facebook instagram Goodreads
Obsługiwane przez usługę Blogger.
  • Spis treści
  • Jeśli szukasz...
    • Przestrzeni faktu
      • kryminalistyka
        • Antropologia sądowa
        • Botanika sądowa
      • literatura faktu
      • Podróżnicze
      • Reportaż
      • Wyprawy & odkrycia
    • Przestrzeni grozy
      • Horror
      • Thriller
      • kryminał
    • Przestrzeni dla dzieci
      • Albo młodzieży
    • FANTASTYKI
      • Literatura fantasy
      • sci-fi
    • Klasyki
    • ♦ Magii na Przestrzeniach ♦
    • Pięknego wydania...
      • Komiksy
      • Picturebooki nie tylko dla dzieci
    • Wyjątkowej prozy
  • Na dokładkę
    • Audiobooki
    • * Mój dawny blog *
    • Starocie na Przestrzeniach
    • Wyzwania czytelnicze
      • Archiwalne
  • Serie
    • Dla dzieci i młodzieży
      • Strachociny
      • Szkoła przy cmentarzu
      • Wakacje z Koszmarkiem
    • Reporterskie / podróżnicze
      • Amerykańska
      • Orient Express
      • Reportaż Czarnego
      • Seria podróżnicza Wyd. Poznańskiego
      • Seria reporterska Wyd. Poznańskiego
    • Seria Dzieł Pisarzy Skandynawskich
    • Serie sci-fi i fantasy
      • Wehikuł czasu
      • Wiedźmin
  • O mnie
  • Kontakt

Przestrzenie tekstu

"Zakręt rzeki, styk czterech pól, drzewo do wspinania,
fragment starego żywopłotu lub cześć lasu widziana z drogi, 
którą regularnie jeździmy 
— tyle może wystarczyć."

Poboczne drogi, miedze, zagajniki. Zagubione wyspy, doliny i jary. Robert Macfarlane wyrusza w poszukiwaniu dzikich miejsc, które uchowały się jeszcze w Wielkiej Brytanii i Irlandii. Choć tak naprawdę takie miejsce, niedostępne na mapach, może być wszędzie. Czasem wystarczy wejść w las i wspiąć się na drzewo (co autor osobiście praktykuje!), by znaleźć się na odludziu. Dzikie miejsca to specyficzny pamiętnik podróżny, pełen zewu natury, pięknych krajobrazów, rześkiej wody i czystego powietrza. Znajdziemy tu wiele ciekawych spostrzeżeń i opisów z pozoru zupełnie normalnych przestrzeni, które jednak gdzieś nam umykają i których jest już niestety coraz mniej. 

"Śledziłem bieg rzek, gdy spadały z urwisk i odgadywałem kształty skał, w których rzeźbiły sobie drogę. Zakreślałem bezimienne porośnięte lasem wyspy na szkockich jeziorach i w irlandzkich zatoczkach, wyobrażałem sobie, jak do nich dopływam, a potem wspinam się na drzewa i pod nimi śpię". 

Dzikie miejsca Roberta Macfarlane'a to próba stworzenia niecodziennej mapy miejsc, których nie ma w żadnym turystycznym przewodniku ("mapą jest ta książka"). Podział na rozdziały porządkuje charakter odwiedzanych przez autora terenów. Mamy tu lasy, szczyty, wyspy, doliny, holwegi ("wyryte ścieżki"), mierzeje. Uroków każdego z wybranych destynacji doświadczamy niemal namacalnie razem z autorem, który dokładnie opisuje wszystko, co napotyka, przywołuje historię danego miejsca oraz przeżycia innych ludzi (pisarzy, artystów, podróżników), związane z ich kontaktem z naturą. Wszystkie te opisy i przemyślenia, a przy tym dość stonowany oraz wyważony ton wypowiedzi sprawiają, że lektura książki Macfarlane'a momentami trochę przytłacza. Sama musiałam ją sobie dawkować i siadać do niej w odpowiednim nastroju (nie udałoby mi się połknąć tej książki na raz) —  niestety za każdym razem bez entuzjazmu. Liczyłam na zachwyt, który nie nadszedł. Może kiedyś jeszcze do niej wrócę i odkryję coś, co teraz jakoś mi umknęło. 

***
Macfarlane Robert, Dzikie miejsca
,
tłum. Katarzyna Bażyńska-Chojnacka, Wydawnictwo Poznańskie, Poznań 2024, s. 368.

10:35 1 comments

"Ci, którzy wrócili, przeżyli podróż na krańce świata
i w głąb najmroczniejszych zakamarków duszy ludzkiej." 

Co tak naprawdę wiemy o spektakularnej wyprawie Magellana, jednej z największych oraz najlepiej wyposażonych ekspedycji epoki wielkich odkryć geograficznych? O czasach, w których marynarze "bali się, że mogą dosłownie spaść poza krawędź świata. Wierzyli, że w morskich głębinach czają się potwory (...) Albo że gdy tylko przekroczą równik, wpłyną na wrzący ocean, w którym się ugotują". W jakich okolicznościach Magellan wyruszył na poszukiwanie Wysp Korzennych i co doprowadziło do jego bestialskiej śmierci? Niewiele wiedziałam o Ferdynandzie Magellanie, a raczej o Fernão de Magalhães, poza tym, że nieoczekiwanie opłynął świat dookoła, udowadniając kulistość Ziemi. Poza krawędź świata to szczegółowa relacja z tej wielkiej wyprawy, osadzona na tle historycznym epoki, pełna awanturniczych przygód, a także przedstawiająca postać Magellana jako odważnego dowódcy, jak i... niestety... wielkiego przegranego. Magellan miał wiele twarzy. Dał się poznać jako człowiek śmiało dążący do celu, nieznoszący półśrodków, z początku pełen ideałów i żywo krzewiący wiarę chrześcijańską (choć nie było to jego zadaniem). Nie stronił jednak od torturowania własnej załogi za różne przewiny, wydawania dziwnych poleceń, które nie podobały się kapitanom pozostałych statków, czy właśnie dokonywania tzw. "krucjaty Magellana". 

Poza krawędź świata to nie tylko historia jednego dowódcy, to obraz życia codziennego żeglarzy w XVI wieku, geopolitycznych zapędów Hiszpanii i Portugalii, królewskich spisków, buntowników, jak i morskiej wyprawy, która okazała się... odrobinę dłuższa niż przewidywano. Wyspy Korzenne (Moluki) były pożądaną destynacją Europejczyków, których kusiło pozyskanie nieznanych egzotycznych przypraw, jak i kontrola nad morskimi szlakami handlowymi (najlepiej z przesunięciem linii demarkacyjnej na korzyść własnych państw). Ferdynand Magellan, odrzucony przez rodzimą Portugalię, skłonił się ku Hiszpanii i dopiero tam uzyskał zgodę ówczesnego króla Karola na przewodzenie spektakularnej wyprawie w poszukiwaniu drogi na Moluki. 10 sierpnia 1519 roku z portu w Sewilli wypłynęło pięć statków Armady Molukańskiej, której dowodził Magellan płynący na głównej jednostce o nazwie Trinidad. Całą wyprawę opisał Antonio Pigafetta i głównie na jego dzienniku opiera się Laurence Bergreen. Pigafetta był pod wrażeniem osoby Magellana. Dokładnie jednak opisywał zmagania załogi, bunty kapitanów, tortury, ale również sam rejs, krajobrazy, a także poszukiwanie pewnej znaczącej cieśniny, którą później ochrzczono Cieśniną Magellana. Co istotne, swojej relacji nie urwał w momencie tragicznej śmierci Magellana na Filipinach. 

Również autor książki Poza krawędź świata doprowadza do końca całą wyprawę, której zwieńczeniem było wpłynięcie 6 września 1522 roku do portu tajemniczego statku widmo, Victorii, ostatniego żaglowca ocalałego z całej flotylli. To była długa i pod koniec już nużąca przeprawa. Opisy lądów, do których docierała załoga, kontakty z tubylcami, rozliczanie się po całej ekspedycji. Wszystko to przytłumiło początkowe poczucie ekscytacji towarzyszeniu tak ważnej w historii morskiej wyprawie odkrywczej. Poza tym... "Armada Molukańska zdobyła w końcu przyprawy, po które przypłynęła, ale utraciła duszę". Poza krawędź świata też utraciła duszę gdzieś po drodze, a ja straciłam do niej serce. I chociaż cieszę się, że udało mi się przeczytać jakąkolwiek książkę o Magellanie, to pozycja Laurence'a Bergreena, choć przystępna — w moim odczuciu nie była tak wybitna jak Wyspa niebieskich lisów, czy Niezłomny. Wygląda na to, że wiele zależy jednak od głównego bohatera. 

***
Bergreen Laurence, Poza krawędź świata, tłum. Jan Pyka, Wydawnictwo Rebis, Poznań 2005, s. 408.

09:23 No comments

"Przybywam z właściwej strony!"


"Znajdziesz tu wiele rodzajów ludzi! Niektórzy są piękni, choć większość jest brzydka, a ich twarze nie sprawią ci zbyt wiele radości". Mimo to, trudno się nie zachwycać. Wizjami szamanów. Eskimoskimi legendami opowiadanymi przy rozgrzanym piecu w przytulnym igloo. Gościnnością, ale i bezwzględną walką o przetrwanie. Knud Rasmussen, duński etnograf, podróżnik i badacz Arktyki, wkracza do tego wciąż pierwotnego, magicznego świata pełen entuzjazmu, zrozumienia i otwartości. Jego celem jest odwiedzenie wszystkich ówcześnie eskimoskich (obecnie używa się terminu Inuici) plemion żyjących wzdłuż Oceanu Arktycznego, jednak oficjalna nazwa projektu, w którym uczestniczył w latach 1921—1924, to "duńska ekspedycja etnograficzna do arktycznej Ameryki Północnej", czyli Piąta Ekspedycja Thule. Wraz z psim zaprzęgiem i swoim zespołem pokonują zimowe krainy, zatrzymując się wszędzie tam, gdzie żyją ludzie. Rasmussenowi, który zna język, a nawet dużą część inuickiej kultury, nietrudno wkupić się w łaski tubylców. W ten sposób poznaje warunki życia, zwyczaje oraz codzienność Eskimosów renowych, foczych, czy piżmowołowych. Wszędzie witany "jak swój". Bez narzekania znosi każde warunki pogodowe. Do tego tak wspaniale o tym wszystkim opowiada, że zdawać by się mogło — przeciętny reportaż o prymitywnych ludach Północy, okazuje się niezwykle fascynujący. 

Polowania, budowanie igloo, a nawet tańce przy gramofonie i gra w piłkę. Knud Rasmussen, przemierzając tereny od Zatoki Hudsona, przez Przejście Północno-Zachodnie, Alaskę, po Czukotkę, zatrzymuje się u lokalnych społeczności i uczestnicząc w ich codziennym życiu, stara się zbierać jak najwięcej informacji o ich kulturze, wierzeniach oraz zwyczajach. Poznaje rozmaitych szamanów, obowiązujące tabu, sposoby walki o byt (przerażające fakty o zabijaniu nowo narodzonych dziewczynek), czy metody na radzenie sobie z pogodą. Okazuje się, że "w tych stronach zimy nie postrzega się bowiem jako wroga, tylko jako wielkiego pomocnika, który stawia mosty między morzami, zakrywa wystające kamienie i zasypuje przepaści". 

Dobrze było czytać o ekspedycji, która osiągnęła swój cel. Podczas której nikt nie zginął, nie zaginął, ani nie został odcięty od świata na dłuższy czas. Wiele książek o polarnikach, czy powrotów z wielkich odkrywczych wypraw kończyło się fiaskiem. Rasmussen okazał się niesamowicie silnym i odpornym badaczem, do tego pogodnym narratorem i niezłym pisarzem. Co ciekawe w Wielkiej podróży psim zaprzęgiem bardzo niewiele jest mowy o... samym psim zaprzęgu. Jedyne wzmianki o psach pojawiają się w kontekście potrzeby ich nakarmienia. W zasadzie tytuł mógłby być zupełnie inny, ponieważ nawet autor zaznacza, że "w tej książce to Eskimos jest bohaterem". Wielka podróż psim zaprzęgiem to wartościowa, interesująca pozycja przybliżająca czytelnikowi dawny świat Inuitów, ale to również wartka relacja z udanej wyprawy polarnej. Co najwyżej może odrobię wyidealizowana. 

***
Rasmussen Knud, Wielka podróż psim zaprzęgiem, tłum. Agata Lubowicka, Wydawnictwo Marginesy, Warszawa 2022, s. 344.

16:32 No comments

"Odpychają i fascynują, a ich zupełnie zwyczajny wygląd 
maskuje grozę wpisaną w ich powstanie." 

"Przychodzą do nas w Halloween i chcą zobaczyć tę książkę. Nie po to istnieje nasza biblioteka, na litość boską...". Książki antropodermiczne, czyli książki oprawione w... ludzką skórę. Dzięki nietypowej i może odrobinę upiornej pasji, która w zasadzie stała się jej pracą — bibliotekarka medyczna Megan Rosenbloom przenosi nas w mroczne zakamarki medycyny i introligatorstwa. Zabiera do światowych bibliotek, które w swoich zbiorach przechowują okazy, o których istnieniu być może wielu z nas nie miało pojęcia. Makabryczne białe kruki kolekcjonerów, czy może namacalne efekty nieetycznych praktyk? Wygląda na to, że niełatwo trafić na autentyczną oprawę z ludzkiej skóry, ponieważ połowa książek zbadanych w przeciągu pięciu lat przez autorkę publikacji Mroczne archiwa. Śledztwo w poszukiwaniu książek oprawionych w ludzką skórę okazała się zwykłymi fałszywkami. Z tymi zaś, które rzeczywiście zostały uznane jako książki antropodermiczne wiążą się rozmaite, na ogół nieprzyjemne historie.

Skoro bibliotekarze, antykwariusze, czy kolekcjonerzy gromadzą książki z powodu różnych ich atrybutów, niekoniecznie związanych z samą treścią, zainteresowanie tą nieczęsto spotykaną, choć kontrowersyjną formą introligatorstwa, jaką jest oprawa z ludzkiej skóry, nie powinno nikogo dziwić. I na tym polu nietrudno o próby fałszerstw, czy podejrzane motywy samego powstania takiego kuriozum. Megan Rosenbloom przytacza nam wyniki swoich poszukiwań, łącznie z historiami ludzi, których skóry po śmierci posłużyły za oprawę książek (dodam, że pisanie o tym budzi we mnie pewien dyskomfort).

Osobom, którym nie przeszkadza taka makabryczna tematyka, jak i tym zainteresowanym ciemną stroną historii medycyny książka Megan Rosenbloom powinna przypaść do gustu.
Dużo zebranego materiału, kilka wątków osobistych, elementy szokujące, ale również te zwyczajnie niesmaczne. Nieznana tożsamość pacjentów, których skórę wykorzystano do stworzenia opraw książek (w odróżnieniu od znajomości nazwisk szanowanych lekarzy), samo wystawianie takich eksponatów, albo szczycenie się ich posiadaniem — to wszystko budzi we mnie osobisty sprzeciw, i choć siadałam do Mrocznych archiwów żywo nimi zaintrygowana, wraz z postępem czytania moje zainteresowanie tematem (przecinane co najwyżej zdegustowaniem) powoli znikało. Zastanawiam się, w jaki sposób autorka podtrzymuje w sobie tę pasję i co wpływa na jej potrzebę znalezienia jak największej ilości książek oprawionych w ludzką skórę. 


***
Rosenbloom Megan, Mroczne archiwa. Śledztwo w poszukiwaniu książek oprawionych w ludzką skórę, tłum. Agnieszka Sobolewska, Wydawnictwo Znak, Warszawa 2021, s. 320.

10:10 No comments

"Jak zdołałeś ocalić wszystkich towarzyszy?
Bóg wie. On był tam z tobą w antarktycznej ciszy."
~ Hugh de Lautour

Ten fragment wiersza o  Erneście Shackletonie przeszywa na wskroś. Godne podziwu postępowanie oraz przywództwo jednego z najsłynniejszych badaczy, podróżników i odkrywców przełomu XIX i XX wieku fascynowało wielu. "Jak to ujął jeden z polarników: Jeśli chodzi o dowodzenie wyprawą badawczą, dajcie mi Scotta; jeśli chcesz, żeby wyprawa przebiegła szybko i sprawnie — Amundsena, ale jeśli jesteś w beznadziejnym położeniu, w sytuacji bez wyjścia, padnij na kolana i módl się o Shackletona". W zasadzie połowa książki Biała ciemność Davida Granna jest o Shackletonie, chociaż to hołd dla innego, współczesnego nam odkrywcy — Henry'ego Worsleya, potomka Franka Worsleya (dowódcy statku Shackletona). Zainspirowany dokonaniami słynnego podróżnika, Henry postanawia dokonać tego, co nie udało się jego autorytetowi. Mianowicie... przejść przez Antarktydę.

W trudnych chwilach zadawał sobie zawsze jedno pytanie: "Co zrobiłby Shacks?"
Kiedy jego wojskowa kariera jako brytyjskiego oficera staje w miejscu, Henry Worsley, gnany marzeniami i wzrastającą fascynacją postacią sir Ernesta Shackletona, decyduje się ruszyć śladami swojego bohatera. W ten sposób wraz z Willem Gowem (wnukiem brata Shackletona) oraz Henry'm Adamsem (praprawnukiem Jamesa Boyda Adamsa, drugiego oficera na wyprawie Nimroda z 1908 roku, na której J. B. Adams płynął z Shackletonem) w 2008 roku przechodzą przez Antarktydę, osiągając tym samym zamierzony cel. Siedem lat później Henry zdecyduje się na swoją ostatnią, tym razem samotną wyprawę, którą będzie relacjonował w przekazach radiowych.

Przepełniona fotografiami z wypraw zarówno Shackletona, jak i Worsleya, książka Davida Granna to bardzo udana, ale wyjątkowo zwięzła i w moim odczuciu zdecydowanie za krótka reportażowa pozycja, która aż prosi się o jakieś rozwinięcie. Autora znam ze Sprawy Wagera, gdzie zachwycił mnie swoim literackim polotem oraz wiedzą. Tutaj czegoś mi zabrakło. Odniosłam wrażenie, że książka została napisana "po łebkach", albo umyślnie miała mieć charakter czysto informacyjny. Znakomicie jednak przybliża życie i dokonania Henry'ego Worsleya, którego sama dotąd nie znałam, oraz sir Ernesta Shackletona. Z pewnością trafi do osób pragnących poznać ciekawych odkrywców, jak i liznąć atmosferę z wypraw polarnych. Jeśli ktoś chciałby pogłębić temat, zachęcam do lektury Niezłomnego. Legendarnej wyprawy Shackletona i statku Endurance na Antarktydę.

***
Grann David, Biała ciemność, tłum. Dominika Cieśla-Szymańska, Wydawnictwo W.A.B., Warszawa 2021, s. 208.

09:30 No comments

"Był smagany przez wiatr i dziurawiony przez grad.
Przechylał się, unosił, jęczał i pękał."

Zacznę w takt wspominanych w książce słów Samuela Johnsona: "Każdy marynarz, który ma dość oleju w głowie, winien wybrać więzienie miast pływania na statku. Albowiem statek to więzienie z możliwością utonięcia". Jakże prorocze to w obliczu katastrofy, jakiej w 1741 roku uległa załoga brytyjskiego okrętu Wager. Jednak ich więzieniem stała się bezludna i wyjątkowo nieprzyjazna wyspa położona na Oceanie Spokojnym w południowej części chilijskiej Patagonii. David Grann, z dużym polotem ożywiając tamte wydarzenia, w niesamowicie obrazowy sposób przedstawił tło historyczne wyprawy, jej ważniejszych bohaterów, tragiczne okoliczności, w jakich się znaleźli, a także ich osobiste odczucia, czy motywy postępowania. Sprawę Wagera czyta się jak prawdziwą awanturniczo-przygodową powieść marynistyczną (jest w niej nawet opis bitwy morskiej!), wyróżniającą się wśród innych tego typu pozycji szczególnymi umiejętnościami pisarskimi autora (niezwykłe budowanie atmosfery), wprowadzaniem do relacji zdumiewających detali (porywanie marynarzy, czy opis marnej kondycji statków) oraz — mimo że jest to książka oparta na faktach — dużą wyobraźnią.

23 sierpnia 1740 roku flota pięciu brytyjskich okrętów wojennych pod dowództwem komodora George'a Ansona wypłynęła na Atlantyk. Ich głównym celem było przejęcie hiszpańskiego galeonu przewożącego srebro, a przy okazji — atak na statki wroga. "Ludzie mieli nadzieję, że staną się niezmiernie bogaci". Niestety głównie przyszło im zmagać się z trudnymi warunkami na morzu oraz szkorbutem, na którego nie znano jeszcze lekarstwa. Najbardziej ucierpiał Wager, dawny statek handlowy dowodzony przez Davida Cheapa. To jego załoga uwięziona na bezludnej wyspie (nazwanej później wyspą Wagera) musiała mierzyć się z najgorszym, a chociaż kapitan — uparcie trzymając się prawa morskiego, usiłował zachować jedność załogi, znaleźli się buntownicy, którzy zaplanowali zamach stanu.

"Bunt, którego nie było".
Tak można podsumować "sprawę Wagera". Nie będę jednak więcej zdradzać, żeby nie psuć przyjemności poznawania Opowieści o katastrofie, buncie i morderstwie. To książka, którą każdy miłośnik historycznych wypraw morskich powinien mieć w swojej kolekcji. Mną wstrząsnęły opisy życia na statku (w tym opis samej katastrofy), zdumiały zwroty "akcji", jak i rezultat procesu sądowego, do którego w końcu doszło. David Grann, przekopując się przez archiwa, akta, czy dzienniki pokładowe, nie tylko zebrał potężny materiał historyczny, ale i utkał z niego fascynującą relację, którą czyta się z zapartym tchem.

***
Grann Gavid, Sprawa Wagera. Opowieść o katastrofie, buncie i morderstwie, tłum. Piotr Grzegorzewski, Wydawnictwo W.A.B., Warszawa 2024, s. 384.

22:03 No comments
"Kierownik mówi: «Kim do diabła jesteś?»
i straszny brodacz pośrodku trójki
mówi bardzo cicho: «Nazywam się Shackleton».
A ja odwracam się i płaczę".


Po sporych zawirowaniach na początku wyprawy, która rozpoczęła się w mało sprzyjających czasach (jest 1914 rok, kiedy Niemcy wypowiadają wojnę Rosji), na pokładzie Endurance świętują Nowy Rok. Ten spokojny, niemal idylliczny moment bynajmniej nie zwiastuje dramatu, który wydarzy się za chwilę. Załoga statku na czele z Ernestem Shackletonem 14 stycznia 1915 roku utkwi na wodach antarktycznego Morza Weddella, będzie zmuszona opuścić Endurance, a następnie walczyć o przetrwanie na lodowej krze. Marzenie Shackletona o pieszym przejściu trasy od Morza Weddella do Morza Rossa tym razem się nie ziści, za to przyjdzie mu dowodzić ludźmi w najgorszych warunkach, dokonując niemożliwych czynów, jak i rozbudzając w podwładnych heroizm oraz wiarę w przetrwanie.

Określana jako "ostatnia taka ekspedycja z epoki wielkich odkryć geograficznych", wyprawa statku Endurance pod dowództwem Ernesta Shackletona rozpoczęła się w 1914 roku, a skończyła w 1917. Po tym jak statek utknął w lodzie, załoga w końcu musiała opuścić pokład ("statek oraz nasze zapasy przepadły, a więc wrócimy teraz do domu"), a potem obserwować jak 21 listopada Endurance tonie i znika im z oczu. Długie dryfowanie na paku lodowym kończy się decyzją o zwodowaniu łodzi. Tak członkowie ekspedycji docierają na ponurą Wyspę Słoniową, skąd część z nich postanawia wyruszyć dalej. List Shackletona do swojego zastępcy Franka Wilda przeszywa na wskroś: "Szanowny Panie, na wypadek gdybym nie przetrwał wyprawy na Georgię Południową, musi Pan postarać się uratować wszystkich".

Pokaz silnej woli, odwagi, solidarności, przedstawiony do tego w spektakularny, ale i niezwykle przystępny sposób, to atuty książki Caroline Alexander. Reportażu, który czyta się jednym tchem, jak niezgorszą powieść przygodową. Wydarzenia zostały przedstawione w nieco fabularnym stylu, jednak treść wzbogacona o zdjęcia Jamesa Francisa Hurley'a oraz wiele wzniosłych cytatów z pamiętników załogi, w tym samego Shackletona, chwyta za serce. Ze środka wyłania się postać wspaniałego przywódcy, dbającego o swoją załogę, romantyka, który mimo trudnych warunków, nie poddał się żadnej słabości. Przy tym warto zwrócić również uwagę na sylwetki niezwykłych ludzi, którzy go otaczali. "Nikt nie stracił życia, a przecież przeszliśmy piekło".

Jestem pod ogromnym wrażeniem wyprawy Ernesta Shackletona (przynajmniej wersji, która została przedstawiona w książce) i w porównaniu z innymi podobnymi ekspedycjami uznaję ją za najlepszą tego typu odkrywczą wyprawę, w której walka o przetrwanie nie przyćmiła prawdziwych wartości, a wręcz potrafiła wydobyć z ludzi pozytywne cechy oraz nierzadko dobre emocje. Wszystko za sprawą Shackletona, przekonanego, że "zwyczajni ludzie są zdolni do bohaterskich czynów". A nawet... niezłomni.



***
Alexander Caroline, Niezłomny. Legendarna wyprawa Shackletona i statku Endurance na Antarktydę
,
tłum. Adrian Tomczyk, Wydawnictwo Poznańskie, Poznań 2021, s. 360.

08:46 No comments

"Oto więc dotarliśmy."

Wielki podróżnik i odkrywca. Marzyciel, który realizował wymierzone cele z niezwykłą determinacją. Najsłynniejszy badacz polarny na świecie przełomu XIX i XX wieku, chociaż współcześnie pojęcie o tym niezwykłym Norwegu często ogranicza się do świadomości, że był pierwszym zdobywcą bieguna południowego, czy po prostu... znanym polarnikiem. Cóż, wstyd przyznać, ale i ja wiedziałam o nim niewiele. Bardziej wtajemniczeni może kojarzą jego "wyścig" z Robertem F. Scottem, albo pionierski przelot nad biegunem północnym sterowcem zaprojektowanym przez Umberto Nobile. Dla wszystkich jednak książka Stephena R. Bowna powinna stać się fascynującym zderzeniem z historią człowieka o naprawdę niezmąconej pasji, ale i porywającą relacją z czasów wielkich odkryć. Podobnie jak Wyspa niebieskich lisów, Amundsen. Ostatni wiking to dzieło napisane z niewiarygodnym rozmachem, wciągające i trzymające w napięciu do ostatniej strony. Sama czytałam je w prawdziwie podniosłym nastroju, dlatego trudno mi zacząć pisać o nim nie inaczej niż w iście górnolotnym tonie — postać Amundsena aż się o to prosi. A równocześnie (jak to w przypadku wszystkich książek, które robią na mnie duże wrażenie) wciąż nie umiem znaleźć odpowiednio ważkich słów.

"Traktował swoje cele jako wyzwania fizyczne i umysłowe". Ponoć arogancki, choć może warto złożyć to na karb surowości człowieka Północy, a także silnej koncentracji na własnych marzeniach. Amundsen nie był typem romantycznego podróżnika. Jego pragmatyzm i racjonalne podejście do wypraw, a także pewnego rodzaju wyrachowanie (liczne wyjazdy na międzynarodowe wykłady, które mogłyby pomóc sfinansować mu kolejne podróże), wielokrotne balansowanie na granicy bankructwa, konflikt z bratem (o pieniądze), romanse z mężatkami, oscylowanie na arenie politycznej — to wszystko może nieco kładzie się cieniem na postać Amundsena, jednak zdecydowanie nie ujmuje mu zasług, ani nie czyni z niego bohatera negatywnego. Ba, to właśnie ten stanowczy, pewny siebie Norweg potrafi wzbudzić w czytelniku podziw i sympatię. Jego perfekcyjne przygotowanie do każdej eskapady, troska o załogę, sprawiedliwe osądy, wykorzystywanie rozmaitych technik przetrwania (również tych zaczerpniętych od tubylców; głównie Inuitów), stawianie sobie coraz to nowych wyzwań (nauka pilotażu samolotu, czy wyprawa sterowcem) rodzą respekt i uznanie wobec człowieka, który nie bał się tuż po wyruszeniu w morze zmienić celu podróży, albo wypłynąć jeszcze zanim wierzyciele odebraliby mu okręt.
 
Stephen R. Bown znakomicie przedstawił postać Roalda Amundsena na tle epoki, w zestawieniu ze znanymi postaciami (jak Cook, Nansen, czy wspomniany Nobile), jednak Amundsen. Ostatni wiking to przede wszystkim biografia człowieka czynu, samotnika i marzyciela, który przez całe życie szukał nieodkrytych jeszcze plam na mapie, starając się dokonać czegoś przełomowego, co nie udało się innym. Świetna lektura nie tylko dla pasjonatów historycznych odkryć, czy dalekich wypraw, ale dla każdego, kto chciałby zetknąć się z przykładami prawdziwej pasji oraz odważnego realizowania celów. Ja jestem zachwycona książkami Bowna i liczę, że w tym roku trafię jeszcze na wiele podobnie fascynujących tytułów.   

***

Bown Stephen R., Amundsen. Ostatni wiking
,
tłum. Krzysztof Cieślik, Wydawnictwo Poznańskie, Poznań 2018, s. 465.
09:14 No comments

"Nas zafascynowały ruiny:
rozsypujące się domostwa, upadłe fabryki,
zrujnowane farmy."


Opuszczone domki pośrodku niczego, a w nich majaczące w mroku kształty pozostawionych sprzętów, ślady dawnej obecności. "W tym kraju nie ma chyba rzeczy, której nie można przekuć w zachwyt". Czytając Szepty kamieni Bereniki  Lenard i Piotra Mikołajczaka, czułam tę islandzką pustkę, majestat natury, tajemniczość i surowość samotnych przestrzeni. Pojawiały mi się w głowie skute lodem krajobrazy, rysowały gejzery i zorze polarne. Niezwykle literacki styl autorów sprawił, że momentami odnosiłam wrażenie, jakbym sama była tam już niejeden raz, a także — jak bliska jest mi ta opuszczona strona Islandii. I choć Szepty miały być głównie opisem podróży po tych porzuconych, wymarłych miejscach, to stały się czymś znacznie więcej. Reportażem z życia na tej zjawiskowej, choć wiele wymagającej wyspie, pewną osobistą recepcją. Mimo że autorzy nie dzielą się szczegółami własnej islandzkiej historii, to tak jakby ją opisywali samą tą podróżą, głosami ludzi stamtąd, olbrzymim respektem wobec islandzkiej... magicznej rzeczywistości.

Wiara w trolle, w moc dawnych zaklęć, ziół i magicznych runów. "Mówią, że to kraina potworów i czarnoksiężników". Na Islandii folklor jest wciąż żywy. Połączenie go z tajemniczością natury, zamiłowaniem Islandczyków do snucia długich opowieści, czy poczuciem odosobnienia tworzy mieszankę, którą można się zachłysnąć. Nic dziwnego, że Islandia nie tylko przyciąga turystów swoją niezwykłą aurą, ale również potrafi namieszać im w głowach przedziwnym poczuciem niezwykłości oraz wolności. Autorzy Szeptów piszą, jakoby wyspa wyzwalała coś w przyjezdnych, prowokując zachowania, których nie dopuściliby się w żadnym innym miejscu. Przy tym Islandia dobrze wie, jak "się sprzedać", stąd nieustannie kwitnąca branża turystyczna. Co ciekawe, również eksplorowanie opuszczonych budynków to duża część islandzkiej turystyki. Niestety wraz z otwarciem na zwiedzających rośnie... skąpstwo miejscowych, choć może być ono głównie pokłosiem kryzysu finansowego. Temat turystyki (jak i inne praktyczne ciekawostki) nie zajmuje dużo miejsca w Szeptach kamieni. Więcej w nich o starej przetwórni śledzi w Djúpavíku, skutkach wybuchu wulkanu Eldfell na wyspie Heimaey ("kataklizmy na Islandii są wpisane w życie"), czy ogólnie... o islandzkiej magii.


"Na Islandii bardzo łatwo się zatracić", podobnie jak w Szeptach kamieni. Historiach z opuszczonej Islandii. Tę książkę planowałam przeczytać jakiś czas temu, jeszcze na fali marzeń o podróży na tę niezwykłą wyspę. I choć moje aspiracje już raczej wyblakły, to naprawdę zachwycił mnie sposób postrzegania Islandii ujęty przez autorów bloga IceStory. Cóż, może kiedyś wrócę do dawnych marzeń, tymczasem cieszę się, że tak dobrze trafiłam z pierwszą przeczytaną w tym roku książką.

***
Lenard Berenika, Mikołajczak Piotr, Szepty kamieni. Historie z opuszczonej Islandii
,
Wydawnictwo Otwarte, Kraków 2017, s. 245.

10:30 No comments

"Na początku, idąc ulicą w Tel Awiwie,
nie przeczytasz ani jednego hebrajskiego słowa,
które tam zobaczysz."


Po lekturze świetnego reportażu pt. Ślub pod chupą postanowiłam posiedzieć jeszcze w temacie polsko-żydowskich love story i sięgnąć po wcześniejszą publikację autorstwa Sylwii Borowskiej. Obiło mi się o uszy, że książka może być nieco gorsza, ale nie brałam tego do siebie. Nadal ciekawią mnie opowieści kobiet, które postanowiły rzucić wszystko i wyjechać do Izraela — głównie z miłości. Niestety w pozycji Mój mąż Żyd nie znalazłam niemal nic, co tak bardzo zainteresowało mnie w Ślubie pod chupą, czyli na przykład tematu konwersji na judaizm, odnajdywania się w nowej, żydowskiej rodzinie, podejścia do żydowskich tradycji. Tytuł tej książki powinien brzmieć raczej Mój Mąż Izraelczyk (za to podtytuł jest jak najbardziej trafiony).

Historie, jakie przytacza autorka skupiają się głównie na kobietach, które weszły w związki z Żydami niereligijnymi, Izraelczykami różnego pochodzenia. Nie ma tu zatem zbyt wielu wzmianek o celebracji szabatu, czy o tym, jak gojka (kobieta spoza wspólnoty żydowskiej) została przyjęta w rodzinie męża. Jest za to sporo porównań Polek z Izraelkami, szalonych opowieści z pierwszych lat pobytu w Izraelu i z... zakochiwania się. Jest sporo o żydowskiej mentalności i o życiu w nieustannym poczuciu zagrożenia, o obowiązku wojskowym, jaki spoczywa na wszystkich obywatelach po ukończeniu 18-tego roku życia (również na kobietach), o docenianiu Polski będąc na obczyźnie. Wszystko to brzmi całkiem dobrze. Historie płyną szybko i można wyłapać z nich wiele ciekawych szczegółów. Autorka oddaje głos kilku kobietom, które sama poznała podczas swojego życia w Izraelu, ale również i... jednemu Izraelczykowi, który poślubił Polkę. To zwariowane opowieści, zaczynające się prawie jak w filmie — wielką miłością. Dopiero potem przychodzi mierzenie się z inną kulturą, czy ścieranie polsko-żydowskich charakterów.

Jak i w przypadku Ślubu pod chupą, wyszłam z tej lektury z poczuciem niedosytu. Pomijając fakt, że spodziewałam się jednak więcej religijnych wątków, również inne tematy zostały potraktowane po macoszemu. I nic w tym dziwnego. To zbiór lekkich, dość luźnych relacji, które czyta się przyjemnie i szybko, nie zaś klasyczny reportaż. Pasuje do porannej kawy, czy kolejki do lekarza. Nie dowiedziałam się z niego niczego nowego. Miałam wrażenie, że sam Izrael, czy ten tytułowy mąż Żyd (jako Żyd) to czasem tylko drugi plan wydarzeń. Nie mam tego za złe autorce i pewnie skuszę się na kolejną jej książkę — jednak poszukam również bardziej wyczerpujących źródeł.


***

Borowska Sylwia, Mój mąż Żyd. Historie Polek w Izraelu,
Wydawnictwo Pascal, Bielsko-Biała 2018, s. 256.

15:46 No comments

"Włączało się telewizję
w hotelu w środku nocy
i ten serial tam był."


Nie oszukujmy się. Publikacja Kelsey Miller o jednym z najpopularniejszych amerykańskich seriali lat 90. nie trafi do serc (a pewnie i nie w ręce) tych, którzy serialu nigdy nie oglądali, nie przepadali za nim, albo traktują go jak jeden z wielu (chyba że interesują się popkulturą lub chcieliby dowiedzieć się czegoś o nowojorskiej telewizyjnej branży tamtych lat). To książka skierowana w dużej mierze do fanów (albo jedynie sympatyków) serialu Friends (Przyjaciele) emitowanego przez amerykańską stację NBC w latach 1994-2004. Dla jasności podkreślę, że jest to książka dla tych, którzy obejrzeli wszystkie sezony do końca. Nie unika spojlerów (czemu by miała?), przytacza najbardziej kultowe detale, zdradzając często istotne części fabuły, choć nie bazuje na opisywaniu odcinków. Jest to głównie historia powstania Przyjaciół, od momentu pierwszego spotkania ich twórców — Marty Kauffman i Davida Crane’a, poprzez zakulisowe relacje z nagrań, mierzenie się z sukcesem przez obsadę, aż po ostatni odcinek dziesiątej, czyli ostatniej serii. Chociaż sama dopiero niedawno odkryłam prawdziwą magię Przyjaciół (za namową Męża, kiedy jeszcze Najmniejszy siedział spokojnie po drugiej stronie brzucha), to mam wrażenie, że znam ich od lat. Chciałoby się dodać: jak starych przyjaciół.

Przyjaciele to prawdziwy fenomen, znak swoich czasów. I choć obecnie — jak podkreśla sama autorka — taki serial prawdopodobnie nie miałby racji bytu (zarzuty o homofobię i rasizm), to wciąż skupia rzesze widzów. Tych, którzy oglądają jeszcze z sentymentu, a także nowych, co są w stanie wybaczyć mu jego niedociągnięcia i urocze wyidealizowanie. Te stare żarty nadal nas śmieszą, a perypetie Rachel, Monici, Phoebe, Joey`a, Chandlera i Rossa stanowią nierzadko plasterek na bolączki dnia codziennego. Również sceneria należy do tych niezapomnianych. To duże mieszkanie w centrum Manhattanu i kawiarnia Central Perk... Myślę, że nie ma sensu się rozpisywać. Jeśli ktoś chce poczuć ten klimat poza ekranem telewizora, może śmiało sięgnąć po książkę Kelsey Miller.

Będzie o pomysłach na seriale (i o innych serialach też), kulisach studia Warner Bros, castingach do Przyjaciół ("wszyscy mówili o tym serialu"), prawdziwej przyjaźni i komitywie aktorów, o gigantycznych gażach oraz o pierwszych oznakach sukcesu. Dowiemy się co nieco o ścieżce zawodowej każdego z bohaterów, chociaż autorka nie schodzi na czysto plotkarskie tory i nie poznamy tu wielu smaczków dotyczących aktorów, czy producentów (ani ich relacji). Wszystko jest raczej wyważone, przemyślane (nie odczułam tu żadnej chaotyczności), a na koniec i dość osobiste, ponieważ Kelsey Miller porywa się na prywatne wyznania na temat roli Przyjaciół w jej życiu.

Przyjaciele. Ten o najlepszym serialu na świecie to interesująca... lektura uzupełniająca. Taki aneks do serialu, o którym może wcale nie chcielibyśmy wiedzieć wszystkiego (np. szczegóły sprawy z Amaani Lyle, czy negocjacje finansowe), a to, co może nas najbardziej ciekawi (jak bliższe relacje aktorów), nadal pozostaje osnute nutą tajemnicy. Po przeczytaniu tej książki mam wrażenie, że owszem, zajrzałam za kulisy, może nawet dostałam od kogoś autograf, ale nie mogłam zostać na kolacji. Mi pasuje taki niedosyt. Doświadczyłam tej wyjątkowości, jaka musiała panować wtedy na planie. Tam czuć tę podniosłość. To wrażenie, że dzieje się coś ważnego (choć zadziało się to lata temu w Nowym Jorku) i że teraz jestem tego częścią. Przyjemne uczucie.

***  
Miller Kelsey, Przyjaciele. Ten o najlepszym serialu na świecie, tłum. Magda Witkowska, Wydawnictwo SQN, Kraków 2019, s. 366.

14:08 No comments
"Mała grupka marynarzy na tyle silnych,
że byli w stanie chodzić, wyruszyła na rekonesans
i zrozumiała, że znaleźli się na pozbawionej drzew,
bezludnej wyspie, której nie ma na żadnej mapie."


Atakowani przez lisy polarne, wymęczeni szkorbutem i wielotygodniową walką z żywiołem. Tak ich zastajemy. To uczestnicy największej w dziejach naukowej ekspedycji, wiodącej przez Syberię po wybrzeża Ameryki Północnej. Długo wzbraniałam się przed Wyspą niebieskich lisów, przekonana, że na taką pozycję potrzebuję czasu i skupienia (spodziewałam się ekscytującej, ale i wymagającej żeglarskiej relacji). Dopiero kiedy mój mąż wspomniał (z nutą trwogi w głosie), że "jest taka książka, gdzie rozbitkowie lądują na wyspie pełnej groźnych niebieskich lisów" i że podobno to "coś mocnego", pomyślałam, że ta rekomendacja brzmi wystarczająco sensacyjnie i nie ma sensu zwlekać. Jednak zamiast (a raczej: opórcz!) przerażającej historii o hordzie mordeczych lisów, dostałam porywającą opowieść o wielkiej wyprawie, pełną niesamowitych podróżniczo-odkrywczych smaczków, jak i fragment bardzo przystępnie przedstawionej historii XVIII-wiecznej Rosji. Stephen R. Bown pisze z niesamowitym rozmachem, polotem, podsyca ciekawość i stopniuje napięcie. Z naukowców robi bohaterów, z dowódców szaleńców. Wszystko to na tle nieodkrytych syberyjskich szlaków, wzburzonych morskich głębin, mrozów i wiatrów. Krok po kroku przedstawia nam tajniki wyprawy, by na koniec wyjawić, co tak naprawdę wydarzyło się na Wyspie Beringa, czy może w istocie na... Wyspie niebieskich lisów.

Car Rosji Piotr I Wielki, człowiek niezwykle ambitny i ciekawy świata, entuzjasta europeizacji, postanawia powołać do życia wyprawę w celu odkrycia "jednego z ostatnich niezbadanych obszarów na Ziemi" znajdującego się na Północnym Pacyfiku, by znaleźć połączenie między Azją a Ameryką Północną. Przywódcą ekspedycji ma być Duńczyk Vitus Bering. Najpierw wyrusza Pierwsza Ekspedycja Kamczacka, której zadaniem jest przejście przez Syberię. Stanowiła ona swoiste utorowanie drogi przed kolejną wyprawą. Ta właściwa, Druga Ekspedycja, zwana Wielką Ekspedycją Północną otrzymuje już bardziej rozbudowane zadania, szczególnie pod kątem naukowym. To właśnie w niej uczestniczy ekscentryczny lekarz i botanik Georg Steller. Ekspedycja wypływa na dwóch okrętach — św. Piotrze i św. Pawle, jednak tylko św. Paweł dobija do brzegów Kamczatki.

Wyspa niebieskich lisów
okazała się dla mnie ogromnie pasjonująca. Przyznaję, że czekałam z niecierpliwością na moment, kiedy załoga dotrze do tej osławionej wyspy (oczywiście dla nich była to wyspa nieznana, co więcej — byli przekonani, że są na Kamczatce), choć gdy to nastąpiło, moje zainteresowanie obejmowało już całokształt. Tu uwaga! Jeśli nie znacie tej historii i nie chcecie pozbawić się elementu zaskoczenia, nie czytajcie kalendarium zamieszczonego na początku książki. Niestety ja wiedziałam, jak potoczą się losy wyprawy. To jednak nie odebrało mi radości z lektury i w ten sposób poznałam szczegóły tej szalonej opowieści opartej o zachowane zapiski uczestników legendarnej wyprawy Beringa.

***
Bown Stephen R., Wyspa niebieskich lisów. Legendarna wyprawa Beringa
,
tłum. Krzysztof Cieślik, Maciej Miłkowski, Wydawnictwo Poznańskie, Poznań 2020, s. 384.

17:24 No comments

"Ludzkie zoo XX wieku mieści się
na małej wysepce w pobliżu Krety.
Mieszkają tu istoty o twarzach pokrytych naroślami,
zgniłych, zdeformowanych..."


"A my zostaniemy tu i podpalimy wyspę, by spłonąć na niej żywcem". Nawet teraz przechodzą mnie dreszcze. Nie wiem, od czego zacząć. Chcę ostrożnie... Spinalonga. Niewielka grecka wyspa w pobliżu Krety, aktualnie cel turystycznych wycieczek. Z zabytkowymi weneckimi fortyfikacjami. Niezamieszkała. W latach 1903-1957 mieściła się na niej kolonia trędowatych. Jak pisze autorka reportażu Spinalonga. Wyspa trędowatych Małgorzata Gołota — nazwa wyspy po grecku to "długi cierń". Spinalongę da się obejść w godzinę. Można zorganizować sobie wesele "z widokiem na Spinalongę", albo nawet imprezę na samej wyspie. Niektórzy turyści pytają, czy obecnie jest jeszcze ryzyko zarażenia trądem przez dotykanie skał, albo ścian domów. A potem jedzą sałatkę w pobliskim barze. Może niektórzy patrzą ze zgrozą w głąb, myśląc sobie, jak można było przeżyć w tym miejscu pełnym schodów i skał. Jak żyli tu trędowaci? Ale ta historia nie jest anegdotą, którą przywozi się jak pamiątkę z podróży. Ta historia jest krzykiem.


"A Spinalonga gorsza jest niż śmierć". Małgorzata Gołota w oparciu o skąpą dokumentację oraz wypowiedzi ostatnich żyjących świadków przedstawia niewiarygodne, przerażające (rodem z horroru!) i przeraźliwie smutne dzieje osób dotkniętych trądem (później określanym chorobą Hansena), zesłanych w 1903 roku na grecką wyspę Spinalongę (w celu utworzenia kolonii trędowatych, została ona opuszczona przez Turków), aby tam w izolacji spędzić resztę swoich dni. W teorii owo leprozorium miało być miejscem pomocy chorym, w praktyce okazało się zwyczajną umieralnią. Brakowało leków, a do końca II wojny światowej również bandaży (chorzy sami opatrywali sobie rany przy użyciu starej bielizny), solidnej kadry lekarskiej (leprologa), jedzenia, świeżej wody, elektryczności, nie wspominając o zachowaniu podstawowych warunków sanitarnych. Wyspa była brudna, a od gnijących ciał — również cuchnąca. Zanim doktor Hansen odkrył, że trąd nie jest dziedziczny oraz zanim pojawiło się skuteczne lekarstwo, minęły lata. Ludzie umierali, a na ich miejsce zostawali przywożeni nowi. Na wyspie zawierano małżeństwa i rodzono dzieci (najczęściej zupełnie zdrowe). To właśnie one były nazywane cudownymi istotami. Jednak dzieci były odbierane rodzicom i wywożone z wyspy, aby chronić je przed trądem i przed... wstydem.

Bowiem trąd to nie tylko choroba, która mimo swojej archaiczności (jak i niekorzystnych skojarzeń biblijnych), nadal dotyka wielu ludzi na świecie. To również społeczne piętno, szczególnie w dawnych czasach. "Mówiło się, że jest zakaźny, śmiertelny, nieuleczalny". Leprozoria (to na Spinalondze oczywiście nie było jedyne) miały przede wszystkim odizolować chorych od reszty społeczeństwa, by nie narażać ogółu na widok zdeformowanych ciał. Leczenie było kwestią drugorzędną. Na szczęście i do pacjentów ze Spinalongi uśmiechnął się los. W 1957 roku mogli opuścić wyspę. Jak jednak zacząć żyć normalnie wśród tych wszystkich spojrzeń, w świecie, który wcześniej odwrócił się do nich plecami?

Małgorzata Gołota bardzo solidnie i z pełnym zaangażowaniem podeszła do tak trudnego, niekiedy i drażliwego tematu. Mimo reporterskiej powagi i dystansu, czułam jej empatię. Równocześnie w swoim reportażu przekazała kawał historii, która prawdopodobnie większości z nas jest zupełnie nieznana. Dlatego ja jestem pod ogromnym wrażeniem Spinalongi. To książka nie do zapomnienia. Przerażająca, ale i budząca nadzieję na to, że ludzie z chorobą Hansena mogą zachować swoją godność, a także odzyskać zdrowie. Na koniec podsunę Wam obrazek, który ciągle mam przed oczami. Chorzy ze Spinalongi. Ci, którzy stracili zupełnie nadzieję na normalność. Ci ze zdeformowanymi, czy utraconymi kończynami, z tak zwanymi twarzami "lwa". W którymś momencie chwytają za instrumenty i... "tańczą do znajomych melodii. Oni tańczą!". Rozbraja mnie to. Musicie przeczytać Spinalongę.

 ***
Gołota Małgorzata, Spinalonga. Wyspa trędowatych
, Wydawnictwo Agora, Warszawa 2021, s. 320.

09:54 No comments

"Chupa symbolizuje dom:
kobieta dołącza do mężczyzny i od tej chwili
budują go razem."


"Jak się randkuje z Żydem? Najlepiej, bo od razu omawiacie podstawowe sprawy". Sylwia Borkowska przeprowadza rozmowy z Polkami, które zdecydowały się przejść konwersję na judaizm, a następnie poślubić swojego żydowskiego wybranka. Często jednak to wcale nie ten tytułowy ślub pod chupą był motywacją do zmiany, na jaką porwały się kobiety, lecz sama fascynacja religią, albo przekonanie, że to właśnie w społeczności żydowskiej znajdą swoje miejsce. Historie, które przedstawia autorka są szczęśliwe. I pewnie takie miały być. To historie miłosne, rodzinne, wyznaniowe i bardzo osobiste. Opowieści o kursie konwersji, pierwszych wizytach w mykwie, o zaufaniu i o intuicji w poszukiwaniu własnej drogi. Piękne, idealistyczne, pełne kobiecej energii i poczucia spełnienia. Czy zawsze jest tak idealnie? Nie sądzę. Pewnie trudno wyobrazić sobie szczęśliwe życie w ortodoksyjnej żydowskiej dzielnicy, w żydowskiej rodzinie, u boku konserwatywnego męża (co, patrząc na mężów bohaterek  książki, może być krzywdzącym stereotypem). A jednak wszystkie relacje ze Ślubu pod chupą są entuzjastyczne.
 
Koszerne garnki. Cotygodniowy szabat, który zatrzymuje w domu i zakazuje wielu czynności. Włosy ukryte pod peruką lub chustą. Zasłonięte ramiona. Niektóre z kobiet twierdzą, że zanim przeszły konwersję i tak ubierały się skromnie. Już w Polsce coś ciągnęło je do judaizmu ("judaizm przemawia do mnie, bo jest religią, która rozumie naturę człowieka, jego niedoskonałość") i koleją rzeczy był ich wyjazd do Izraela. Żydowskich przyszłych mężów poznawały w rozmaity sposób, choć małżeństwa wśród ortodoksyjnych Żydów często są aranżowane ("chciałaś, aby twoje małżeństwo było zaaranżowane? Marzyłam wręcz, aby takie było"). Chociaż znajomość z religijnym Żydem jest o wiele prosztsza — powinien już wiedzieć, czego chce. Zwykle jest to założenie rodziny, posiadanie gromadki dzieci i życie według wykładni prawa Mojżeszowego. Mimo że odmian judaizmu jest kilka (a nawet kilkanaście), tak samo jak stopni natężenia religijności ich wyznawców (co już jest kwestią osobistą), to wśród Polek, które zdecydowały się porzucić swoje dawne życie, panuje przekonanie, że przejście na judaizm i poślubienie żydowskiego mężczyzny były najlepszym wyborem w ich życiu. W ramach ścisłości, nie wszystkie na przykład lubią i noszą peruki. Wszystkie za to trzymają się koszerności i jej pilnują. Nie wszystkie przepadają za comiesięcznymi kąpielami w mykwie, ale każda rozumie wstrzemięźliwość w kontaktach z mężem w konkretnym czasie kobiecego cyklu. Szabat, mimo wielu nietypowych zakazów, to dla nich okazja do spędzenia czasu z rodziną, wyciszenia się, przyrządzenia dobrego jedzenia i do odpoczynku. A te śluby? Było i o ślubach, sukienkach i błyskotkach, bo żydowski ślub dla kobiety to również wielkie wydarzenie (często liczba gości dochodzi nawet do 300 osób!). 

Jednak po więcej musicie sięgnąć już do książki. Myślę, że to dobra baza do zgłębiania tematu. Jest tu sporo żydowskiego nazewnictwa, są luźne wyjaśnienia obrządków. Przede wszystkim jednak to osobiste historie, które kończą się happy endem. Czytałam je z przyjemnością i zaciekawieniem. Tym bardziej, że swojego czasu podróżowałam po Izraelu i udało mi nawet zajrzeć do dzielnicy ortodoksyjnych Żydów.
 

Książkę przeczytałam w ramach
Wyzwania czytelniczego 2020/2021 na Przestrzeniach tekstu  

(kategoria: min. 5 reportaży 2/5)

***
Borowska Sylwia, Ślub pod chupą. Jak wychodząc za mąż, zostałam Żydówką,
Wydawnictwo Pascal, Bielsko-Biała 2020, s. 256 (u mnie ebook).

11:49 No comments
"Ale gdy stamtąd wyjdę,
barwy znikną."

Ponad pół godziny szukałam odpowiedniego cytatu. Na wstęp, na wyjaśnienie tego, co czułam, gdy za każdym razem otwierałam Ekspedycję. Jakąś esencjonalną myśl przewodnią, coś, co zapewni kierunek tekstowi, w co płynnie wskoczę, żeby zachować rytm, jaki nadała swojej historii Bea Uusma. Już wtedy dobrze wiedziałam, że niczego takiego nie znajdę. Musiałabym przepisać połowę książki.

"Muszę zrozumieć, co dzieje się z człowiekiem, który znajduje się na środku dryfującego lodu i nie może się stamtąd wydostać. Muszę przeniknąć pod lód, pod szreń". I zrobiła to. Naprawdę. Wyruszyła śladami pewnej polarnej ekspedycji, która nie mogła się powieść. Poświęciła temu kawał swojego życia. Skończyła studia medyczne również po to, żeby być bliżej rozwiązania. Badała ludzkie kości i listy. Badała barwy lodu. Szukała wyspy, na którą praktycznie nie można dotrzeć, bo ciągle otacza ją dryfująca kra. Wypatrywała jej z oddali, wkładając na siebie kolejną warstwę swetrów, bo nienawidzi zimna. Jak jedna dawna arktyczna wyprawa mogła stać się taką piękną obsesją?

Mieli ze sobą kilka tomów encyklopedii, różowy jedwabny szal, szampana i krawaty. Nie byli polarnikami, jednak to oni w 1897 roku wyruszyli balonem w kierunku bieguna północnego. Salomon August Andrée, Knut Frænkel i Nils Strindberg. Spakowali wystarczającą ilość jedzenia, broni i ciepłych ubrań. Robili zapiski. Nils pisał listy do swojej ukochanej Anny. Kiedy ich balon awaryjnie ląduje na lodzie, nie mają pojęcia, gdzie są, chociaż zdają sobie sprawę, że nie pokonali nawet połowy planowanej trasy. Muszą ruszyć, żeby przeżyć. Wloką za sobą ciężkie sanie, wkrótce zabiją pierwszego niedźwiedzia i usmażą naleśniki z foczej krwi. Będą zbierać próbki lodu, mierzyć grudki gliny, "trzymać się szczegółów na pierwszy rzut oka bezsensownych. Niezwykle dokładne badania. Naprawdę, a jednak na niby". Będą leczyć się opium. Aż w końcu dotrą na Wyspę Białą. A tam zaginie po nich ślad. 

Gdy otworzysz Ekspedycję. Historię mojej miłości (miłości Autorki i mojej teraz już też), zasypią Cię stare ciemne fotografie ("Nils kieruje aparat na północ"), szkice szkieletów, plany obozowiska, zapiski temperatur i kierunku wiatru. Bea Uusma dotarła do wszystkiego, co wiązało się z tajemniczą wyprawą, i niczym z fragmentów rozkruszonego lodu stworzyła pełną opowieść-giganta. Opowieść życia. Zachwycam się nią jak głupia. I samym wydaniem też.










***  
Uusma Bea, Ekspedycja. Historia mojej miłości, tłum. Małgorzata Stefaniuk, Wydawnictwo Marginesy, Warszawa 2017, s. 320.

Książkę przeczytałam w ramach Wyzwania czytelniczego 2020 na Przestrzeniach tekstu  
(kategoria: książka o dalekiej podróży)
14:03 No comments
"Przyłożyła ucho do ściany.
Ściana się odezwała.
On się odezwał."

Nie miała pojęcia, kto i za co siedzi w celi obok. Wystukali sobie alfabetem Morse'a swoje imiona, chociaż i tak on już zawsze będzie mówił do niej "Mała", ona do niego "Ju". On w chwili aresztowania był jeszcze żonaty, ona straciła narzeczonego. Oboje, Wiesława Pajdak i Jerzy Śmiechowski, odbywający kary stalinowskiego więzienia za działalność niepodległościową po II wojnie światowej, poznawali się za pomocą kropek i kresek — najpierw tych odbijanych na ścianie (i na bolących knykciach), potem świetlnych, gdy Ju trafił do innego budynku. Kiedy przeniesiono ich do innych więzień i gdy Mała wyszła na wolność, słali do siebie listy pełne czułych słów i obietnic. Dopiero wtedy udało im się zobaczyć siebie na zdjęciach. Na żywo zobaczyli się dopiero na swoim ślubie.

Prawdziwa, wzruszająca historia miłości tych dwojga, którym udało się przeżyć ze sobą jeszcze wiele długich lat po wyjściu na wolność — aż do późnej starości, rozpoczęła się w zasadzie od iskry nadziei, którą dali sobie jako skazańcy. On rozstał się z żoną, ona złożyła mu poważną obietnicę, że będzie na niego czekać. W poruszającej książce Angeliki Kuźniak i Eweliny Karpacz-Oboładze poznajemy tylko część opowieści — tę romantyczną, utkaną głównie z gorących, może trochę przesadnych w formie listów między Ju a Małą, oraz korespondencji z ojcem Jerzego, nazywanym przez Wiesławę "Papą Jerzym". Kilka czarno-białych fotografii, lakoniczne, ale jak bardzo poruszające opisy wydarzeń.

Autorki nie burzą delikatnej atmosfery całej historii, nie wchodzą w intymny kontakt między bohaterami, chociaż nie można wyobrazić sobie niczego bardziej intymnego niż publikacja listów miłosnych. A jednak sprawozdają to, co najważniejsze. Może brakuje w tym wszystkim góry detali, prawdziwych przemyśleń zakochanych, nie tylko tych uzewnętrznianych w listach. Z pewnością niedosyt pozostawia brak wyjaśnień ze strony tych dwojga, gdy już było po wszystkim. Chciałoby się wejść do głowy Wiesi i dowiedzieć się, co czuła po raz pierwszy widząc Jerzego. Co myślał Jerzy, gdy poznał swoją przyszłą żonę. Czy zostali ze sobą do końca życia z miłości, czy nie chcieli złamać złożonych w celi obietnic? Ju zmarł w 2008, Mała w 2011 roku. Żyli ze sobą od 1953. Może to wystarczy za komentarz. A cały zapis historii? Miała być krótka, jak w tytule. Myślę, że autorki — w dość telegraficznym skrócie — stworzyły coś pięknego i poetyckiego.

***
Kuźniak Angelina, Karpacz-Oboładze Ewelina, Krótka historia o długiej miłości, Wydawnictwo Znak, Warszawa 2018, s. 192.

Książkę przeczytałam w ramach Wyzwania czytelniczego 2019 
(kategoria: książka, która ma mniej niż 200 stron).
16:12 No comments
Older Posts

Od autorki

About Me

Witaj na stronie Przestrzeni
i rozgość się.
Znajdziesz tu literaturę historyczno-podróżniczą, reportaże, klasykę grozy, tajemnicze powieści.
Często wracam również do książek dla dzieci, dobrego sci-fi, czy Stephena Kinga.

KSIĄŻKA NA DZIŚ

Wakacje wśród duchów. Antologia opowiadań o duchach

2026 Reading Challenge

2026 Reading Challenge
Przestrzenie has read 0 books toward her goal of 30 books.
hide
0 of 30 (0%)
view books

RODZAJ

  • literatura amerykańska (71)
  • literatura angielska (47)
  • literatura australijska (2)
  • literatura francuska (3)
  • literatura hiszpańska (2)
  • literatura irlandzka (5)
  • literatura koreańska (1)
  • literatura niemiecka (8)
  • literatura norweska (7)
  • literatura polska (69)
  • literatura portugalska (2)
  • literatura szwedzka (14)
  • literatura słowacka (5)

Autor

  • Abbott Rachel (4)
  • Bradbury Ray (1)
  • Christie Agatha (1)
  • Clarke Arthur C. (1)
  • Dick Philip K. (2)
  • Forster Edward Morgan (1)
  • Gaiman Neil (1)
  • Greene Graham (2)
  • Herbert Frank (1)
  • Hesse Hermann (1)
  • Hill Susan (1)
  • Jackson Shirley (2)
  • Jacobsen Roy (3)
  • Jansson Tove (2)
  • Karika Jozef (4)
  • King Stephen (7)
  • Lem Stanisław (2)
  • Link Charlotte (2)
  • Paris B. A. (3)
  • Puzyńska Katarzyna (5)
  • Sapkowski Andrzej (2)
  • Stone Tom B. (2)
  • Theroux Paul (2)
  • Urbanowicz Artur (1)
  • Ware Ruth (2)
  • Wiśniewska Ilona (3)
  • du Maurier Daphne (2)
  • Łuszczyński Dominik (8)

Ilustrator

  • Aisato Lisa
  • Chmielewska Iwona
  • Dziubak Emilia
  • Jeram Anita
  • Klassen Jon
  • Martin Emily W.
  • Rutten Mélanie

Wydawnictwo

Akapit Press Albatros Amber Bum Projekt C&T Czarne Czuczu Czwarta Strona Dowody na Istnienie Dwie Siostry Dwukropek Egmont EneDueRabe Ezop Feeria Filia Format Gereon Grupa Wydawnicza Foksal Harper Collins Książkowe Klimaty Kultura Gniewu MAG Mamania Marginesy Media Rodzina Nasza Księgarnia Novae Res Otwarte Pascal Planeta Czytelnika Prószyński i s-ka Rebis Replika Sonia Draga Supernowa Słowne TADAM Tako Tekturka Vesper Videograf W.A.B. Wielka Litera Wilga Wydawnictwo AA Wydawnictwo Dolnośląskie Wydawnictwo Kropka Wydawnictwo Literackie Wydawnictwo Poznańskie Wydawnictwo Warstwy Wytwórnia Zakamarki Zielona Sowa Znak Zysk i S-ka audioteka Świat Książki

Zaglądam do:

  • K-czyta | Blog książkowy
    Matt Dinniman - Dungeon Crawler Carl
  • Qbuś pożera książki
    Sandersonowanie bez cukru, czyli „Wiatr i Prawda” Brandona Sandersona
  • unSerious
    Sierpień 2026 z wyzwaniem #polskafantastykafajnajest
  • Przeczytałam książkę
    "Lato bez końca" Franziska Gänsler
  • made by bibi
    Zwierzęce zbrodnie: Prawo drapieżcy/Pazury gniewu
  • Koczowniczka o książkach
    „Opowieść księgarki z Tokio” Nanako Hanada
  • To przeczytałam
    Daria Doncowa - Żena mojego muża
  • Świat fantasy
    Podsumowanie sierpnia 2026
  • Dosiakowe Królestwo
    Nie z tego świata. Na tropie zjawisk paranormalnych - Ben Machell
  • Jeden akapit
    Dwie książki o szkockim folklorze (Folklore of the Scottish Highlands, The Anthology of Scottish Folk Tales)
  • ex libris Marty - blog o czytaniu, głaskaniu, wąchaniu oraz tuleniu książek i komiksów
    W ciemność - Anna Bolavá (recenzja)
  • Książki na plaży
    Lista najlepszych książek pierwszego półrocza 2026 roku.
  • Books Far From The Crowd
    Jak nie przeczytałam stu książek w rok
  • Spacer wśród słów
    Sosuke Natsukawa "O kocie, który ratował bibliotekę" - recenzja
  • Literackie skarby świata całego
    Moja walka. Skarbowa opowieść o roku 2025 [podsumowanie]
  • Varia czyta
    Karuzela z Mordercami - Alex Rogoziński
  • Wokół Faktu
    5 książek na Dzień Mamy idealnych na prezent. Te nowości wywołają uśmiech na twarzy mamy
  • Klasyka literatury popularnej
    Duchy nocy wigilijnej.
  • Czytam to i owo...
    PIKNIKI Z KLASYKĄ: O "Oliverze Twiście" rozmawiamy w 208. rocznicę urodzin Charlesa Dickensa
Pokaż 5 Pokaż wszystko

Wszystkie treści zamieszczane na tym blogu (zarówno teksty, jak i fotografie) są mojego autorstwa i są chronione prawem autorskim [Dz.U.1994 nr24 poz.83, Ustawa: 4.02.1994 r. o prawie autorskim i prawach pokrewnych].

Wizyty

© Przestrzenie tekstu 2026

Created with by ThemeXpose