami sklepy", a obok tego bezmiar zapierającego dech w piersiach krajobrazu. Uprzejmość i gościnność mieszkańców (niezależnie od ich koloru skóry, czy statusu społecznego). Paul Theroux w przepiękny sposób opowiada o swoich podróżach po Głębokim Południu Ameryki. O radości ze swobody jazdy własnym samochodem ("tylko w Ameryce można ufnie podróżować bez celu"), jak i o specyficznym klimacie Południa, w którym bieda i upadek (porównywane przez niego z tymi w Afryce), wciąż napięte stosunki między białymi a czarnymi, czy niesprzyjające warunki atmosferyczne (huragany i trąby powietrzne) zahartowują, ale również sprzyjają  poszukiwaniu wytchnienia, towarzystwa oraz rozrywki w licznych kościołach, których na Południu nie brakuje. Dobre jedzenie znajdziecie w rodzinnych lokalach soul food, serwujących tradycyjne, proste posiłki, wygodny motel u Hindusa (zwykle o nazwisku Patel), a miłą atmosferę na... jarmarku broni.

"Na Południu niedziela bez mszy, jarmarku broni albo meczu futbolowego jest dniem straconym". Dlatego Paul Theroux zabiera nas i do kościoła, i na kilka jarmarków. Rozmawia z ludźmi w przydrożnych barach, z osobami żyjącymi z zasiłków, działaczami społecznymi, którzy naprawdę pomagają innym. Ludzie opowiadają mu o zbieraniu bawełny, o podziałach, dyskryminacji. A zewsząd  łypią na niego przydrożne tablice z biblijnymi cytatami. Radiowi kaznodzieje grzmią o końcu świata. Niepokoi ulotka Ku Klux Klanu ("od przeszło pięćdziesięciu lat walczymy o interesy białych chrześcijan"). W hotelu ogłoszono zagrożenie tornadem, więc mogą wystąpić trąby powietrzne.

Spoza trudnej finansowo-bytowej sytuacji amerykańskiego Południa, z opowieści autora przebijają się nostalgia i sielankowość. Zrzucam to na karb wyśmienitego stylu Theroux, pewnego rodzaju melancholijnego, romantyzującego postrzegania, jak również wielu nawiązań do literatury oraz pisarzy (głównie Faulknera). Paul Theroux to znakomity obserwator-podróżnik, ale i prawdziwy literat. Ogromnie podobały mi się opisy jarmarków broni oraz odwiedzających je mężczyzn. Każda historia, każdy detal z drogi, każde wspomnienie — często pełne humoru, albo odpowiedniej dawki powagi, odsłaniają prawdziwą twarz prowincjonalnego Głębokiego Południa. Alabama, Missisipi, Arkansas. Allendale, Greensboro. "Ciasne, liche, brzydkie domy i zdezelowane przyczepy w oprawie cudownego pejzażu, ładnych, falistych, zielonych, gęsto porośniętych lasami wzgórz i cienistych, leniwych rzek". Gdy tylko skończyłam Głębokie Południe, poczułam, że mogłabym czytać je w nieskończoność.

***
Theroux Paul, Głębokie Południe. Cztery pory roku na głuchej prowincji, tłum. Michał Szczubiałka, Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2017, s. 544.

15:21 No comments
"Granica meksykańska to skraj znanego świata,
dalej już tylko cienie, groza i mroczne widma (…)" 


Niezwykły amerykański powieściopisarz i podróżnik Paul Theroux, już jako starszy pan, wyrusza w ekscytującą podróż po Meksyku, który w jego pięknym literacko, jak i sentymentalnym przekazie jawi się jako nieco mistyczna, mroczna kraina. O pejzażu "nędznym, przepysznym, pierwotnym i majestatycznym". Pełna tanich, wygodnych hoteli, dobrego jedzenia i ludzkiej życzliwości, ale także strachu, poczucia odrzucenia, biedy oraz śmierci. Samą podróż Theroux traktuje jako sprzeciw przed byciem "nieszanowanym i nieużytecznym starcem" w swoim domu w USA („Miałem nadzieję, że ta podróż uzdrowi mnie, wyleczy ze zgorzkniałości, i w istocie tak się stało”). A podróżuje naprawdę z klasą. Jego rozmowy z miejscowymi, pełne zrozumienia i taktu, urocza brawura, która mogłaby przecież sprowadzić na niego nieszczęście, a w najgorszym przypadku nawet śmierć ("Kartele zaraz pana namierzą, pojadą za panem. Jak będziesz miał pan fart, zabiorą samochód i zostawią pana na poboczu. Jak będziesz miał pan niefart, zabiją"), jego pisarski kunszt i prawdziwa ciekawość świata — to wszystko sprawia, że Na równinie węży ujmuje, zachwyca, przeraża, ale również bawi, bo autorowi nie brakuje poczucia humoru oraz dystansu do siebie i świata.

"Wybierasz się do Meksyku? Nie jedź tam! Zginiesz!". Trudna sytuacja pogranicza, dramaty migrantów, życie w cieniu muru. Bieda, permanentne poczucie zagrożenia, gangi i niebezpieczne dzielnice. Porwania i zabójstwa, w które często zamieszane są wojsko lub policja. I choć ze skorumpowaną policją Paul Theroux miał wątpliwą przyjemność się skonfrontować, to szczęśliwym trafem ominęły go inne mroczne strony współczesnego Meksyku. Przyjmowany życzliwie przez obcych, choć przestrzegany w czasie swojej podróży po pasie amerykańsko-meksykańskiego pogranicza przed jazdą w głąb kraju, odważnie rusza dalej i dalej. Zatrzymuje się na dłużej na kurs pisarstwa, który ma poprowadzić, albo na doszkalanie się z języka hiszpańskiego. Uczestniczy w tłumnej meksykańskiej stypie, barwnych Dniach Zmarłych, zagląda do dziwnych miejsc kultu i świątyni Santa Muerte. Co ciekawe wiara w Świętą Śmierć jest najszybciej rozwijającą się religią, potępioną jednak przez Watykan. Od jej wyznawców nie wymaga się świętości ani pokuty, dlatego popularna jest wśród gangsterów, prostytutek, przemytników, czy handlarzy narkotyków, jak również ubogich i bezradnych. Meksyk to kraj kontrastów, więc nie dziwi tuż obok Kultu Kostuchy popularność katolickiej Matki Bożej z Guadelupe, czy Świętego Judy Tadeusza.

"Bywa, że wyszeptane słowo, szczególny widok albo przebłysk człowieczeństwa przymusza do poszukiwania głębszego znaczenia świata". Taka właśnie jest podróż po Meksyku Paula Theroux. Pełna przebłysków i melancholii, podsycana cytatami z literatury meksykańskiej lub z dzieł pisarzy wspominających o Meksyku. To reportaż bardzo osobisty, pełen empatii i zrozumienia, zachowujący przy tym profesjonalną rzetelność. Nikt tak już chyba nigdy nie napisze o Meksyku, jak zrobił to Paul Theroux.

***
Theroux Paul, Na równinie węży. Podróż po Meksyku, tłum. Michał Szczubiałka, Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2021, s. 584.

19:24 No comments
"— Nie mogę się już doczekać, żeby wyjechać psami na lód.
To siedzi w głowie, nie umiem tego wyjaśnić."

Z kolei ja nie umiem zacząć. Nawet teraz nie wiem, co napisać o Migocie i czy może lepiej nie pisać nic. Przeszywająco smutny. To chyba pierwszy reportaż Ilony Wiśniewskiej, który tak bardzo mnie przygniótł. Choć często po lekturze jej niezwykłych relacji z krajów Północy czułam się rozedrgana, to jednak zachwyt nad szczególnym ujmowaniem przez autorkę tamtego surowego świata zwykle przeważał nad trudnymi emocjami. W przypadku Migotu zachwyt gasi przygnębienie. W pełni jednak rozumiem przeżycia bijące z tej książki i choć osobiście chciałabym odnaleźć w niej tę szczególną magię, znajomą z Białego i z Hen, nie widzę tu dla niej uzasadnienia. 

Migot
to portret świata, którego za moment może już nie być. To wspomnienie Gerta, który jeszcze na okładce Ludu zawisł w powietrzu.
Dziewczynki pogryzionej przez psy na śmierć. Nauczyciela, który nie ma kogo uczyć. Ilona Wiśniewska w zlepku bardzo osobistych i przeraźliwie smutnych reportaży przedstawia świat Inughuitów z osad daleko wysuniętych na północ Grenlandii — Qaanaaq i Siorapaluk. "Mieszkają w Qaanaaq. Czego się spodziewają?". Ludzie chcą, żeby płacić im za rozmowę. Niewielu miejscowych chce się dzielić swoim życiem. Żyje im się coraz gorzej, bo i warunki są trudne ("... żeby nam się wydawało, że to będzie nasza decyzja, kiedy w końcu postanowimy wyjechać"). Nami mogą wstrząsać relacje z polowań na foki, opisy obróbki mięsa, zabijanie psów — dla Inughuitów to chleb powszedni.

Migot. Z krańca Grenlandii
to rozdzierający obraz grenlandzkiej rzeczywistości. Zasmuca, ale i ujmuje autentycznością wrażeń autorki. Ta szczerość, która bije z tekstu jest niesamowita. Im dłużej myślę o tej książce, tym bardziej jestem przekonana, że Wiśniewska nie mogła ująć tego wszystkiego inaczej, a forma pewnego rodzaju dziennika żałobnego niezwykle tu pasuje. To jej smutny, prawdziwy głos. I w tym głosie — prawie jak pod lodem — tkwi uśpiona magia.

***

Wiśniewska Ilona, Migot. Z krańca Grenlandii
,
Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2022, s. 256.
13:18 No comments

"Przeistoczył się w mroczne zwierciadło,
w którym odbijało się id samego miasta
—
jego mroczne fantazje, najdziwniejsze myśli,
najbardziej zatrważające przekonania
i uprzedzenia."


Za każdym razem używa tej samej broni, choć morderstwa są w znacznym stopniu rozciągnięte w czasie. Beretta kaliber dwadzieścia dwa. Te same naboje. Podobny typ ofiar. Te same... "trofea" zabrane z miejsca zbrodni. W latach 1974-85 seryjny morderca dopada siedem par, które wśród zachwycających florenckich wzgórz, sielskich łąk i gajów oliwnych, w ciemnych, odosobnionych zaułkach szukają chwili prywatności. Mężczyznę zabija na miejscu, kobietę wywleka z samochodu i ciągnie po ziemi, naznaczając ją w okrutny sposób. Dziennikarz La Nazione Mario Spezi zostaje specjalnym korespondentem sprawy tego włoskiego Kuby Rozpruwacza. To on wymyśla mu przydomek: "Il Mostro di Firenze". I tak tworzy się upiorna legenda, mająca swoje krwawe i jak najbardziej realne podstawy.

Potwór z Florencji, który miał posłużyć jako pierwowzór Hannibala Lectera (literackiej postaci stworzonej przez Thomasa Harrisa), mógł być kimkolwiek — księdzem, lekarzem, czyimś sąsiadem, a nawet... księciem. Podejrzanym stawał się niemal każdy, także sam Mario Spezi, który silnie zaangażował się w sprawę tajemniczego mordercy, poświęcając jej kawał swojego życia. Douglas Preston, znany amerykański pisarz, który myśląc o napisaniu kolejnej powieści, przeprowadza się wraz z rodziną do Florencji, po poznaniu Maria Speziego również wpada w sidła tej intrygującej, nierozwikłanej zagadki kryminalnej. Potwór z Florencji bowiem — mimo niekończących się tropów i donosów, imponującej liczby samozwańczych detektywów przybywających z całych Włoch, a nawet kilku aresztowanych i faktycznie skazanych (Salvatore Vinci, czy Pacciani) — wciąż stanowił i do dziś stanowi prawdziwą zagadkę. 

Książka Douglasa Prestona to lekko fabularyzowana literatura faktu, doskonałe true crime, napisane z niezwykłym polotem, oddające atmosferę Włoch tamtych lat (począwszy od lat 60.), ale i demaskujące absurdy włoskiego wymiaru sprawiedliwości oraz pracy tamtejszych śledczych. Pasjonująca lektura, w której samego Potwora jest jak na lekarstwo, za to porywa nas śledztwo, urzeka plejada przedziwnych bohaterów, opisy krajobrazów, barwne opowieści z dreszczykiem. Autor w bardzo wciągający i sensacyjny sposób opisuje wszystko to, co przekazał mu o całej sprawie Mario Spezi (to pierwsza połowa książki), a także prezentuje własne (nieszczególnie miłe) doświadczenia z czasu dziennikarskiego śledztwa. Bezwzględnie zachwyciły mnie forma, styl oraz klimat całej książki, jednak muszę przyznać, że ci, którzy spodziewają się czegoś mocniejszego — choćby większego skupienia na samych zbrodniach, mogą czuć się lekko zawiedzeni.

***
Preston Douglas, Spezi Mario, Potwór z Florencji. Śledztwo w sprawie seryjnego mordercy, tłum. Kaja Gucio, Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2023, s. 424.

08:53 No comments

 "Za tabletki można było kupić wszystko —
płyty DVD, lodówki, wizyty u dentysty (...)."

Zaczęło się z pozoru niewinnie — od leczenia bólu. Sam Quinones w doskonale reporterskim stylu prowadzi nas przez opiatową historię Ameryki. Od sprytnie rozreklamowanych środków, których nie mogło zabraknąć w podręcznej apteczce każdej pani domu (typu Valium), pękających w szwach gabinetów lekarskich, z których każdy mógł wyjść z receptą na wybrane środki przeciwbólowe, klinik leczenia bólu ("fabryki prochów"), po przemytniczy świat zwykłych chłopaków z Meksyku (chłopaki z Xalisco), rozwożących samochodami heroinę ("czarną smołę") w balonikach. Historie w Dreamland przeplatają się jak w kalejdoskopie, zmyślnie roztaczając przed czytelnikiem atmosferę, jaka panowała w latach 80-tych i 90-tych w USA, jak i zmierzając do ukazania okrutnych statystyk przedawkowań.

Jako punkt odniesienia Sam Quinones obrał świetnie prosperującą, tętniącą życiem pływalnię w Ohio w Portsmouth — tytułowe Dreamland, które z biegiem lat stało się smutnym symbolem amerykańskiego upadku. To, co z początku nie wzbudzało niepokoju, przerodziło się w falę uzależnień wśród młodych ludzi. Środki farmakologiczne (wszelkie opiaty, a szczególnie słynny lek OxyContin) przepisywane przez lekarzy miały tylko... koić ból. Ich silnie uzależniające właściwości, zapotrzebowanie na coraz większe dawki idące w parze z coraz dłuższymi kolejkami do przychodni lekarskich, sprawiły, że koncerny farmaceutyczne rosły w siłę, podobnie jak sąsiedzki handel lekami, czy wreszcie heroiną. Narkotyczny biznes kwitł. W latach 90-tych wielu Amerykanów zostawało przedstawicielami firm farmaceutycznych, a lekarze przepisywali te same leki w tych samych dawkach, niezależnie od dolegliwości chorego.

Nie zdawałam sobie sprawy, że temat opiatów może mnie tak wciągnąć (choć i dość przerazić). Autor przedstawił problem z wielu perspektyw, przenikając rozmaite środowiska. Jednak mimo że dowiedziałam się rzeczy, o których nie miałam pojęcia, co poszerzyło moją wiedzę o sytuacji w USA (czy o przemyśle farmaceutycznym w ogóle), to momentami miałam wrażenie, że książka jest trochę przegadana, a niektóre snujące się opowieści zaczynały mnie pod koniec męczyć, choć było to raczej moje osobiste zmęczenie tematem, niekoniecznie zaś spadek formy autora. Dreamland otwiera oczy i warto przyjrzeć się całej historii, ponieważ jest ona wciąż zatrważająco aktualna.

***
Quinones Sam, Dreamland. Opiatowa epidemia w USA, tłum. Jan Dzierzgowski, Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2016, s. 520.

10:48 No comments

"Kiedy przemawiał do tłumu, każdy ze słuchaczy miał wrażenie,
że prorok mówi bezpośrednio do niego, wyczuwa jego potrzeby duchowe,
najskrytsze nadzieje, lęki i pragnienia."


Twierdzą, że są ulubieńcami Boga. W przeciwieństwie do ich fundamentalistycznego odłamu, wyrzekają się poligamii, choć ich prorok i założyciel Kościoła Jezusa Chrystusa Świętych w Dniach Ostatnich (w skrócie LDS) Joseph Smith miał... 33 żony. Mormonizm. Najszybciej rozwijająca się religia Ameryki. Z "na wskroś amerykańską" Księgą Mormona, odwołująca się do starotestamentowych tradycji. Księgę miał przełożyć na angielski Joseph Smith, po tym jak ukazał mu się anioł Moroni. Księga Mormona wraz z Naukami i Przymierzami oraz Perłą Wielkiej Wartości to, obok Biblii, podstawowe pisma święte mormonizmu. Z religii stworzonej przez Smitha wyszło mnóstwo sekt — prorok bowiem początkowo twierdził, że Bóg przemawia do wszystkich i każdy może usłyszeć Jego głos. Z mormońskiej rodziny pochodził Dan Lafferty, zagorzały mormoński fundamentalista, który wraz z bratem Ronem, działając "zgodnie z wolą Boga", 24 lipca 1984 roku zamordowali Brendę Lafferty i jej 15-miesięczną córkę Erikę. Ta okrutna zbrodnia położyła się cieniem na świecie mormonów. Jednak nie tylko ona.

Jon Krakauer nie ogranicza się do opisu tego makabrycznego zdarzenia, które początkowo zdawało się być głównym tematem całego reportażu. Pisarz prowadzi nas przez historię mormonizmu, usiłując ukazać religijny fanatyzm, dążenie do władzy, manipulacje, hipokryzję. Bardzo interesująco przedstawia sylwetkę charyzmatycznego Josepha Smitha, opisuje objawienia, jakich doświadczył, proces powstawania Księgi Mormona. Wspomina o jego następcach, o trudnościach, z jakimi musieli zmierzyć się wyznawcy, o próbie wprowadzenia do tradycyjnego mormonizmu "nowego przykazania" — zasady wielożeństwa. Fundamentalistyczni mormoni wciąż jawnie praktykują poligamię, choć jest ona zakazana w USA. Przeraża tragedia młodych dziewcząt, które muszą wychodzić za mąż za dużo starszych mężczyzn, często blisko z nimi spokrewnionych. Przeraża również zbrodnia w rodzinie Lafferty'ch, zważywszy na tak silne podłoże religijne.

Pod sztandarem nieba Jona Krakauera to bardzo solidny i bogaty reportaż, którego tematyka wyjątkowo mnie interesuje. Krakauer nie sili się na tanie efekciarstwo (choć temat sam się o nie prosi), nie stara się zaszokować, nie stopniuje napięcia. Bardzo metodycznie przedstawia całą historię, ukazując ją na tle czasów, jakie panowały w Ameryce, kiedy rodził się mormonizm. Podobała mi się ta surowość oraz dokładność, i choć nie pogardziłabym elementem sensacyjnym, jestem pod wrażeniem, jaki ogrom pracy wykonał autor. Inny problem to... wiedza. Zanim przeczytałam Pod sztandarem nieba, wiedziałam już sporo o mormonach i mormońskich fundamentalistach. Sama zbrodnia, która z początku wydawała się być clou książki, zeszła na dalszy plan, i kiedy przyszło do jej opisywania, moje zainteresowanie nią trochę zmalało, ponieważ już byłam pełna wielu innych informacji. Cały reportaż nie porwał mnie tak, jak tego oczekiwałam, ale trudno zarzucić mu coś więcej. Dla osób, które chcą dowiedzieć się czegoś o mormonizmie będzie prawdziwą kopalnią wiedzy.
       
***
Krakauer Jon, Pod sztandarem nieba. Wiara, która zabija, tłum. Jan Dzierzgowski, Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2016, s. 392.
21:48 No comments
"Im więcej czasu spędza się na lodzie,
tym bardziej obsesyjnie myśli się o tym,
co jest pod spodem. I czy stamtąd też słychać
wycie psów."

Cztery lata. Naprawdę właśnie tyle czekałam z przeczytaniem Ludu. Głównie dlatego, żeby zawsze mieć jeszcze "przed sobą" jakąś książkę Wiśniewskiej. I chyba trochę ze strachu, że nie sprosta oczekiwaniom. Po Białym, po Hen została mi wtedy tylko ona, niewielka objętościowo książeczka, którą mogłabym przeczytać do tej pory w sumie ze sto razy. Aż w końcu przyszedł Migot, zima i odpowiedni czas, żeby sięgnąć po Lud. Z grenlandzkiej wyspy, ponownie zanurzając się w głąb surowej Północy, w te przeszywające na wskroś magiczne opowieści, które potrafi snuć chyba tylko Wiśniewska. To zupełnie inny, niezwykle misterny, dojrzały i niewiarygodnie piękny rodzaj reportażu. Dociera głębiej, jakby chciał wejść aż pod sam lód, wniknąć gdzieś pomiędzy grenlandzko-duńskie rozmowy, pomiędzy ciszę, pokazać coś więcej niż widać na pierwszy rzut oka. "Dobre zdjęcia to zmarznięte dłonie", dobry reportaż to relacja z samego wnętrza, z pełni obecności. I czuje się tę obecność, zaangażowanie, uwagę. Iwona Wiśniewska nie pojechała na Grenlandię ot tak. W 2017 roku postanowiła pracować tam jako wolontariuszka w domu dziecka w Uummannaq, niewielkiej wyspie w zachodniej Grenlandii. Nie umiem tej nazwy zapisać z pamięci, a co dopiero wymówić. Wiem jednak, że Uummat to po grenlandzku serce. Wszystko się zgadza.

"Zamiast rozmowy toczą się między nami tumany śniegu". Nieme rozmowy z podopiecznymi, wychodzenie na lód, wypędzanie koszmarów muzyką (ach, ile muzyki jest na tej, zdawać by się mogło — odludnej wyspie). Psie zaprzęgi, kaffemiki (przyjęcia z dowolnej okazji), tragiczne historie wysiedleń,  marzenia o niepodległości Grenlandii, wyjazdy i powroty. I śmiech ("Śmiech to tutaj naturalna reakcja na drugiego człowieka"). "— Jaki jest świat po grenlandzku? Prostszy". A obok tego duża liczba samobójstw (zwłaszcza wśród młodych), problem z alkoholem, haszyszem. Autorka z dużą wyrozumiałością i czułością przedstawia świat zupełnie niepozornych ludzi. Przeplata rozmaite historie z Uummannaq, przemycając niekiedy również własne odczucia.

Lud. Z grenlandzkiej wyspy
to wspaniały obraz grenlandzkiej rzeczywistości, nawet jeśli stanowi zaledwie jej fragment. Cofam to, o czym napisałam na początku — ani trochę nie obawiałam się, że zawieść może sposób pisania Wiśniewskiej. Ponownie czuję się oczarowana, choć czasem dopadało mnie pewne skołowanie natłokiem wrażeń i opowieści. Dlatego czytałam niespiesznie, bo właśnie tak warto czytać takie książki. A ja chcę trafiać wyłącznie na takie reportaże.

***

Wiśniewska Ilona, Lud. Z grenlandzkiej wyspy
,
Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2018, s. 232.
09:13 No comments

"— Wierzę w branie węży do rąk! - krzyknął,
gdy pieśń dobiegła końca."


Chwaląc Jezusa, piją strychninę, biorą do rąk jadowite węże, mówią językami. Wielokrotnie ukąszeni, często ze skutkiem śmiertelnym. Kim są "ludzie od węży", za którymi jeździł po Appalachach Dennis Covington, aby w rezultacie wstąpić do ich hermetycznego kościoła? Kościoła Jezusowego ze Znakami. Kościoła wężowników. Ekstatyczne modlitwy, śpiew i muzyka, a przy tym spojrzenia w stronę klatek z grzechotnikiem trzcinowym, mokasynem miedziogłowcem, czy kobrą. Nigdy wcześniej podczas czytania żadnego reportażu nie czułam, że jestem tak blisko opisanych w nim wydarzeń. Jakbym stała w drzwiach kościoła i patrzyła na szaleńców przekazujących sobie węże z rąk do rąk, w modlitewnym transie, bez lęku o konsekwencje, bo przecież tam działa Duch Święty.

"Trudno określić, czego właściwie oczekujesz, wybierając się na nabożeństwo (...) Z jednej strony chcesz, żeby gady wyjęto ze skrzynek, z drugiej — nie chcesz". Do "wężowników" zaprowadził go proces w Scottsboro, gdzie Glenn Summerford, szanowany kapłan jednej ze wspólnot (swoją drogą, działających już od lat 20. XX wieku) został oskarżony o usiłowanie zabójstwa własnej żony, która za jego sprawą była wielokrotnie kąsana przez węże. Wkrótce jednak zawodowe zainteresowanie Dennisa Covingtona przeniosło się na grunt prywatny. Nie tylko zaczął aktywnie uczestniczyć w nabożeństwach z wężami, zabierając na nie rodzinę, ale również odnalazł w swoim drzewie genealogicznym osoby, które kultywowały tę niebezpieczną i dość niezrozumiałą praktykę religijną.

Żywe opisy niesamowitych (i groźnych) nabożeństw, zwieńczanych braniem do rąk węży, historie ukąszeń, jak i świadectwo samego autora — to zdecydowanie wyróżnia Zbawienie na Sand Mountain wśród innych reportaży o amerykańskich wspólnotach religijnych. Jednak osobiste zaangażowanie Covingtona sprawiło, że cała książka stała się głównie barwną relacją pełną dialogów i szczegółowych opisów scen z kościoła. Na niektórych czytelnikach może to zrobić spore wrażenie, innych raczej zniechęci zbyt fabularny styl. W pewnym momencie ja sama czułam przesyt szczegółowo opisywanymi nabożeństwami, które nie wnosiły już nic do tematu. Chętnie poznałabym stanowiska różnych wężowników (wciąż nie rozumiem, po co im picie strychniny), a nie tylko ślepo zapatrzonych kaznodziejów oraz zaangażowanego autora, którego do dalszego praktykowania zniechęciła najwyraźniej wyłącznie postawa jednego z braci kościoła, nie zaś sama idea narażania siebie oraz innych na uszczerbek na zdrowiu podczas obcowania z wężami.

*ciekawostka: o kościele wężowników
Sharon Bolton napisała fantastyczny thriller pt. Blizna

***
Covington Dennis, Zbawienie na Sand Mountain. Nabożeństwa z wężami w południowych Appalachach, tłum. Bartosz Hlebowicz, Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2016, s. 200.

10:19 No comments

"Ludzie, którzy nigdy nie przypuszczali,
że zostaną nomadami, wyruszają w drogę."


"Łączy ich zaraźliwe przeczucie, że wokół dzieje się historia". "Starają się przetrwać w Ameryce". Nie lubią, jak mówi się o nich bezdomni. Są bezmiejscowi. Porzucają dotychczasowe życie i niewdzięczne decyzje, czy najpierw opłacić rachunek za prąd, czy wykupić leki. Pakują się do kampera i wyruszają w drogę. A droga rodzi nadzieję. Jessica Bruder, autorka fascynującego reportażu Nomadland, pisze o nich: "wagabundzi, włóczykije, wędrowni pracownicy, niespokojne duchy", podkreślając, że choć tacy ludzie istnieli zawsze, to w pewnym momencie szczególnie wpletli się w amerykański krajobraz. Nocują na parkingach hipermarketów, postojach dla ciężarówek, zaprzyjaźniają się na zlotach Rubber Tramp Rendezvous, tworząc specyficzne, niemal rodzinne więzi. Łączą ich podobny sposób życia, podobne doświadczenia, często również wiek, bo w drogę busem, który pomieści cały ich dobytek, wyruszają głównie osoby w wieku okołoemerytalnym, zdając sobie sprawę, że tylko w ten sposób mogą liczyć na godną przyszłość. I mimo że podupadają na zdrowiu przy pracy w Amazonie, na kempingach, przy sezonowych zbiorach buraka cukrowego, czy innych dorywczych pracach za niskie stawki — czują się wolni jak nigdy dotąd.

Jessica Bruder w niesamowity sposób opisała zjawisko, które dotknęło wielu Amerykanów klasy średniej, zwłaszcza po kryzysie w 2008 roku. Nomadland to historie seniorów (ale nie tylko!), którzy — głównie z powodów finansowych — zdecydowali się na życie w drodze. Jednak szczególną bohaterką reportażu jest Linda May. Autorka na jej przykładzie prowadzi czytelnika od momentu decyzji o zakupie kampera, prace, jakich podejmowała się Linda, przyjaźnie, jakie zawierała oraz źródła, z których czerpała wiedzę o życiu nomada — po wielkie marzenie Lindy, jej własny earthship, czyli recyklingowy, samowystarczalny dom, w którym będzie mogła przeżyć jesień swojego życia. Nomadland to również plejada wielu innych ciekawych postaci, opisy wydarzeń i miejsc bliskich sercom amerykańskich nomadów, jak i prawdziwy obraz pracy w Amazonie, w ramach tzw. programu CamperForce.

Ten niezwykle ciekawy, porywający i piękny literacko reportaż zwieńczony zostaje wisienką na torcie. Jessica Bruder, aby jak najlepiej oddać klimat życia nomadów, sama kupuje kampera, uczy się go prowadzić i w nim nocuje (a nie było to dla niej proste doświadczenie), podejmuje się pracy m.in. w Amazonie, czy uczestniczy w zlotach. Jej prawdziwe zaangażowanie, przyjaźń z Lindą, jak i wzruszające ostatnie strony książki sprawiają, że Nomadland i dla mnie stał się czymś więcej niż tylko porządnie skrojonym reportażem. To pozycja, którą warto... przeżyć. Bardzo amerykańska, momentami przygnębiająca, ale i wspaniale marzycielska.

***
Bruder Jessica, Nomadland. W drodze za pracą, tłum. Martyna Tomczak, Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2020, s. 280.

15:54 No comments

"Dla wielu ludzi Wschód stanowi antidotum na zachodnią anomalię,
holistyczną przeciwwagę dla naszego chaotycznego życia."


Pustynne tereny Arizony. Ośrodek Diamond Mountain, gdzie charyzmatyczny guru Michael Roach proponuje uczniom własną, alternatywną wersję buddyzmu tybetańskiego. W jednej z pobliskich jaskiń odosobnieni, odsunięci przez swoją wąską społeczność, Ian Thorson i Christie McNally oddają się medytacjom. Wkrótce Ian umiera z powodu odwodnienia i dyzenterii. Christie, była żona Michaela Roacha, jeszcze nie tak dawno równoprawna przywódczyni buddyjskiego ośrodka, za późno wzywa pomoc. Scott Carney w swoim znakomitym reportażu (nad którym praca kosztowała go dużo więcej niż przypuszczał) usiłuje odtworzyć wieloletnią drogę Iana Thorsona w stronę poszerzania duchowości, która to droga doprowadziła go ostatecznie do... śmierci. To jednak nie tylko obraz określonego stylu życia i jego konsekwencji, ale również historia narodzin fenomenu gesze Michaela Roacha, jego działalności oraz powstania ośrodka Diamond Mountain, który — o, zgrozo — w dalszym ciągu funkcjonuje.

Żeby dobrze zrozumieć motywy postępowania Iana oraz jemu podobnych, autor sięga do początków mody na kulturę Wschodu, a szczególnie na buddyzm tybetański, który w Ameryce trafił na podatny grunt. Do prześledzenia życia i kariery Michaela Roacha, jego własnej interpretacji starożytnych buddyjskich pism, do wykładów, które prowadził z początku w skromnej księgarni Three Jewels, by później wraz żoną Christie McNally założyć imponujący ośrodek Diamond Mountain. Jego nauki, znacznie odbiegające od klasycznego buddyzmu, dlatego i przystępniejsze, a dodatkowo łamiące tabu (Michael nie miał nawet poparcia Dalajlamy), były pociągające dla ludzi takich, jak Ian, amatorów medytacji, jogi, stawiających w życiu na rozwój duchowy, ale również na szeroko pojęty sukces, ponieważ właśnie to obiecywał samozwańczy gesze. Czy już śmierdzi tu Państwu sektą? Podejrzenie, że Ian trafił do sekty nie odstępowało jego matki oraz rodziny, która usilnie starała się przywrócić chłopaka na właściwe tory.

O miesiącach milczenia, chorobie medytujących zwanej lung, kulcie bogini Kali, a także zagrożeniach, jakie pojawiły się w jego własnym życiu podczas pracy nad książką — Scott Carney pisze w sposób niezwykle pasjonujący. Śmierć na Diamentowej Górze czyta się jak dobrze skonstruowaną książkę historyczno-sensacyjną, z której dowiemy się sporo z historii Ameryki, poznamy niebezpiecznie fascynujące sylwetki buddystów (gesze Michael, czy lama Christie), ale i z ekscytacją mieszającą się ze strachem prześledzimy wydarzenia, jakie doprowadziły do tak smutnego końca. Ten reportaż to również ostrzeżenie — nie tylko przed wyznaniowym fanatyzmem, ale także przed pułapkami własnego umysłu, który nieustannie szuka prawdziwego szczęścia i uniknięcia cierpienia, często u wyjątkowo złych źródeł.

***
Carney Scott, Śmierć na Diamentowej Górze. Amerykańska droga do oświecenia
, tłum. Dominika Cieśla-Szymańska, Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2016, s. 320.

11:35 No comments

"Podstawowe przesłanie brzmiało,
że wolno praktykować buddyzm,
pod warunkiem że miłość do partii komunistycznej
stoi na pierwszym miejscu."


Tybet. Ośnieżone szczyty, tańczące na wietrze kolorowe chorągiewki, młynki modlitewne i mnisi noszący tradycyjne czuby. Tak kojarzy nam się ta azjatycka kraina zwana dachem świata. "Poziom strachu wśród Tybetańczyków jest porównywalny z tym panującym w Korei Północnej". Wieść o fali samospaleń wśród tybetańskich mnichów obeszła nie tak dawno cały świat. Przesiąknięty chińską propagandą, stłumiony od korzeni. Miejsce, gdzie za posiadanie podobizny Dalajlamy (przywódcy narodu tybetańskiego) można trafić do więzienia. Oto Tybet, którego być może dotąd nie znaliście.

Barbara Demick w swoim znakomitym reportażu, który czytałam z zapartych tchem, pokazuje Tybet od podszewki. W oparciu o literackie źródła, jak i rozmowy z Tybetańczykami prowadzi czytelnika przez historię... znikania. Zaczyna od lat 50., kiedy to Tybet stracił swoją suwerenność i trafił pod panowanie komunistycznych Chin. Proces zamierania tybetańskiej kultury i mentalności autorka przedstawia głównie na przykładzie Ngawy oraz jej mieszkańców, jednak to opowieść uniwersalna o przykrym końcu małego społeczeństwa, ukrytego gdzieś wśród wysokich gór. Rujnowane buddyjskie klasztory, figurki Buddy zjadane (!) przez najeźdźców. Strach przed przyznawaniem się do swojej narodowości, do własnego języka i kultury. W końcu realny bunt mnichów, którzy dokonywali samospaleń. Chińska Partia Komunistyczna wkraczała powoli, narzucając przymus życia w komunie, odbierając Tybetańczykom ich własność, jak również atakując religię (wyganianie mnichów z klasztorów). Zjadanie Buddy to smutna historia rodziny Gonpo, ostatniej tybetańskiej księżniczki. Historia małego Deleka, Norbu, poety Cegjana i innych, którym przyszło żyć w czasie wielkich przemian. Przeżyć głód i biedę, rewolucję kulturalną, rebelie, rozkwit gospodarczy po śmierci Mao Zedonga. Liczne protesty i prześladowania. Początkowe chińskie obietnice o nieingerowaniu w sferę religijną oraz o polepszeniu bytu niższych warstw społecznych w Tybecie okazały się bez pokrycia. Tybet stopniowo przestawał istnieć.

Nie ukrywam, że Zjadanie Buddy czytałam z narastającą fascynacją, która trzymała mnie do ostatnich linijek. Reportaż Barbary Demick jest w pełni dopracowany (gdyby ktoś chciał poszerzyć temat, autorka odsyła dodatkowo do sporej liczby źródeł), napisany z polotem i wyczuwalnym zaangażowaniem. Nie spodziewałam się, że tak bardzo zainteresuje mnie historia Tybetu i myślę, że to w dużej mierze zasługa sprawnego pióra, ale i reporterskiej pasji autorki. Wspaniała lektura. Już od dawna przymierzam się do Światu nie mamy czego zazdrościć, jej autorstwa, i teraz nie mam zamiaru zwlekać.

***
Demick Barbara, Życie tybetańskiego miasteczka w cieniu Chin
, tłum. Barbara Gadomska, Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2021, s. 360.

10:17 No comments

"Byli u nas tydzień temu.
Byli zadowoleni."

Utøya — owszem. Chyba nie ma osoby, która nie słyszała o masakrze, jaka miała miejsce na tej norweskiej wyspie w 2011 roku. Nie mam jednak pewności, czy podobnie sprawa ma się z brytyjską wyspą Jersey, gdzie w tym samym roku doszło do niemniej przerażających wydarzeń, mimo innego wymiaru (jak choćby mniejsza liczba ofiar). Wspominam o Utøyi nie bez powodu. To o niej słyszy Damian w radiu, jeszcze zanim zabije całą swoją rodzinę i dwie inne osoby. Może wstyd się przyznać, ale nie kojarzę tragedii z Jersey, i kiedy zaczynałam czytać Głosy, nie miałam pojęcia, o czym jest ta książka. Tym bardziej moje oczy robiły się coraz większe i większe, kiedy Dionisios Sturis i Ewa Winnicka odtwarzali krok po kroku tamten feralny dzień na wyspie.

Nic nie zapowiadało tragedii.
Damian Rzeszowski wraz z żoną i dziećmi wrócili właśnie na Jersey z urlopu w Polsce i zaprosili na grilla swoich miejscowych przyjaciół. Normalna polska rodzina, która szukała na wyspie lepszego życia. Powodziło im się całkiem nieźle. Kłócili się, jak pewnie niejedno przeciętne małżeństwo. W pracy Damian był lubiany i poważany przez szefa. Co takiego wydarzyło się, że ten obrazek został naznaczony krwią?

Z reportażu dowiemy się pokrótce, jak wygląda emigranckie życie na Jersey — wyspie jawiącej się jako raj dla przyjezdnych. Szczególnie upodobali sobie to miejsce Polacy, zaczynając zwykle od zbiorów ziemniaka (te słynne Jersey Royal), a kończąc na zarobkach, które spokojnie starczyłyby na zakup mieszkania w rodzinnym kraju. Z jednej strony piękna otoczka (w tym próby zrzeszania Polonii na Jersey), z drugiej wyobcowanie, przemoc i brak realnego wsparcia dla emigrantów. Wszystko to w cieniu masakry, jaką zafundował swojej rodzinie Damian. Prześledzimy cały proces, wysłuchamy zdania ekspertów, psychiatrów, rodziny i znajomych. Czy miał ten Damian problemy psychiczne, czy może wymordował swoich bliskich (dzieci! małe dzieci!) z zimną krwią?

Reportaż, mimo skromnych rozmiarów, w pewnym momencie zaczyna dłużyć się i wlec. Postać Damiana jako zabójcy (czy nawet głowy rodziny) ciągle gdzieś umyka. Nie ma tu żadnych smaczków, ani olśnień. Głosy. Tylko te głosy w głowie mogłyby coś wyjaśnić, ale czy... wyjaśniają? Ciekawa, mrożąca krew w żyłach sprawa zostaje sprowadzona do suchych faktów i przydługiej relacji z procesu, przecinanych "ciekawostkami" z wyspy Jersey. Zabrakło mi w tym wszystkim chyba emocji, szerszego psychologicznego rysu postaci. Książkę czyta się dobrze — zwłaszcza, jeśli nie znało się szczegółów. Ale to nadal trochę za mało.

***
Sturis Dionisios, Winnicka Ewa,  Głosy. Co się zdarzyło na wyspie Jersey,
Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2019, s. 224 (u mnie ebook).


Książkę przeczytałam w ramach
Wyzwania czytelniczego 2020/2021 na Przestrzeniach tekstu  
(kategoria: min. 5 reportaży 3/5)

19:34 No comments


"Nie wie, dlaczego zaczepia ludzi na ulicy,
dlaczego tak krzyczy, czemu przesuwa krzesła."


"Powiedziała, że Marta będzie podejrzewana o różne choroby psychiczne."
"Najbardziej boli mnie to, kiedy ludzie dają mi do zrozumienia, że nie umiem wychować syna i jestem złą matką."
"Znajomi przestali nas zapraszać. Tak jakby autyzm był zaraźliwy."
"To dobry chłopiec. Gdy czuje się bezpieczny, nie jest agresywny."
"Może to zabrzmi dziwnie, ale gdy dowiedziałam się, że to autyzm, byłam szczęśliwa."

W zasadzie te cytaty to jest już sedno tego, co w bardzo przystępny i zarazem poruszający sposób przedstawił Jacek Hołub, przybliżając czytelnikowi problemy rodzin wychowujących dzieci ze stwierdzonymi chorobami autyzmu, zespołu Aspergera, czy różnych odmian ADHD.
Oddał głos najbliższym — głównie matkom, ale również jednemu ojczymowi, dyrektorce szkoły, nauczycielowi wspomagającemu, a raz także dziecku. Dosadnie, ale i z wyczuciem, ze zrozumieniem i widoczną empatią przeprowadził nas przez historie rodzin, często uznawanych za patologiczne, z tak zwanymi "niegrzecznymi" dziećmi (dziećmi, które płaczą więcej niż inne, czują więcej, albo zwyczajnie nie potrafią odnaleźć się w rzeczywistości, jaka na nich spada). Zdanie: "Jeśli dziecko zachowuje się niegrzecznie, to oznacza, że chce nam coś zakomunikować. I to my, jako dorośli powinniśmy otoczyć je opieką i uważnością..." mogłoby służyć jako sztandarowe w całym procesie zrozumienia dzieci, które zdaniem innych "odstają", sprawiają kłopoty, często nie zdając sobie z tego sprawy.


"Niegrzeczne", czyli jakie? Hołub przedstawia sylwetki dzieci, u których dopiero po dłuższej diagnozie wykryto jakieś zaburzenia, a które stanowiły dla swoich matek trudny orzech do zgryzienia. "Jak dawałam sobie radę? Nie dawałam", wspomina jedna z nich. Dzieci, które krzyczą, że nie kochają swoich rodziców, by za moment żądać od nich potwierdzenia miłości. Dzieci, którym przeszkadza hałas, z którymi nikt się nie bawi, bo nie mogą usiedzieć w miejscu, szukają zaczepki, nie potrafią normalnie się komunikować. Bo co to znaczy "normalnie"? Mogłabym za autorem podawać konkretne przykłady dzieci odepchniętych (czy wręcz gnębionych) przez rówieśników, a także ich rodziców wykluczonych z życia towarzyskiego, z powodu zachowania tych dzieci. Pisać o wizytach pracowników pomocy społecznej, która zagląda do lodówki, aby sprawdzić na przykładzie jej zawartości, czy rodzina nie jest dysfunkcyjna i czy dziecko nie chodzi głodne. Częsty brak realnej pomocy ze strony szkoły, a nawet najbliższych, niemożność uzyskania odpowiedniej diagnozy i dotarcia do miejsc, w których można ją otrzymać, brak pieniędzy na terapię — to wszystko równoważy się z trafianiem na dobrych specjalistów, którzy jednak stwierdzą, że dziecko nie jest po prostu "niegrzeczne", jak i odnajdywaniem rozwiązań poprawiających temu dziecku życie społeczne (jak na przykład pomoc dobrego nauczyciela wspomagającego).

To wszystko może mądrze brzmi, ale na reportaż Hołuba składają się bardzo proste wypowiedzi, które docierają głęboko. Wiarygodne, szczere historie, bez owijania w bawełnę. Stamtąd dowiedziałam się, jak mylnie postrzegałam problem ADHD (szczególnie ostatni przykład mi to uświadomił), albo jak niewiele wiedziałam o niektórych zachowaniach autystycznych dzieci. To wstrząsa i niepokoi (szczególnie jak jest się mamą szalonego brzdąca), ale to również uwrażliwia na osoby, które mogą wydawać się inne. Na koniec przytoczę jeszcze słowa jednego "niegrzecznego" dziecka: "cały czas ktoś wymaga ode mnie, żebym zachowywał się i myślał tak jak on. A ja mam swój świat. Taki, jaki mi się podoba, w jakim czuję się dobrze i w jakim się odnajduję". Tyle.

Książkę przeczytałam w ramach
Wyzwania czytelniczego 2020/2021 na Przestrzeniach tekstu  

(kategoria: min. 5 reportaży 1/5)


***
Hołub Jacek, Niegrzeczne. Historie dzieci z ADHD, autyzmem i zespołem Aspergera,
Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2020, s. 232 (u mnie ebook).

11:28 No comments
Older Posts

Od autorki

About Me

Witaj na stronie Przestrzeni
i rozgość się.
Znajdziesz tu literaturę historyczno-podróżniczą, reportaże, klasykę grozy, tajemnicze powieści.
Często wracam również do książek dla dzieci, dobrego sci-fi, czy Stephena Kinga.

KSIĄŻKA NA DZIŚ

Moja kuzynka Rachela | Daphne du Maurier

2026 Reading Challenge

2026 Reading Challenge
Przestrzenie has read 0 books toward her goal of 30 books.
hide
0 of 30 (0%)
view books

RODZAJ

  • literatura amerykańska (72)
  • literatura angielska (48)
  • literatura australijska (3)
  • literatura francuska (3)
  • literatura hiszpańska (2)
  • literatura irlandzka (5)
  • literatura koreańska (1)
  • literatura niemiecka (8)
  • literatura norweska (7)
  • literatura polska (69)
  • literatura portugalska (2)
  • literatura szwedzka (14)
  • literatura słowacka (5)

Autor

  • Abbott Rachel (4)
  • Bradbury Ray (1)
  • Christie Agatha (1)
  • Clarke Arthur C. (1)
  • Dick Philip K. (2)
  • Forster Edward Morgan (1)
  • Gaiman Neil (1)
  • Greene Graham (2)
  • Herbert Frank (1)
  • Hesse Hermann (1)
  • Hill Susan (1)
  • Jackson Shirley (2)
  • Jacobsen Roy (3)
  • Jansson Tove (2)
  • Karika Jozef (4)
  • King Stephen (8)
  • Lem Stanisław (2)
  • Link Charlotte (2)
  • Paris B. A. (3)
  • Puzyńska Katarzyna (5)
  • Sapkowski Andrzej (2)
  • Stone Tom B. (2)
  • Theroux Paul (2)
  • Urbanowicz Artur (1)
  • Ware Ruth (2)
  • Wiśniewska Ilona (3)
  • du Maurier Daphne (3)
  • Łuszczyński Dominik (8)

Ilustrator

  • Aisato Lisa
  • Chmielewska Iwona
  • Dziubak Emilia
  • Jeram Anita
  • Klassen Jon
  • Martin Emily W.
  • Rutten Mélanie

Wydawnictwo

Akapit Press Albatros Amber Bum Projekt C&T Czarne Czuczu Czwarta Strona Dowody na Istnienie Dwie Siostry Dwukropek Egmont EneDueRabe Ezop Feeria Filia Format Gereon Grupa Wydawnicza Foksal Harper Collins Książkowe Klimaty Kultura Gniewu MAG Mamania Marginesy Media Rodzina Nasza Księgarnia Novae Res Otwarte Pascal Planeta Czytelnika Prószyński i s-ka Rebis Replika Sonia Draga Supernowa Słowne TADAM Tako Tekturka Vesper Videograf W.A.B. Wielka Litera Wilga Wydawnictwo AA Wydawnictwo Dolnośląskie Wydawnictwo Kropka Wydawnictwo Literackie Wydawnictwo Poznańskie Wydawnictwo Warstwy Wytwórnia Zakamarki Zielona Sowa Znak Zysk i S-ka audioteka Świat Książki

Zaglądam do:

  • Przeczytałam książkę
    "Piękno ludu" Merete Pryds Helle
  • Literackie skarby świata całego
    Heretyczki. O Angelusie dla Kateřiny Tučkovej i Julii Różewicz [komentarz]
  • unSerious
    Cykl: Kroniki Imperium Legendarnych Lachów # 1: Zło-to
  • To przeczytałam
    Christine Lindop - Ned Kelly
  • made by bibi
    Chmurka i Burza grają w piłkę/ubierają choinkę
  • K-czyta | Blog książkowy
    Dianne Freeman - Poradnik prawdziwej damy. Dobre maniery a morderstwo
  • Qbuś pożera książki
    Dynamiczne szachy geopolityczne, czyli „Cień Hegemona” Orsona Scotta Carda
  • Koczowniczka o książkach
    „Kocie kocyki” Kiyoshi Shigematsu
  • Świat fantasy
    Zapowiedzi październik 2026
  • Jeden akapit
    „Rozmyślania” Marek Aureliusz
  • ex libris Marty - blog o czytaniu, głaskaniu, wąchaniu oraz tuleniu książek i komiksów
    Post Świętego Michała Archanioła - ks. Mateusz Szerszeń CSMA
  • Dosiakowe Królestwo
    Nie z tego świata. Na tropie zjawisk paranormalnych - Ben Machell
  • Książki na plaży
    Trzy włoskie kryminały
  • Books Far From The Crowd
    Jak nie przeczytałam stu książek w rok
  • Spacer wśród słów
    Sosuke Natsukawa "O kocie, który ratował bibliotekę" - recenzja
  • Varia czyta
    Karuzela z Mordercami - Alex Rogoziński
  • Wokół Faktu
    5 książek na Dzień Mamy idealnych na prezent. Te nowości wywołają uśmiech na twarzy mamy
  • Klasyka literatury popularnej
    Duchy nocy wigilijnej.
  • Czytam to i owo...
    PIKNIKI Z KLASYKĄ: O "Oliverze Twiście" rozmawiamy w 208. rocznicę urodzin Charlesa Dickensa
Pokaż 5 Pokaż wszystko

Wszystkie treści zamieszczane na tym blogu (zarówno teksty, jak i fotografie) są mojego autorstwa i są chronione prawem autorskim [Dz.U.1994 nr24 poz.83, Ustawa: 4.02.1994 r. o prawie autorskim i prawach pokrewnych].

Wizyty

© Przestrzenie tekstu 2026

Created with by ThemeXpose