facebook instagram Goodreads
Obsługiwane przez usługę Blogger.
  • Spis treści
  • Jeśli szukasz...
    • Przestrzeni faktu
      • kryminalistyka
        • Antropologia sądowa
        • Botanika sądowa
      • literatura faktu
      • Podróżnicze
      • Reportaż
      • Wyprawy & odkrycia
    • Przestrzeni grozy
      • Horror
      • Thriller
      • kryminał
    • Przestrzeni dla dzieci
      • Albo młodzieży
    • FANTASTYKI
      • Literatura fantasy
      • sci-fi
    • Klasyki
    • ♦ Magii na Przestrzeniach ♦
    • Pięknego wydania...
      • Komiksy
      • Picturebooki nie tylko dla dzieci
    • Wyjątkowej prozy
  • Na dokładkę
    • Audiobooki
    • * Mój dawny blog *
    • Starocie na Przestrzeniach
    • Wyzwania czytelnicze
      • Archiwalne
  • Serie
    • Dla dzieci i młodzieży
      • Strachociny
      • Szkoła przy cmentarzu
      • Wakacje z Koszmarkiem
    • Reporterskie / podróżnicze
      • Amerykańska
      • Orient Express
      • Reportaż Czarnego
      • Seria podróżnicza Wyd. Poznańskiego
      • Seria reporterska Wyd. Poznańskiego
    • Seria Dzieł Pisarzy Skandynawskich
    • Serie sci-fi i fantasy
      • Wehikuł czasu
      • Wiedźmin
  • O mnie
  • Kontakt

Przestrzenie tekstu


"Wszyscy robimy, co możemy, 
i to musi wystarczyć... a nawet jeśli nie wystarczy, 
i tak musi wystarczyć."

Kiedy dotyka jakiegoś człowieka, widzi jego przeszłość i przyszłość. Nie wszystko. Istotne, bądź mniej ważne szczegóły. To, czego nie udaje mu się dostrzec, skrywa się w martwej strefie. John Smith ma niezwykłą umiejętność, którą jego matka nazwałaby darem, on sam zaś — przekleństwem. Zresztą, wszystko, co przytrafiło się Johnny'emu Smithowi w pewien jesienny wieczór, można uznać za wynik działania złego fatum. Przed lekturą Martwej strefy Stephena Kinga nieszczególnie byłam przekonana do oparcia całej fabuły o motyw jasnowidztwa, chociaż nie stronię od wątków parapsychicznych w literaturze (u Kinga to w końcu nic nowego). Wiedziałam również, że to nie będzie horror w pełnej krasie i rzeczywiście dostałam coś na kształt mieszanki dramatu z thrillerem. Jednak nie można odmówić Martwej strefie sporej dawki grozy, zaś historia głównego bohatera nie tylko mnie wciągnęła, ale również mocno poruszyła. 

"Nigdy nic nie tracimy, Saro. Nic, czego nie można odzyskać". W małym miasteczku Cleaves Mills, lubiany przez uczniów młody nauczyciel angielskiego, Johnny Smith, wiedzie szczęśliwe, ułożone życie. Jest ostatni dzień października 1970 roku. Johnny wybiera się ze swoją dziewczyną Sarą na jarmark. Sam wieczór  nie wróży niczego złego, chociaż w pewnym momencie, gdy zakochani decydują się przystanąć przy kole fortuny, zaczynają dziać się dziwne i niepokojące rzeczy. Tego wieczoru Johnny ulega wypadkowi samochodowemu i zapada w śpiączkę. Kiedy budzi się po pięciu latach, odkrywa w sobie pewną szczególną zdolność. Nieoczekiwany dar jasnowidztwa raczej nie przyniesie mu niczego dobrego. 

Martwa strefa to prawdziwie smutna historia utraconej miłości, zmarnowanego życia, a może nawet... zaprzepaszczonego daru. Z drugiej strony fabuła książki naprawdę intryguje, a nastrój tajemnicy i niepokoju utrzymuje się od początku do końca. Mimo często niespiesznej akcji, wielu wątków obyczajowych, jak i... wzruszających momentów, Martwa strefa straszy w osobliwy sposób. To właśnie jest ta cudowna cecha powieści Kinga. Misternie wpleciona groza w z pozoru zupełnie zwyczajne wydarzenia. Martwa strefa roi się od kingowych smaczków i zdecydowanie zasługuje na równie mocne pochwały, jakie zbierają zwykle sztandarowe dzieła mistrza. Dla mnie to była naprawdę wyjątkowa powieść. 

***
King Stephen, Martwa strefa, tłum. Krzysztof Sokołowski, Wydawnictwo Prószyńki i S-ka, Warszawa 2021, s. 480.
10:59 No comments

"— Powód jest taki sam dla wszystkich (...) Chcemy umrzeć,
dlatego to robimy. Nie wiedziałeś tego, Garraty? 
Nie wiedziałeś?"


Wielki Marsz jest doskonałym przykładem na to, że Stephen King potrafi stworzyć złożoną i porywającą historię wokół niepozornego, prostego pomysłu. Wygrzebać grozę z miejsca, gdzie jej nie ma. Skonstruować żywe, plastyczne postaci, choćby miały istnieć tylko przez chwilę. Trudno zakwalifikować Wielki Marsz do jakiegoś konkretnego gatunku — trochę w nim dystopii, trochę dreszczowca, dramatu, a nawet i horroru, bo fabuła jest przecież bezwzględnie przerażająca. Przeczytałam gdzieś, że to najlepsza książka, jaką King napisał pod pseudonimem Richard Bachman. Warto wspomnieć, że została wydana w roku 1979, a wizja, jakąś zaserwował autor wydaje się niepokojąco współczesna. 

Stany Zjednoczone. Setka chłopców bierze udział w brutalnych zawodach — morderczym marszu, z którego zwycięsko wyjdzie tylko jeden z nich. Zasady są banalnie proste. Mają maszerować, zachowując prędkość pięciu kilometrów na godzinę. Za każdy postój, upadek lub zwolnienie kroku dostają upomnienie. Po trzecim upomnieniu... giną. Jednym z zawodników jest Ray Garraty i to z jego perspektywy przeżywamy cały marsz, jak i poznajemy innych bohaterów. Strach, potworne zmęczenie, przemoc i wrogość, a z drugiej strony zalążki sympatii, a może nawet przyjaźni sprawiają, że te nieludzkie warunki wydają się być do przyjęcia. Wszystko to w takt owacji mijanych po drodze kibicujących widzów całego show, dla których mordercza walka młodych uczestników jest zwyczajną rozrywką. Jakby nie słyszeli odgłosu strzałów i krzyku, nie widzieli płynącej po drodze krwi.

Z książki aż kipi młodzieńczymi, chłopięcymi emocjami. Zawodnicy mają różne motywacje, chociaż głównym wabikiem jest niebotyczna nagroda pieniężna, którą zdobędzie jeden z nich. Uderza powszechna zgoda na tego typu rozgrywki oraz prestiż całego wydarzenia. Jednak Stephen King wie, w jakie struny uderzyć, żeby zmrozić czytelnika choćby zwykłymi rozmowami, interakcjami bohaterów. Wielki Marsz to prosta lektura, która jest w stanie dostarczyć mocnych wrażeń. Zakończenie z kolei pozostawia pole do własnej interpretacji.

***
King Stephen, Wielki Marsz, tłum. Paweł Korombel, Wydawnictwo Prószyńki i S-ka, Warszawa 2011, s. 264.

10:52 2 comments

"Widzisz, Al, pomyślałem, że najlepiej byłoby
(ją zabić)."


Kultowe Lśnienie, które — jeśli oglądało się choć fragmenty ekranizacji w reżyserii Stanleya Kubricka — okazuje się zdradliwą pułapką. Nie sposób bowiem, podczas czytania, uwolnić się od filmowych postaci, scen, jak i całej charakterystycznej otoczki, jaka urosła wokół tej historii. Ci, którzy Lśnienia nie oglądali (przynajmniej przed pierwszą lekturą), mają szansę na dużo lepszą zabawę. Powieść Stephena Kinga jest w stanie przestraszyć nie na żarty. Jej klaustrofobiczny, zimowy klimat, stopniowanie napięcia przywołujące na myśl upiorne skradanie się, mieszające się zalążki szaleństwa i psychozy z realnym dramatem niewinnej rodziny, wkraczającej w sam środek czegoś nadnaturalnego. Zło zagnieżdżone od lat w miejscu niejednokrotnie splamionym krwią. Chłopiec, który widzi więcej niż inni. Już to wszystko robi niesamowite wrażenie, a napisane ręką mistrza horroru zapewnia wysokiego poziomu, niezapomnianą literacką przygodę.

Jack Torrance, były alkoholik, po dyscyplinarnym zwolnieniu z uczelni, otrzymuje stanowisko dozorcy w słynnym hotelu Panorama, którym trzeba zająć się po sezonie. Wraz z żoną Wendy oraz pięcioletnim synkiem Danny'm zjawia się na miejscu już w czasie opuszczania Panoramy przez ostatnich gości. Zaopatrzona w zapasy jedzenia oraz wszelkie wskazówki co do bezpieczeństwa, trzyosobowa rodzina zostaje sama na kilka miesięcy w tych imponujących rozmiarów przestrzeniach. Jack planuje skończyć pisanie sztuki, coraz bardziej interesuje się również niechlubną historią samego hotelu, wpadając przy tym w dziwne paranoje, zaś Wendy martwi się zdrowiem Danny'ego. Chłopiec ma niepokojące wizje, a jego stany wymagają opieki lekarza. Jednak z nadejściem zimy Panorama zostaje odcięta od świata, a na rodzinę czyha nieopisany, mrożący krew w żyłach koszmar. 

Lśnienie to bezwzględnie niezapomniana i rewelacyjnie napisana (nieprzegadana, co istotne w przypadku twórczości Kinga) powieść grozy, zawierająca w sobie elementy nadprzyrodzone, motyw telepatii, psychozy, swojego rodzaju historię o duchach oraz stadium nawiedzenia. Byle tylko wyrzucić z głowy widok Jacka Nickolsona, Wendy i bliźniaczek. To dla mnie jedyny mankament, którego już nie mogę przeskoczyć. Czytając Lśnienie, nawet kolejny raz, nie potrafię uwolnić się od filmowej adaptacji. Cenię film Kubricka, jednak książka zdecydowanie zyskuje na jakości w oddzieleniu od narzuconego obrazu. Jest niepokojąca i przerażająca, nie tylko z uwagi na groźne nadprzyrodzone zjawiska, ale również na wstrząsające zachowanie, psychologię oraz ogólny tragizm postaci głównego bohatera.

***
King Stephen, Lśnienie,
tłum. Zofia Zinserling, Wydawnictwo Prószyńki i S-ka, Warszawa 1997, s. 520.

09:03 No comments

"Zrozumieć śmierć? Proszę bardzo.
Śmierć przychodzi wtedy, kiedy dopadnie cię
któryś z potworów."


Miasteczko Salem, wielokrotnie wymieniane jako jedno ze sztandarowych dzieł Stephena Kinga, będące równocześnie tym z najstarszych (to jego druga powieść, wydana rok po Carrie, w 1975 roku), doczekało się dwóch poważniejszych ekranizacji (mam słabość do pierwszej z 1979 roku). To niejako odświeżona opowieść o Drakuli, osadzona w realiach amerykańskiej prowincji lat siedemdziesiątych. W ujęciu Kinga to majstersztyk wampirzej literatury. Jest mroczna, niepokojąca, momentami naprawdę straszy, a przy tym unika dłużyzn, typowych dla późniejszej twórczości króla horroru. Napięcie, jakie tworzy King, żywa akcja, w której uczestniczy naprzemiennie wielu bohaterów, niesamowicie działające na wyobraźnię, plastyczne opisy, jak i niejako uniwersalny motyw wampira, który długo jeszcze nie wypadnie z łask (nawet jeśli skończyła się wydawnicza moda na wampiry) — wszystko to sprawia, że Miasteczko Salem wciąż potrafi ująć i zaskoczyć czytelnika.

Spokojne miasteczko Jerusalem w stanie Maine. Usytuowany na wzgórzu Dom Marstenów, od dawna wzbudzający niepokój wśród mieszkańców, zostaje sprzedany obcym nabywcom. Interesuje się nim również pisarz Ben Mears, który wraca po latach do Salem, by napisać tu kolejną powieść. Wkrótce zakochuje się w nowo poznanej miejscowej dziewczynie, jednak szczęście Bena i Susan nie trwa długo. Miasteczko bowiem nawiedza fala tajemniczych śmierci. Ben przeczuwa, że w Salem zagnieździło się nieludzkie zło. Wraz z nauczycielem Mattem oraz młodym chłopakiem Markiem będzie musiał stawić mu czoła.

"Jednocześnie wszędzie wokół budzą się do życia okropności nocy". Stephen King zbudował w Miasteczku Salem elektryzującą atmosferę pełną prawdziwej grozy. Czuć ją już w pierwszych enigmatycznych fragmentach powieści, czai się w poczynaniach bohaterów, gnieździ w ramach okien, przez które wpada surowe światło księżyca. Niepowtarzalny styl narracji, detale, które u Kinga nabierają mocy. Trudno też nie zauważyć tu jawnych nawiązań do Drakuli Brama Stokera, choć nie jest to w żadnym wypadku próba naśladownictwa, a raczej hołd dla klasycznej historii o wampirach. Ja sama, kiedyś dość niechętna tematyce tej powieści, obecnie jestem oczarowana Miasteczkiem Salem. Zajmuje ono jedno z pierwszych miejsc w moim kingowym rankingu.

***
King Stephen, Miasteczko Salem,
tłum. Arkadiusz Nakoniecznik, Wydawnictwo Prószyńki i S-ka, Warszawa 2012, s. 528.

09:45 No comments

"Teoretycznie robale nie mogły dostać się do środka,
a jednak jakoś to zrobiły."

Zdecydowanie warto było... nareszcie skończyć Outsidera. Czytałam go od kilku miesięcy, z różnym natężeniem, a że wybrałam formę ebooka, zawsze wygodniej było mi do niego zerknąć w wolnej chwili, zamiast przysiąść na dłużej do lektury. Jednak był jeszcze jeden powód tego rozwlekłego czytania. Po obiecującym początku, który stanowił zapowiedź naprawdę mocnych wrażeń, thrillerowy nastrój ustąpił miejsca horrorowi, i choć przepadam za horrorowym Kingiem, to w przypadku Outsidera miałam mu za złe, że do tak świetnie zapowiadającego się thrillera wprowadził wątek nadprzyrodzony. Być może stąd wynikało moje zniechęcenie. Wiedziałam jednak, że historia jest na tyle elektryzująca, że będę chciała poznać ją w całości.

Wszystko zaczyna się od szczególnie potwornej zbrodni. W miejscowym parku zostaje znalezione zmasakrowane ciało jedenastoletniego chłopca, a podejrzenia padają na cenionego nauczyciela i trenera sportowego, Terry'ego Maitlanda. Lokalny detektyw Ralph Anderson postanawia aresztować mężczyznę podczas szkolnego meczu, ujawniając winnego na oczach zaskoczonego tłumu. Ślady DNA potwierdzają jego winę, jednak jest coś jeszcze... Terry ma mnóstwo świadków, jak i nagranie z kamery, które pokazuje, że w czasie morderstwa przebywał w zupełnie innym miejscu.

To, co wydawało się z początku rasowym thrillerem, mrocznym i trzymającym w napięciu, pełnym niepokojącej atmosfery i tajemnicy, zmieniło się w powieść z elementem nadprzyrodzonym — nadal tajemniczą, ale już pod innym względem. Mimo że uwielbiam horrory, to trudno mi było przeskoczyć ten moment i pogodzić się z faktem, że ta ponura sprawa kryminalna przeradza się w... szukanie zjawy. Chyba zapomniałam przez chwilę, że to przecież King, który znakomicie miesza konwencje. Dlatego kiedy już wjechałam na odpowiednie tory, zupełnie inaczej zaczęłam przyglądać się postaciom i wydarzeniom. Człowiek z Tatuażami, El Cuco, a może Boogeyman. Kim jest tytułowy Outsider?

Wciąż mam wrażenie, że zdradzam za dużo, bo sama przed lekturą nie wiedziałam o niej zupełnie nic. Może nie do końca jestem zachwycona całym pomysłem, ale King tworzy naprawdę zgrabne, żywe obrazy, soczyste opisy, niepokojącą atmosferę, więc Outsider jest rzeczywiście bardzo w jego stylu. Mi, poza klimatem powieści, kryminalną fabułą, ale i sferą niematerialną, szczególnie podobała się postać Holly Gibney, dzięki której Outsider bardzo zapunktował. Nie wiedziałam, że Holly pojawiła się już wcześniej w trylogii kryminalnej o
Billu Hodgesie (przez co chętniej sięgnę wreszcie po Pana Mercedesa).

***
King Stephen, Outsider
,
tłum. Tomasz Wilus, Wydawnictwo Prószyński i S-ka, Warszawa 2018, s. 640, u mnie ebook.

19:17 No comments

"— Czarne narcyzy — szepcze on. — Mam dla ciebie.
Tak właśnie szepcze..."

 

Ach, te Czarne narcyzy. To tajemnicze coś, czego zabrakło mi w Domu czwartym Katarzyny Puzyńskiej, siódmej części sagi o Lipowie — choć nadal nie do końca wiem, co to było, cudownie odnalazłam tutaj. Mroczny klimat, przywodzący wspomnienie wspaniałych Utopców, bohaterowie, którzy nareszcie zaczynają przypominać dawnych siebie. Poczucie, że coś wskakuje na swoje miejsce i daje nadzieję na pomyślne rozwiązania. Przy tym taka ponura atmosfera miejsc i zawiłość wydarzeń. Och, naprawdę bardzo podobały mi się Czarne narcyzy. Mamy miejscową legendę o żonie drwala, Diabelec, w którym strach pozostać na noc, ciemny las i tę przeszywającą, zakazaną piosenkę. Nucę ją sobie teraz, nie znając melodii. Taką siłę ma ta kryminalna opowieść.

Weronika Nowakowska otrzymuje tajemniczego SMS-a od niejakiej Valentine Blue. Daniela Podgórskiego, wydalonego ze służy i wciąż zmagającego się z problemem alkoholowym, podczas lipcowego Święta Policji zaczepia pewna dziennikarka. Jadą do Diabelca, wokół którego krążą straszne legendy. Wkrótce umiera miejscowa dziewczyna i jej chłopak, zaś ze wszystkim powiązane są dwie kobiety pracujące w ciastkarni w Lipowie. Do tego ożywa sprawa śmierci trzech bezdomnych, którą poznaliśmy już w Domu czwartym. Wszyscy bohaterowie bardzo angażują się w różne części śledztwa, odkrywając przy tym dziwne zależności i zmagając z własnymi (lub cudzymi, jak u Klementyny Kopp) problemami.

Wiele wątków, dużo postaci, dość szybko poprowadzona narracja. To wszystko może nieźle zakręcić w głowie, jednak spaja się w zgrabną całość i przynosi zaskakujące rezultaty. Cieszę się na pewne zmiany, jakie zachodzą u głównych bohaterów — czy choćby zalążki zmian (nie chcę zdradzać!). Wątek z dziwnymi praktykami związanymi z domem w Diabelcu, rozsypane czarne narcyzy i... ten śpiew. W sumie w Czarnych narcyzach skryła się naprawdę tragiczna, smutna historia. I choć długo nie zapomnę ich klimatu, wiadomo, że już zabieram się za Norę.


Książkę przeczytałam w ramach wyzwania:

***  
Puzyńska Katarzyna, Czarne narcyzy, Wydawnictwo Prószyński i S-ka, Warszawa 2017, s. 640.

08:29 No comments


"Czuła się trochę tak jak wtedy,
kiedy jechali do Utopców."


Nareszcie. Nawet nie zgadniecie, jak długo czytałam tę książkę. Chyba już kiedyś wspominałam, że potrafię rozciągać czytanie kryminałów Puzyńskiej na wiele miesięcy, by potem kończyć je w dwa dni, pogrążając się w historii, na którą musiał przyjść u mnie odpowiedni czas. Tak było na pewno z Z jednym wyjątkiem, ale i teraz z Domem czwartym. Zaczęłam go czytać chyba w czerwcu zeszłego roku (bo z tamtego okresu jest to zdjęcie), a skończyłam przedwczoraj 😃 Trochę to zabawne, a trochę zawstydzające, ale przecież w rezultacie kończę każdy tytuł i sięgam po kolejny. I do tego wszystko pamiętam! To jak było z tym Domem czwartym?


Z przyjemnością (i ekscytacją) wróciłam do znanych bohaterów z Lipowa. Po tym, co wydarzyło się w poprzednim tomie — chyba jeszcze chętniej! Szokujący koniec Łaskuna zapowiadał coś interesującego, chociaż może niekoniecznie takich atrakcji spodziewałam się po kolejnej części cyklu. Czy ja w ogóle mogę o tym pisać? Czy to nie za duży spoiler?... Nieszczęście, jakie spadło na dwójkę bohaterów odbija się dość znacząco w ich postawach, również w trakcie prowadzenia nowego śledztwa. A nie jest to śledztwo zwyczajne. Znika bowiem ikona kryminałów Katarzyny Puzyńskiej, moja ulubiona bohaterka — Klementyna Kopp. Ślad ginie w Złocinach, jej rodzinnych stronach, gdzie na prośbę matki była policjantka miała zbadać jakąś dawną sprawę morderstwa. Nie bez powodu Dom czwarty porównywany jest z klimatem Utopców (ach, Utopce! To dopiero była historia!). Atmosfera Złocin, dworku Drozdy, tragiczna historia sprzed lat. Poza tym te tajemnicze powiązania bohaterów, niepokojące graffiti, karzeł Kaj, dźwięk pozytywki i martwe kosy. A i również — jak to u Puzyńskiej, równolegle biegnąca opowieść, tym razem z czasów wojny. Kto by przypuszczał, że tyle sekretów kryją te piękne tereny, na jakich rozgrywa się akcja kryminałów Puzyńskiej.

Dom czwarty to kolejna niezła historia. Ciekawa przemiana niektórych bohaterów, mimo że nie zawsze na plus (kto czytał, wie o kim myślę), dodała smaczku fabule. Wiadomo już, że będzie miała swój wydźwięk w nowej części cyklu. Tutaj dowiadujemy się również bardzo wiele o przeszłości Klementyny. Sama nie wiem, czy byłam gotowa na tyle zaskakujących informacji. Oczywiście już sięgam po Czarne narcyzy (ciekawe, kiedy je skończę), jednak gdzieś z tyłu głowy tkwi to uporczywe przekonanie, że tu, w Domu czwartym, czegoś mi zabrakło. Takie uczucie. Może znajdę to coś w Czarnych narcyzach.

Książkę przeczytałam w ramach wyzwania:

***  
Puzyńska Katarzyna, Dom czwarty, Wydawnictwo Prószyński i S-ka, Warszawa 2016, s. 576.

19:14 No comments
"Łaskun rozbawiony. Niemal.
Chłopak o zegarek. Się. Boi.
Powinien. O siebie. Powinien.
Się bać."

Apetyt rośnie w miarę jedzenia. Po znakomitych Utopcach nie mogłam nie sięgnąć po Łaskuna, kolejną część z serii o Lipowie. Polubiłam te kryminały obyczajowe Katarzyny Puzyńskiej. Polubiłam jej bohaterów, prostotę i lekkość stylu. Odpoczywam przy nich. Odstresowuję się. Nie od razu jednak wszystko przypada mi do gustu. Łaskun z początku trochę gryzł. Utopce zrobiły na mnie tak wielkie wrażenie, że drastyczna zmiana klimatu w Łaskunie niemal mnie ubodła. Zwroty, jakie zaszły w życiu głównych bohaterów, ale i ich nieoczekiwana drugoplanowość (!) naprawdę mnie zaskoczyły. W Utopcach wszystko było silne, mocno zaakcentowane, bliskie (mi). Tu, w miarę postępu akcji, znajomi bohaterowie znikają. Byłby to zarzut, gdyby nie to, że pomysł na Łaskuna — choć na początku zupełnie nic na to nie wskazywało — okazał się całkiem przedni.

W domu sędziego Jaworskiego policja znajduje makabryczną lalkę złożoną z fragmentów martwych ciał. Jedną z ofiar jest sam sędzia. Podejrzenia zaś padają na... aspiranta Daniela Podgórskiego, ostatnią osobę, która mogłaby mieć cokolwiek wspólnego ze zbrodnią. Wszystko zaczyna kręcić się wokół Gwiazdozbioru — klubu ze striptizem, narkotyków, trucizn i pewnego tajemniczego krawca. A gdzieś w tym wszystkim jest jeszcze Łaskun. Dziwny. Straszny. Łaskun.

Puzyńska w Łaskunie nieco zaszalała z mnogością wątków i efektem zaskoczenia. Nie spodziewałam się tak poprowadzonego (to dobre słowo) rozwiązania, ani tego, że znajomi bohaterowie będą w tej części jedynie tłem. Co ciekawe, zupełnie mi to nie przeszkadzało. Na pierwszy plan wyszedł ktoś inny, zaś Łaskun zdecydowanie wygrywa psychologią postaci.

***  
Puzyńska Katarzyna, Łaskun, Wydawnictwo Prószyński i S-ka, Warszawa 2016, s. 832.
21:24 No comments
"— Czekaj. Stop. Jest jeszcze czwarty podejrzany,
wampir — rzuciła Klementyna."

Lato '84. Odcięta od świata, mroczna wieś Utopce. Z oddali słychać odgłosy objazdowego cyrku. Drzewa szumią groźnie. Zbiera się na burzę. Tego dnia giną Tadeusz i Wojtek Czajkowscy. Ojciec i syn. Miejscowi podejrzewają działanie... wampira. W rezultacie nie udaje się znaleźć sprawcy, jednak ta stara sprawa wkrótce zostanie odgrzebana. Daniel Podgórski, Klementyna Kopp i Emilia Strzałkowska mają za zadanie rozwikłać tajemnicę śmierci Czajkowskich. A nie jest to proste — nie tylko ze względu na czas, który upłynął. Ludzie w Utopcach zachowują się dość dziwne, a osobiste problemy bohaterów jak nigdy wysuwają się na pierwszy plan.

Utopce to piąta i chyba najbardziej niepokojąca, niemal horrorowa część serii o Lipowie. Mamy ciemny złowrogi las, duchy, akcenty słowiańskiej demonologii, motyw wampira, a może nawet i opętanie. Dużo rozmaitych detali tworzy konkretny klimat grozy, który stanowi ciekawą odskocznię od pozostałych kryminałów obyczajowych Katarzyny Puzyńskiej. Interesująco toczą się również losy bohaterów, zaś autorka nieustannie podsyca atmosferę tajemnicy i dezorientacji. Chylę czoła za pomysł na to, co w Utopcach dzieje się z Klementyną Kopp (wyszło mi lakonicznie, ale nie chcę zdradzać ani słowa). Siła tej postaci jest niezmącona, może nawet jeszcze większa niż dotąd. Nie będę nawet udawać, że nie jestem zachwycona tą powieścią w kontekście pozostałych części sagi, jednak muszę wspomnieć o drobnych niedociągnięciach. Żałuję ogromnie, że kilka wątków nie zostało pociągniętych, a zakończenie odrobinę bardziej mnie nie zaskoczyło. Rozumiem, że Puzyńska chciała trzymać się kryminału i te horrorowe akcenty to tylko taki smaczek. Może chodziło o samo otarcie się o tę drugą, mroczną stronę, by potem szczelnie zamknąć okiennice i schować się przed listopadową nocą (bo w takim to okresie toczy się główna akcja). Cokolwiek chciała osiągnąć autorka, efekt jest znakomity. Zachęca do sięgania po kolejne części.

***  
Puzyńska Katarzyna, Utopce, Wydawnictwo Prószyński i S-ka, Warszawa 2015, s. 600.
16:38 No comments
"— Czyli mamy to — podsumował 
starszy sierżant Marek Zaręba (...)
— Z jednym wyjątkiem — powiedział Gawroński enigmatycznie."

Policzyłam sobie, że moją ostatnią książkę Katarzyny Puzyńskiej z cyklu o Lipowie czytałam... trzy lata temu. Nie wiem, kiedy minął ten czas i czy rzeczywiście potrzebowałam tak długiej przerwy. Do Z jednym wyjątkiem zabierałam się kilka razy i miałam już sobie darować, aż tu nagle... stała się remedium na ostatnie niepokoje i przeczytałam ją w dwa dni! To był całkiem przyjemny powrót. Komisariat w Lipowie, ekscentryczna komisarz Klementyna Kopp, sympatyczny Daniel Podgórski. Ton, w jakim Puzyńska pisze swoje kryminały obyczajowe szczęśliwie się nie zmienia. Brakowało mi tej prostoty, zwyczajności, może nawet infantylności (wciąż podejrzewam, że zamierzonej). Dobrze jest wiedzieć, czego się spodziewać. Dobrze jest dostać dokładnie to, czego oczekuje się od tego typu powieści. Ja dostałam. Rozrywkę i kryminalną historię, opisaną w dość lekki sposób, stroniącą od makabrycznych opisów, niemal... sympatyczną. Cenię sobie to u Puzyńskiej. Naprawdę. 

W kolonii Żabie Doły, niedaleko Lipowa, ginie starsza kobieta, Małgorzata Głuszyńska. Przyczyną śmierci kwiaciarki jest zatrucie fosgenem, gazem bojowym stosowanym jeszcze w czasach I wojny światowej. Na miejscu zbrodni śledczy znajdują szachownicę z rozegraną partią, a na ciele Głuszyńskiej tajemniczy tatuaż. Sprawą zajmują się znajomi policjanci z Lipowa, a jej rozwikłanie do prostych nie należy. Mamy wielu podejrzanych, wiele powiązań, intrygujący motyw słynnych szachistów, do tego w powietrzu czuć wiosnę, co nie ułatwia pracy ani Danielowi Podgórskiemu, który zaczyna coraz poważniej myśleć o związku z Weroniką, ani Emilii Strzałkowskiej decydującej się na pierwszą od dawna randkę. Zaś Klementyna Kopp... no cóż, tu więcej nie zdradzę. W każdym razie tło obyczajowe w powieści Puzyńskiej jest jak zwykle mocno podkreślone, choć nigdy nie wychodzi na pierwszy plan.

Z jednym wyjątkiem to przyjemny kryminał obyczajowy, jednak fabuła nie porwała mnie tak, jak to miało miejsce w poprzednich częściach. Wydarzenia się wlekły, a do wszelkich wniosków bohaterowie dochodzili z wielkim opóźnieniem. W sumie to ich grzebanie się było nawet odrobinę urocze. Ciśnie mi się na myśl zabawne porównanie całej powieści do obserwowanej z boku, rozwlekłej partyjki szachów. Ja jestem entuzjastką, ale dla niektórych mogłoby być zwyczajnie nudno.

***  
Puzyńska Katarzyna, Z jednym wyjątkiem, Wydawnictwo Prószyński i S-ka, Warszawa 2015, s. 744.


Książkę przeczytałam w ramach Wyzwania czytelniczego 2020 na Przestrzeniach tekstu  
(kategoria: kolejna książka z dowolnego, rozpoczętego już cyklu)
15:25 No comments
"Mój drogi Henry, jeżeli zostaniesz u nas,
nie będziesz sunął boczkiem z dnia na dzień
do ostatniej swojej ściany.
Ściana znajdzie cię sama, bez twojej pomocy,
więc każdy przeżyty dzień będzie ci się wydawał
jakimś zwycięstwem."

Nawet nie wiem, jak wejść w całą tę opowieść. Mogłabym zacząć, jak Greene: "Ciotkę Augustę po raz pierwszy od półwiecza z górą zobaczyłem na pogrzebie mojej matki" i to byłoby to. Tak zaczynają się czasem najlepsze opowieści, a przynajmniej historie takie, jak ta. Niezwykła kombinacja cudownej angielskiej staroświeckości i dobrego kryminału, łącząca w sobie nutę przygody oraz powiew egzotyki. Do tego ten nienaganny styl, który tak urzekł mnie u Greene'a już w Pożycz nam męża, Poopy. Ciekawe, że Podróże z moją ciotką uznawane są za najzabawniejszą powieść w dorobku Grahama Greene'a. Jeśli już mowa o humorze, w tym przypadku wydaje się on gorzki. To raczej na wpół pogodna, na wpół wyważona proza, skrywająca w sobie głęboki sentymentalizm i dramatyzm. Jednak wszystko tutaj, zapijane kseresem, zakąszane wybornymi kolacjami w St. James i Albany oraz podsycane atmosferą podróży, tworzy coś niezwykle kojącego i pokrzepiającego.

Henry Pulling, emerytowany dyrektor banku i kawaler wiodący spokojne, stateczne życie wypełnione głównie hodowlą dalii, udaje się na pogrzeb własnej matki, które to wydarzenie traktuje poniekąd jako pewne urozmaicenie czasu. To tam spotyka niewidzianą od lat ciotkę Augustę — kobietę o dość oryginalnym usposobieniu, szczególnie jak na starszą panią. Pomimo delikatnych sprzeciwów (zachwiałoby to bowiem jego poukładanym, nudnym życiem), Henry godzi się na spontaniczne odwiedziny u ciotki, a wkrótce również na wspólną niedaleką podróż. Wszystko to jest jedynie zapowiedzią nieoczekiwanej przygody, na którą z pewnymi oporami, ale i z dużą ekscytacją porywa się nasz (z pozoru) prostolinijny bohater. Ciotka Augusta wprowadza go w egzotyczny świat pełen wspomnień ze swojej młodości, tęsknoty za dawnymi kochankami, ale również podejrzanych interesów. Plejada barwnych postaci — Wordsworth, pan Visconti, dziewczyna o imieniu Tooley. A gdzieś tam panna Keene, z którą Henry mógłby dzielić życie, gdyby tylko... chciało mu się cokolwiek zmieniać.

A jednak ze spokojnej angielskiej mieściny przenosimy się do wagonu Orient Ekspresu, cmentarza we francuskim Boulogne, aż w końcu na statek płynący do Paragwaju. Czy Henry rzeczywiście uległ niezwykłej przemianie pod wpływem charyzmatycznej ciotki Augusty, czy może od zawsze nosił w sobie pragnienie innego życia — tego się nie dowiemy. Pewnym jest, że Graham Greene za sprawą swoich bohaterów daje czytelnikowi nadzieję, że na nic nigdy nie jest za późno — ani na dalekie podróże, ani na zmianę swojego życia, niezależnie od wieku. Do tego to taka wyśmienita proza.

***
Greene Graham, Podróże z moją ciotką, Wydawnictwo Prószyński i S-ka, Warszawa 1993 (pierwsze wydanie 1969), s. 326.
12:46 No comments
"Ziemia serca mężczyzny jest kamienista, Louis.
Tak jak ziemia na starym cmentarzu Micmaców...
Mężczyzna hoduje w niej to, co zdoła... i opiekuje się tym."

Za każdym razem, gdy patrzę na tę hipnotyzującą okładkę Cmętarza w kolorze butelkowej zieleni, skąd bursztynowe oczy kota wpatrują się we mnie paranoicznie, mam uczucie pewnego déjà vu. Przecież ja już czytałam Cmętarz zwieżat. Nawet skreśliłam o nim kilka słów na starym blogu. Kiedy jednak przychodzi ten moment, w którym znów chcesz się znaleźć na ganku u starego Juda, albo wejść na ścieżkę prowadzącą do lasu i zachybotać na cienkiej granicy między snem a jawą, nic nie jest w stanie Cię powstrzymać. Kingowy Cmętarz przyciąga zupełnie jak ten fikcyjny. Małe miasteczko Ludlow, nowy dom, nowy początek, a może... nieunikniony koniec skradający się jak kot po ciemnym korytarzu. "Jezu! Jezu! Siedział na mnie! O Boże, siedział na mnie!". Nadal przechodzą mnie dreszcze, bo Stephen King jest mistrzem w swoim fachu i doskonale stopniuje grozę, igra z prostą konwencją, dodając jej odpowiednich kształtów i cieni. I nawet jeśli znasz tę historię na pamięć, wdepniesz w nią znowu po pas. A jeśli wkraczasz w nią po raz pierwszy, cóż... zwyczajnie Ci zazdroszczę. 

Louis Creed wraz z żoną Rachel, córką Ellie, synkiem Gage'm oraz kotem Churchem sprowadzają się na skraj małego miasteczka Ludlow w stanie Maine. Ich nowy dom, graniczący z jednej strony z łąką, z drugiej z lasem, mógłby być ostoją spokoju, gdyby nie ruchliwa szosa, przeszywana raz po raz przez wielkie ciężarówki. Droga niebezpieczna zarówno dla ludzi, jak i dla zwierząt. Jednak to po jej drugiej stronie mieszka wraz z żoną przyszły przyjaciel Louisa — stary Jud, który w ciepłe wieczory poczęstuje na ganku zimnym piwem, opowie o historii pobliskich terenów, a może nawet zaprowadzi w miejsce, gdzie Louis będzie musiał zmierzyć się z tym, co uznaje (również jako lekarz) lub w co nie wierzy. Niewinny cmentarz zwierząt ukryty w środku lasu to dopiero początek.

Doskonale przedstawione studium mężczyzny jako głowy rodziny, który stara się robić wszystko dla dobra bliskich oraz dla zachowania domowej harmonii, nawet mimo własnych niedoskonałości, lęków i... niebezpiecznych konsekwencji. Louis, który nie wie jeszcze, że wąskie przejście między życiem a śmiercią może prowadzić w obie strony. Cmętarz zwieżąt to nie tylko klimatyczny horror o tajemnicy śmierci, ale również wyraz niezwykłej brawury wobec kwestii, których może nie powinno się poruszać. "Wydaje ci się, że krzyczysz, ale naprawdę to tylko głosy nurów na południu Wzgórza Widokowego". Mocny, sensualny, psychologiczny horror, po którym można z czystym sumieniem zostawić na noc włączone światło.

***
King Stephen, Cmętarz zwieżąt, przeł. Paulina Braiter, Wydawnictwo Prószyński i s-ka, Warszawa 2013, s. 424.


Książkę przeczytałam w ramach Wyzwania czytelniczego 2019 
(kategoria: książka ze zwierzakiem na okładce)
14:36 No comments
"Ale niepokój może się zagnieździć w mieszkaniu, skojarzyć z kolorem firanek, 
potrafi się nawet uczepić wieszaków na ubranie; 
można go odnaleźć w dymku unoszącym się 
znad popielniczki z napisem Pernod, 
a kiedy zaglądasz pod łóżko, wysuwa spod niego głowę 
jak czubki rannych pantofli."

W pierwszej chwili urzekł mnie sam tytuł, a potem zrozumiałam, że taki jest cały Graham Greene (przynajmniej w tym zbiorze opowiadań). Zabawnie puszcza do nas oko, żeby opowiedzieć o czymś ważnym i smutnym. A tytuł adekwatny do tematyki, bo niemal w każdym z tekstów rozchodzi się o sprawy damsko-męskie, małżeńskie — choćby miało być to tylko wspomnienie pary siedzącej stolik dalej. To właśnie z tej perspektywy mówi do nas Greene. Starszy mężczyzna, często pisarz, zajmujący "stolik obok", wynajmujący pokój w tym samym hotelu, zwykle poza sezonem. Znakomity obserwator, daleki od moralizatorstwa, choć zaangażowany. Pogodnym, humorystycznym przekazem zmusza czytelnika do refleksji na temat miłości, życiowych wyborów, doskonale oddając wieloznaczność sytuacji i niezwykłą psychologię postaci. Przy tym taktownie łamie obyczajowe tabu.

Historia świeżo upieczonych małżonków, nie do końca dobrze dobranych, w których miodowy miesiąc wkrada się pewna nieprzyzwoitość (Pożycz nam męża, Poopy). U innej, nieco starszej "młodej pary" przeszkodą na drodze do szczęścia staje się "ta trzecia" (Dobro martwej ręki). Desperacja w poszukiwaniu pozamałżeńskiej przygody prowadzi Mary Watson prosto w ramiona staruszka (Tanio, bo w sierpniu). Tajemnice, u których podstaw leży błahostka (Źródło wszelkiego zła), piękno zwyczajnych spotkań, co to niczego już nie zmienią (Subtelna para), a po drugiej stronie tych z pozoru banalnych opowieści — proste, acz dziwne, absurdalne literackie obrazki z drugim dnem (Piękniś, Torba podróżna). U Greene'a nie wiadomo, w którym momencie kończy się żart, a zaczyna dramat. Zachwycają mnie jego lekkość pióra, błyskotliwość, dowcip w dobrym stylu. Teraz już chyba nikt tak nie pisze.

***
Greene Graham, Pożycz nam męża, Poopy i inne opowiadania, Wydawnictwo Prószyński i S-ka, Warszawa 1995 (pierwsze wydanie 1957), s. 160.
15:26 No comments
Older Posts

Od autorki

About Me

Witaj na stronie Przestrzeni
i rozgość się.
Znajdziesz tu literaturę historyczno-podróżniczą, reportaże, klasykę grozy, tajemnicze powieści.
Często wracam również do książek dla dzieci, dobrego sci-fi, czy Stephena Kinga.

KSIĄŻKA NA DZIŚ

Wakacje wśród duchów. Antologia opowiadań o duchach

2026 Reading Challenge

2026 Reading Challenge
Przestrzenie has read 0 books toward her goal of 30 books.
hide
0 of 30 (0%)
view books

RODZAJ

  • literatura amerykańska (71)
  • literatura angielska (47)
  • literatura australijska (2)
  • literatura francuska (3)
  • literatura hiszpańska (2)
  • literatura irlandzka (5)
  • literatura koreańska (1)
  • literatura niemiecka (8)
  • literatura norweska (7)
  • literatura polska (69)
  • literatura portugalska (2)
  • literatura szwedzka (14)
  • literatura słowacka (5)

Autor

  • Abbott Rachel (4)
  • Bradbury Ray (1)
  • Christie Agatha (1)
  • Clarke Arthur C. (1)
  • Dick Philip K. (2)
  • Forster Edward Morgan (1)
  • Gaiman Neil (1)
  • Greene Graham (2)
  • Herbert Frank (1)
  • Hesse Hermann (1)
  • Hill Susan (1)
  • Jackson Shirley (2)
  • Jacobsen Roy (3)
  • Jansson Tove (2)
  • Karika Jozef (4)
  • King Stephen (7)
  • Lem Stanisław (2)
  • Link Charlotte (2)
  • Paris B. A. (3)
  • Puzyńska Katarzyna (5)
  • Sapkowski Andrzej (2)
  • Stone Tom B. (2)
  • Theroux Paul (2)
  • Urbanowicz Artur (1)
  • Ware Ruth (2)
  • Wiśniewska Ilona (3)
  • du Maurier Daphne (2)
  • Łuszczyński Dominik (8)

Ilustrator

  • Aisato Lisa
  • Chmielewska Iwona
  • Dziubak Emilia
  • Jeram Anita
  • Klassen Jon
  • Martin Emily W.
  • Rutten Mélanie

Wydawnictwo

Akapit Press Albatros Amber Bum Projekt C&T Czarne Czuczu Czwarta Strona Dowody na Istnienie Dwie Siostry Dwukropek Egmont EneDueRabe Ezop Feeria Filia Format Gereon Grupa Wydawnicza Foksal Harper Collins Książkowe Klimaty Kultura Gniewu MAG Mamania Marginesy Media Rodzina Nasza Księgarnia Novae Res Otwarte Pascal Planeta Czytelnika Prószyński i s-ka Rebis Replika Sonia Draga Supernowa Słowne TADAM Tako Tekturka Vesper Videograf W.A.B. Wielka Litera Wilga Wydawnictwo AA Wydawnictwo Dolnośląskie Wydawnictwo Kropka Wydawnictwo Literackie Wydawnictwo Poznańskie Wydawnictwo Warstwy Wytwórnia Zakamarki Zielona Sowa Znak Zysk i S-ka audioteka Świat Książki

Zaglądam do:

  • K-czyta | Blog książkowy
    Matt Dinniman - Dungeon Crawler Carl
  • Qbuś pożera książki
    Sandersonowanie bez cukru, czyli „Wiatr i Prawda” Brandona Sandersona
  • unSerious
    Sierpień 2026 z wyzwaniem #polskafantastykafajnajest
  • Przeczytałam książkę
    "Lato bez końca" Franziska Gänsler
  • made by bibi
    Zwierzęce zbrodnie: Prawo drapieżcy/Pazury gniewu
  • Koczowniczka o książkach
    „Opowieść księgarki z Tokio” Nanako Hanada
  • To przeczytałam
    Daria Doncowa - Żena mojego muża
  • Świat fantasy
    Podsumowanie sierpnia 2026
  • Dosiakowe Królestwo
    Nie z tego świata. Na tropie zjawisk paranormalnych - Ben Machell
  • Jeden akapit
    Dwie książki o szkockim folklorze (Folklore of the Scottish Highlands, The Anthology of Scottish Folk Tales)
  • ex libris Marty - blog o czytaniu, głaskaniu, wąchaniu oraz tuleniu książek i komiksów
    W ciemność - Anna Bolavá (recenzja)
  • Książki na plaży
    Lista najlepszych książek pierwszego półrocza 2026 roku.
  • Books Far From The Crowd
    Jak nie przeczytałam stu książek w rok
  • Spacer wśród słów
    Sosuke Natsukawa "O kocie, który ratował bibliotekę" - recenzja
  • Literackie skarby świata całego
    Moja walka. Skarbowa opowieść o roku 2025 [podsumowanie]
  • Varia czyta
    Karuzela z Mordercami - Alex Rogoziński
  • Wokół Faktu
    5 książek na Dzień Mamy idealnych na prezent. Te nowości wywołają uśmiech na twarzy mamy
  • Klasyka literatury popularnej
    Duchy nocy wigilijnej.
  • Czytam to i owo...
    PIKNIKI Z KLASYKĄ: O "Oliverze Twiście" rozmawiamy w 208. rocznicę urodzin Charlesa Dickensa
Pokaż 5 Pokaż wszystko

Wszystkie treści zamieszczane na tym blogu (zarówno teksty, jak i fotografie) są mojego autorstwa i są chronione prawem autorskim [Dz.U.1994 nr24 poz.83, Ustawa: 4.02.1994 r. o prawie autorskim i prawach pokrewnych].

Wizyty

© Przestrzenie tekstu 2026

Created with by ThemeXpose