facebook instagram Goodreads
Obsługiwane przez usługę Blogger.
  • Spis treści
  • Jeśli szukasz...
    • Przestrzeni faktu
      • kryminalistyka
        • Antropologia sądowa
        • Botanika sądowa
      • literatura faktu
      • Podróżnicze
      • Reportaż
      • Wyprawy & odkrycia
    • Przestrzeni grozy
      • Horror
      • Thriller
      • kryminał
    • Przestrzeni dla dzieci
      • Albo młodzieży
    • FANTASTYKI
      • Literatura fantasy
      • sci-fi
    • Klasyki
    • ♦ Magii na Przestrzeniach ♦
    • Pięknego wydania...
      • Komiksy
      • Picturebooki nie tylko dla dzieci
    • Wyjątkowej prozy
  • Na dokładkę
    • Audiobooki
    • * Mój dawny blog *
    • Starocie na Przestrzeniach
    • Wyzwania czytelnicze
      • Archiwalne
  • Serie
    • Dla dzieci i młodzieży
      • Strachociny
      • Szkoła przy cmentarzu
      • Wakacje z Koszmarkiem
    • Reporterskie / podróżnicze
      • Amerykańska
      • Orient Express
      • Reportaż Czarnego
      • Seria podróżnicza Wyd. Poznańskiego
      • Seria reporterska Wyd. Poznańskiego
    • Seria Dzieł Pisarzy Skandynawskich
    • Serie sci-fi i fantasy
      • Wehikuł czasu
      • Wiedźmin
  • O mnie
  • Kontakt

Przestrzenie tekstu

"Czy to wiatr poruszył krzakiem, czy w ciemnościach coś się kryło?
A ten upiorny dźwięk wydał polujący puszczyk, czy raczej ich tropem 
szły zmory zrodzone na Diablaku?"


Potwory z Diablaka to druga część cyklu pt. Wakacje z Koszmarkiem autorstwa Justyny Drzewickiej. Już pierwszą, Gniazdo wampirów, przeczytałam z prawdziwą przyjemnością i zainteresowaniem, ale to Potwory z Diablaka prawdziwie mnie wciągnęły. Nigdy nie odmówię dobrej przygodówki z dreszczykiem, nawet jeśli przeznaczona jest dla młodszego odbiorcy. Tym razem tego dreszczyku jest naprawdę sporo. Klimat Beskidów i mrocznej Babiej Góry, tajemniczy urlopowicze, nadprzyrodzone zjawiska. Miejsce wydarzeń działa na wyobraźnię, a podsycają ją miejskie legendy. Czy słynny szczyt górski o mrocznej nazwie Diablak jest... nawiedzony? 

Jedenastolatkowie Kacper i Lena wraz z dziadkami oraz psem Maliną, po ekscytującym i trochę niebezpiecznym (więcej w Gnieździe wampirów) pobycie w Bieszczadach, wyruszają w Beskidy. Ich celem jest słynny szczyt Diablak. Rodzina instaluje się na polu kempingowym u pana Romka, gdzie spotykają dość enigmatyczne osobistości. Dla Kacpra i Leny nie będą to beztroskie wakacje, ponieważ ich misją jest poznanie sekretu Diablaka. 

Całkiem przyjemnie jest zwiedzać Polskę śladem tajemniczych miejsc, słuchać strasznych historii i bawić się w detektywa. Potwory z Diablaka przynoszą mnóstwo wrażeń, zapierają dech i wciągają. Zgrabne opisy, sympatyczni bohaterowie, pozytywne przesłanie. Autorka pozwala sobie na dużą dawkę grozy, ale w końcu taki jest zamysł całego cyklu. Mnie zaintrygowały wszystkie zagadki, które mieli do rozwiązania młodzi bohaterowie, bawiło zachowanie dziadków, jak również wzruszała koleżeńskość i dojrzałość dzieci. Podoba mi się obraz dzieciństwa, jaki kreśli Drzewicka. Wakacje mogą być dużo bardziej interesujące bez wlepiania nosów w telefony. Przecież o wiele ciekawiej jest szukać tajemniczych kamieni, śledzić podejrzanego sąsiada, czy uciekać przed widmowym jeźdźcem na koniu. Prawda?

***
Drzewicka Justyna, Potwory z Diablaka, Wydawnictwo Dwukropek, Kielce 2024, s. 208.

12:21 No comments

"Od chwili śmierci stryja, od chwili, gdy stała nad jego grobem 
w objęciach lodowatego jesiennego wiatru, 
wszystko zaczęło przybierać formę groteski, 
gdzie trupy, śmierć i duchy tańczą ze sobą 
w nierozerwalnym pląsie pełnym napięcia i strachu."


Groza, która czai się gdzieś za plecami. Powoli wślizguje za kołnierz jesiennego płaszcza. Towarzyszy czytelnikowi bardziej za sprawą niesamowitej, mrocznej atmosfery niż może nawet przez konkretne wydarzenia zawarte w książce. W Domu na Wrzeszczącym Wzgórzu, gdzie nic nie jest oczywiste ani przewidywalne, strach nabiera innego wymiaru. Zgrabne konstruowanie napięcia, skupienie na nastrojowości. W ten sposób klimat swoich dzieł budowali klasycy grozy. Jednak akcja kolejnego horroru Dominika Łuszczyńskiego osadzona jest w czasach współczesnych, co odzwierciedla również jej stylistyka. Niemniej nie ma w tym makabry, której autor nie poskąpił Pustym mogiłom (tytule zdecydowanie innego rodzaju). Nie ma też tej szczególnej podniosłości właściwej wybitnemu, choć wymagającemu Ogrodowi konających dusz. Mimo że Ogród był dla mnie dotąd najlepszą książką w twórczości Łuszczyńskiego, to Dom na Wrzeszczącym Wzgórzu w pewien sposób mi go przypomina. Może to ta aura tajemniczości i niepokoju. Przeczucie czegoś strasznego, co zaraz zmaterializuje się na naszych oczach i z pewnością wymknie się konwencjonalnym wytłumaczeniom. 

Posępne miasteczko Starzyny. To tutaj trafia młoda Daria Sabatowska, która po śmierci stryja nieoczekiwanie dziedziczy jego osobliwy antykwariat. Jednak pełna unikatowych przedmiotów, ale i zaniedbana Obscuria nie będzie spędzać snu z powiek Darii. Na jej drodze pojawią się bowiem dziwni ludzie, nawiedzą ją niepokojące sny i kobieta zacznie podejrzewać, że stryj zajmował się czymś zgoła odmiennym niż tylko sprzedażą zwyczajnych antyków. Do tego zostanie zaproszona do zjawiskowej rezydencji na pewne tajemnicze wydarzenie. 

Fabuła Domu na Wrzeszczącym Wzgórzu bardzo powoli zmierza ku zaskakującej, dynamicznej kulminacji, której trudno byłoby się domyślić przez większą część książki (sam tytuł robi nam również małego psikusa). Nastawienie na zobrazowanie ponurej i złowieszczej atmosfery, niejasna profesja zmarłego (dwukrotnie!) antykwariusza, poczucie zagrożenia głównej bohaterki — już to wszystko stanowi podstawę naprawdę dobrego horroru. Jednak autor idzie o krok dalej i szykuje wyjaśnienie ocierające się o okultyzm, z motywem igrania ze śmiercią i perspektywą zaświatów. To coś dla miłośników powoli rozkręcających się horrorów, w których detale mają znaczenie, klimat gra pierwsze skrzypce, zaś rozwikłanie tajemnic prawdziwie wbija w fotel. I chociaż sama spodziewałam się trochę innego motywu, ten zaproponowany w książce okazał się znacznie lepszy. 

***
Łuszczyński Dominik, Dom na Wrzeszczącym Wzgórzu, Wydawnictwo Planeta Czytelnika, Łódź 2025, s. 250.

08:26 No comments
"Ważne jest ciepło w domu. 
I to, by po nocy polarnej wróciły ptaki."


To niewiarygodne, że przez niemal sto stron Hjem po prostu... czekałam na mewę. I u stóp setnej strony aż mnie zagryzło w gardle z emocji. Taką moc mają słowa Ilony Wiśniewskiej, a ja wracam do jej pięknej reporterskiej prozy jak do domu. Znów jestem na Północy. Znów jest zimno i poruszająco, ale tym razem, w odróżnieniu do przeszywająco smutnego Migotu, tu można wyłapać słoneczne promienie — choćby w żółtym wystroju domu Bjørg, czy... w sercu autorki. Chłonęłam Hjem jak zaczarowana, bo nawet jeśli Wiśniewska wciąż pisze o bolączkach północy, trudnych początkach życia cudzoziemców w norweskim Tromsø, przykrym losie morskich ptaków, to jednak przebijają się przez to wszystko dobro, czułość, akceptacja. Kolejny raz urzekło mnie jej wyjątkowe podejście do ludzi i do ich historii. Jednak Hjem. Na północnych wyspach to również niespodziewana opowieść o niej samej oraz o tym wszystkim, co składa się na słowo hjem. A hejm to bezpieczna przystań. To dom. Czekanie z przyjaciółką na mewę, która przylatuje raz w roku. Poczucie przynależności. 

"Gdyby zima była miejscem..." — te zasłyszane przez autorkę słowa zdają się doskonale pasować do Tromsø. Kiedyś niepozorne arktyczne miasto w północnej Norwegii, aktualnie cieszy się wielką popularnością wśród turystów, obserwatorów zórz polarnych, jak i imigrantów rozmaitych narodowości, którym jednak nie zawsze łatwo odnaleźć się w surowej mentalności północy. To właśnie tutaj mieszka Ilona Wiśniewska i stąd podróżuje na pobliską wyspę Kvaløya, do zaprzyjaźnionej kobiety o imieniu Bjørg, która stała się bohaterką jej reportażu. Jednak Hjem jest zlepkiem wielu przeplatających się historii, a ich głównym mianownikiem okazują się... ptaki. Ale również pory roku, samo Tromsø, poczucie odrzucenia, potrzeba posiadania własnego hjem. Ptasie hotele, skrzeczące krysie, przypadkowi ludzie, którym zależy na losie mew. Samotność okryta grubym swetrem, kiedy kończy się jasne, krótkie lato. 

Hjem. Na północnych wyspach to kolejny piękny literacko, doskonale skonstruowany oraz zwyczajnie poruszający reportaż z zimnych północnych stron. Uwrażliwia na los ptaków i ludzi. Jestem zachwycona lekkością i jasnością, jakie przebijają się przez Hjem. Tego jeszcze nie doświadczyłam w książkach Ilony Wiśniewskiej, której twórczość jest mi bliska od samego początku, od Białego. Mam wrażenie, że autorka rzeczywiście (przynajmniej na ten moment) znalazła to swoje miejsce (nie tylko w pojęciu przestrzennym), stąd tak jej tam dużo. I tak tam jasno. I ciepło, mimo zimna. 

***
Wiśniewska Ilona, Hjem. Na północnych wyspach, Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2025, s. 240.
10:05 No comments

"Jakby wszystko nas ostrzegało, żeby nie iść dalej. 
Też macie wrażenie, że wampiry nie chcą być odnalezione?"


Jaka to przyjemność poczytać sobie dobrze napisaną, wciągającą książkę z dreszczykiem, nawet jeśli jest przeznaczona dla młodszego odbiorcy. Gniazdo wampirów Justyny Drzewickiej, pierwsza z serii Wakacje z Koszmarkiem, to wakacyjna, horrorowa przygodówka z ciekawą fabułą, barwnymi, sympatycznymi postaciami, jak i pewną mroczną zagadką do rozwiązania. Tajemnicze zniknięcia, bieszczadzkie wampiry, podejrzany sąsiad. Młodzi bohaterowie naprawdę mają co robić na rodzinnym wyjeździe. Jednak mimo czyhającego na nich niebezpieczeństwa i niepokojącej atmosfery, znajdzie się również miejsce na rozrywkę oraz dobry humor. 

Jedenastoletni Kacper i Lena wybierają się z babcią Leny, dziadkiem Kacpra oraz uroczym owczarkiem Maliną dość brzydkim autem o nazwie Koszmarek do jednej z bieszczadzkich miejscowości. O Jaworniku krążą straszne, wampiryczne historie. Z domu, w którym mają zamieszkać urlopowicze, jakiś czas temu w tajemniczych okolicznościach zniknęła para fizyków. Plotki głoszą, że może być to sprawka wampirów, co dzieci przyjmują z niemałym entuzjazmem i postanawiają trochę powęszyć. Nie wiedzą, że dość szybko będą musieli skonfrontować się z czymś na pozór zupełnie nierealnym. A może nawet pomóc komuś wyjść z prawdziwych tarapatów. Dobrze, że mają survivalowy sprzęt Kacpra, wyrozumiałych dziadków, a w ich przygodach towarzyszy im odważny Malina.

Kto by pomyślał, że zacznę czytać literaturę dziecięco-młodzieżową dla własnej przyjemności, a tu proszę — najpierw Strachociny, teraz Gniazdo wampirów, które naprawdę mnie pochłonęło i dało dużo frajdy. To wartościowa, trzymająca w napięciu, klimatyczna książeczka, pełna zewu przygody, powiewu wakacji, rodzinnego ciepła, przyjaźni, pomysłu rodem z fantastyki naukowej, jak i sporej dawki grozy. Na lato jak znalazł. 

***
Drzewicka Justyna, Gniazdo wampirów, Wydawnictwo Dwukropek, Kielce 2023, s. 152.

15:53 No comments

"Albańczycy to chyba najbardziej tajemniczy naród na Bałkanach —
przez dekady odizolowany, postrzegany jako dziki i nieprzyjazny."


Kraj przesądów i zemsty krwi. Pięknych plaż i niesamowitych górskich terenów. Kraj, w którym je się zatrważająco dużo rożnego rodzaju mięsa (zaskakują głowizna lub pieczone podroby) i pije dużo rakiji. Wyrwawszy się z komunizmu, Albania zachłysnęła się wolnością i... popadła w konsumpcjonizm. O tym komunizmie w książce Izabeli Nowek jest całkiem sporo. W zasadzie trudno postrzegać Albanię bez odniesienia do tych trudnych lat w jej historii, bo cała mentalność współczesnego Albańczyka wydaje się na nich wyrastać. Począwszy od tradycyjnych mięsnych potraw (w gorszych czasach nie marnowało się niczego), po zamiłowanie do samochodów (spacery nie są u nich hitem). Ciekawi ogromna liczba bunkrów, które obecnie służą jako muzea, magazyny, czy pomieszczenia gospodarcze dla zwierząt. Łapówki (bakszysz), mafia, bektaszyzm (interesujące wyznanie "zawieszone między islamem a chrześcijaństwem"). Wyborna kawa. Chleb podawany do każdego posiłku (nawet do fryzek i makaronu). Mężczyźni przesiadujący w barach w oczekiwaniu cieplejszej pory roku, wieczorne biesiadowanie.

Reportaż Izabeli Nowek to lekka, interesująca pozycja o kraju, którego prawie nie znałam. Warto sięgnąć po nią choćby po to, by dowiedzieć się o Albani czegokolwiek. Autorka trzyma się obranych wątków, nie przesadza z osobistymi historiami, zachowuje profesjonalny, a jednak odpowiednio luźny ton, który sprawia, że Albanię. W szponach czarnego orła czyta się trochę jak wakacyjną lekturę przed podróżą, trochę zaś jak naprawdę porządny reportaż. Dużo ciekawostek i historycznych faktów, zachowany umiar, dojrzałość wypowiedzi. To solidna książka.|

***
Nowek Izabela, Albania. W szponach czarnego orła, Wydawnictwo Poznańskie, Poznań 2022, s. 332.

09:45 No comments
"— Nie mogę się już doczekać, żeby wyjechać psami na lód.
To siedzi w głowie, nie umiem tego wyjaśnić."

Z kolei ja nie umiem zacząć. Nawet teraz nie wiem, co napisać o Migocie i czy może lepiej nie pisać nic. Przeszywająco smutny. To chyba pierwszy reportaż Ilony Wiśniewskiej, który tak bardzo mnie przygniótł. Choć często po lekturze jej niezwykłych relacji z krajów Północy czułam się rozedrgana, to jednak zachwyt nad szczególnym ujmowaniem przez autorkę tamtego surowego świata zwykle przeważał nad trudnymi emocjami. W przypadku Migotu zachwyt gasi przygnębienie. W pełni jednak rozumiem przeżycia bijące z tej książki i choć osobiście chciałabym odnaleźć w niej tę szczególną magię, znajomą z Białego i z Hen, nie widzę tu dla niej uzasadnienia. 

Migot
to portret świata, którego za moment może już nie być. To wspomnienie Gerta, który jeszcze na okładce Ludu zawisł w powietrzu.
Dziewczynki pogryzionej przez psy na śmierć. Nauczyciela, który nie ma kogo uczyć. Ilona Wiśniewska w zlepku bardzo osobistych i przeraźliwie smutnych reportaży przedstawia świat Inughuitów z osad daleko wysuniętych na północ Grenlandii — Qaanaaq i Siorapaluk. "Mieszkają w Qaanaaq. Czego się spodziewają?". Ludzie chcą, żeby płacić im za rozmowę. Niewielu miejscowych chce się dzielić swoim życiem. Żyje im się coraz gorzej, bo i warunki są trudne ("... żeby nam się wydawało, że to będzie nasza decyzja, kiedy w końcu postanowimy wyjechać"). Nami mogą wstrząsać relacje z polowań na foki, opisy obróbki mięsa, zabijanie psów — dla Inughuitów to chleb powszedni.

Migot. Z krańca Grenlandii
to rozdzierający obraz grenlandzkiej rzeczywistości. Zasmuca, ale i ujmuje autentycznością wrażeń autorki. Ta szczerość, która bije z tekstu jest niesamowita. Im dłużej myślę o tej książce, tym bardziej jestem przekonana, że Wiśniewska nie mogła ująć tego wszystkiego inaczej, a forma pewnego rodzaju dziennika żałobnego niezwykle tu pasuje. To jej smutny, prawdziwy głos. I w tym głosie — prawie jak pod lodem — tkwi uśpiona magia.

***

Wiśniewska Ilona, Migot. Z krańca Grenlandii
,
Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2022, s. 256.
13:18 No comments
"— O czym ty mówisz? — zapytał coraz bardziej przerażony Patryk.
—  O upiorach!"

Mroczne bagna, wyłaniająca się zza drzew mgła i czarne upiory. Nie ukrywam, że bardzo cieszy mnie to, że kilka dni przed Halloween, w październiku — miesiącu duchów wróciłam do mojej ulubionej dziecięcej serii opowieści z dreszczykiem. Upiory znad trzęsawiska Dominika Łuszczyńskiego, z rewelacyjnymi ilustracjami Tomasza Kaczkowskiego, to najnowsza cześć cyklu Strachociny. Przygody czwórki młodych bohaterów potrafią wciągnąć również starszego odbiorcę (jestem tego przykładem!), a strachy, z którymi mierzą się Ula, Patryk, Damian i Antek, niejednokrotnie mrożą krew w żyłach. Jeśli ktoś czytał poprzednie części cyklu, poznał już pewnie Straszydlaka, Króla Szkieletorów oraz Widmowych motocyklistów. Jeżeli jednak nadal jesteście przed lekturą pozostałych książek, nie ma przeszkód, by zacząć od Upiorów znad trzęsawiska. Każda część to odrębna historia, i chociaż mamy tych samych, zaprzyjaźnionych bohaterów, za każdym razem straszna opowieść zaczyna się od nowa, momentalnie wciągając nas w wir wydarzeń.

Zbliża się koniec wakacji. Ula wraz z rodzicami i trójką przyjaciół ze szkoły wybierają się nad trzęsawiska, by nocować pod namiotami. Dziewczynka nie może otrząsnąć się jeszcze po nocnym koszmarze, a na miejscu obozowiska jej niejasne obawy okazują się całkiem zasadne. W lesie dzieje się coś niepokojącego. I to bardzo! Do tego jej rodzice gdzieś znikają, gdy zza drzew zaczyna unosić się groźna mgła. Ula wraz z Patrykiem, Damianem i Antkiem będą musieli zmierzyć się z czyhającym niebezpieczeństwem, które niekoniecznie jest tym, czym się wydaje. Jednak tym razem to Ula wie coś, co może wpłynąć na rozwiązanie upiornej zagadki.

Oswajanie strachów, niesamowita mroczna atmosfera, ale również siła przyjaźni, bezwarunkowej chęci pomocy oraz dziecięcej solidarności — to ważne wyznaczniki tej, jak i pozostałych części cyklu Strachociny. Książki utrzymane są w przyjemnym, oldschoolowym stylu. Bohaterami są zwyczajne dzieciaki, nieskażone jeszcze wszechobecną cyfryzacją, spędzające wakacyjny czas raczej na czytaniu, biwakowaniu, wycieczkach rowerowych, nie zaś przed ekranem (co prawda nie wiemy dokładnie, w jakich czasach dzieje się akcja, ale fajne jest to, że Ula zamiast smartfonem, robi zdjęcia lustrzanką). Miasteczko, w którym mieszkają, skrywa niekończące się tajemnice, a za strachami, z którymi przychodzi im się mierzyć, zawsze stoi jakaś ciekawa historia.

Nie inaczej było w Upiorach znad trzęsawiska — chyba najbardziej nieprzewidywalnej i ekscytującej części Strachocin (szalony pomysł i niesamowite zakończenie!). Momentami naprawdę miałam gęsią skórkę, choć wierzyłam, że dzielni bohaterowie kolejny raz sobie poradzą. Ach, jak ja chciałabym czytać więcej takich książek i mam nadzieję, że gdy mój synek podrośnie, będę miała dla niego już całą półkę zapełnioną podobnymi tytułami. Dlatego chętnie spotkałabym jeszcze nieraz Ulę, Patryka, Damiana i Antka — tym razem na szkolnych korytarzach, bo w Strachocinach kończą się wakacje, a jesień to przecież idealny czas na straszne opowieści.


***
Łuszczyński Dominik, Strachociny. Upiory znad trzęsawiska, il. Tomasz Kaczkowski, Wydawnictwo Mamania, Warszawa 2023, s. 128.
13:24 No comments

"— I jakże to będzie, proszę ojca? Nigdy nie wierzyłem,
że takie coś stanie się u nas (...)
— W zło nie wierzyłeś?"

Chociaż Dominik Łuszczyński przyzwyczaił nas do nieco innego rodzaju literatury (nadal w pamięci mam wybitny Ogród konających dusz, czy niezwykłe Chorały z pogranicza czasu, jak i serię dla dzieci — Strachociny, której od niedawna można posłuchać również w formie audiobooka), to Puste mogiły wciąż mają w sobie wiele cech właściwych twórczości tego autora. Co ciekawe, po dość specyficznym, stylizowanym na starodawny, nieco archaicznym stylu, w jakim zostały napisane Ogród, czy Chorały, tym razem dostajemy bardzo współczesną pozycję, która ma szansę dotrzeć do zgoła większej liczby odbiorców — oczywiście wciąż rozmiłowanych w powieściach grozy, tylko może nieco... mniej wymagających. Puste mogiły bowiem to melanż mrocznego thrillera z rasowym horrorem. Nie stronią od dość mocnych, momentami brutalnych opisów (co może spodobać się amatorom takiej literatury, ale i odstraszyć wrażliwsze osoby), jak również oscylują wokół niepokojącego, tajemniczego tematu bliższego klasycznej grozie (czyli temu, z czym kojarzy mi się twórczość Łuszczyńskiego — przynajmniej ta przeznaczona dla dorosłego odbiorcy). Element zaskoczenia, sprytne stopniowanie grozy, niesamowite plot twisty. Poza tym szaleństwo i dawne strachy, które wciąż mrożą krew w żyłach. Jak wielkie zło mogą wyrządzić zwyczajne wiejskie zabobony, zwłaszcza jeśli kryje się za nimi szczypta prawdy...

Wieś Siedlany. To tam wiele lat temu, w czasie pewnej procesji w Boże Ciało zdarzyło się coś okropnego. Coś, co odbiło się piętnem na wszystkich mieszkańcach.
I właśnie do Siedlan postanawia przeprowadzić się Weronika Sobczak, młoda, poczytna pisarka, która pragnie w spokoju spędzić ostatni miesiąc ciąży. Weronice w przeprowadzce pomaga Adrian, jej agent literacki, z którym kobieta nieoczekiwanie zaczyna wiązać nadzieje na przyszłość. Jednak atmosferze Siedlan daleko do wiejskiej sielanki. Wrogie spojrzenia sąsiadów oraz nieprzyjemna wizyta miejscowego księdza budzą w Weronice coraz większe obawy. Tylko, czy niebezpieczeństwo, jakie na nią czyha, pochodzi jednie od nieprzyjaźnie nastawionych mieszkańców?

Choć przedstawiłam fabułę Pustych mogił jakoby opierała się głównie na przeżyciach Weroniki, to jednak cały ten thrillerowy, pozornie wiodący wątek wydaje się mieć poboczne znaczenie. Najbardziej urzekł mnie mroczny początek książki, tajemnicza historia z tła, która niezwykle oddziałuje na wyobraźnię. Ta klimatyczna horrorowa strona Pustych mogił sprawiła, że przymknęłam oko na pewne mankamenty powieści — dość szybko postępujące wydarzenia, drastyczność scen (co tam się na końcu działo, przechodzi ludzkie pojęcie!), nieszczególnie (przepraszam, jeśli to duży spoiler) szczęśliwe zakończenie, jak i bolesny brak korekty (tu akurat zawiniło wydawnictwo). Rozumiem jednak samą koncepcję, podziwiam umiejętność stworzenia niepowtarzalnej atmosfery — zapadła wieś, wyklęty cmentarz, zderzenie z prawdziwym obłędem i zaściankowym strachem. Ten moment, gdy już nie wiadomo, czy najbardziej przerażają zjawy i klątwy, czy może... zwykli ludzie. I nie szokujące opisy, albo bulwersujące sceny, lecz ludzkie zaślepienie oraz żądza zemsty są tymi najbardziej przerażającymi elementami całej powieści.

Puste mogiły
to przestroga. W pewnym momencie dotarła do mnie również groteskowość pewnych wydarzeń, zamierzone przerysowanie. Znając twórczość Dominika Łuszczyńskiego, można dostrzec w Pustych mogiłach próbę zderzenia powagi klasycznych dział literatury grozy z uwspółcześnioną wersją taniego thrillera dla mas. To taki lekki horrorowy pstryczek w nos. Do tego bardzo wciągający. Myślę, że czytanie Pustych mogił z tą świadomością — w ramach rozrywki — może przynieść wiele ekscytacji z lektury.  Jeśli zaś ktoś szuka prawdziwie poważnego, misternie skonstruowanego dzieła, któremu trzeba poświęcić dłuższą chwilę, z całego serca polecam Ogród konających dusz.


***
Łuszczyński Dominik, Puste mogiły, Wydawnictwo Dom Hororu, Wrocław 2023, s. 206.

20:05 No comments

"Cześć i czołem!
Zajmij się naszym zwierzęcym zespołem!"


Tak się złożyło, że książeczki Agnieszki Elbanowskiej i Agaty Dudek rosną razem z moim dzieckiem. Dobrze pamiętam moment, kiedy otwieraliśmy pierwsze Cześć i czołem. Zauroczyły nas barwne obrazki, zdumiała żywa interakcja, czy niezwykle pozytywny przekaz. Po roku druga część również podbiła serduszko Najmniejszego. Trzecia, o której dziś będę pisać, okazała się podobnie miłym zaskoczeniem. Bo jak tu nie uśmiechnąć się na widok znajomych zwierzęcych przyjaciół? Do tego podtytuł śmieszy moje dziecko do rozpuku! Ach, te "kluski z rosołem". Dzięki Cześć i czołem. Kluski z rosołem! zobaczyłam, że Najmniejszy nie jest jeszcze wcale taki dorosły, jak się wszystkim wydaje 😀, ponieważ bardzo dobrze bawi się podczas czytania. Książeczka jest cudownie dziecięca, angażująca, zabawna, sympatyczna. U nas okazała się niesamowitą zachętą do... jedzenia.

Wrzuć kość do miski pieska, życz smacznego słoniowi, poczęstuj ziemniakiem barana. "Kotek też jest bardzo głodny, aż mu burczy w środku. Przynieś spodek z mokrą karmą, mówiąc: Proszę, kotku!". Te i inne zadania czekają naszego małego czytelnika. Będzie musiał podać trzy ziarenka kukułeczce, albo dwie marchewki królikowi. Znaleźć odpowiedni produkt wśród wielu innych, co nie zawsze może być prostą sprawą. Ale ile przy tym zabawy! I od razu można zgłodnieć.

Cześć i czołem. Kluski z rosołem! może okazać się rewelacyjną pozycją dla małych niejadków (u nas początkowo sprawdzała się właśnie w tej roli), choć z pewnością nie jest to jedyna jej zaleta. Niesamowicie aktywizuje, zachęca do karmienia zwierzątek, do nazywania jedzenia, do rozpoznawania i wyboru odpowiednich dań. Uczy spostrzegawczości. To świetna pozycja dla trzylatków, z którymi można już sobie porozmawiać (na przykład o tym, dlaczego słoń nie je trąbą), ale i dla młodszych dzieci. Rymy są zabawne i proste, a do tego już na samym początku włączamy dziecko w całą historię, wplatając w tekst jego imię. Jestem zachwycona tą serią i bardzo ciekawa, czy możemy spodziewać się kolejnych części.



***
Elbanowska Agnieszka, Cześć i czołem. Kluski z rosłem!
,
il. Agata Dudek, Wydawnictwo Mamania, Warszawa 2023, s. 26.




Za kolejną dawkę dobrej zabawy
dziękujemy
(razem z Najmniejszym) wydawnictwu:
https://mamania.pl/
20:44 No comments

"Nekrosfera... — pomyślał Rohan — aha, bo te kryształki są martwe:
nie ma jak uczeni. Zawsze wymyślą jakąś ładną, nową nazwę..."


Nie będę ukrywać, że moje drugie spotkanie z fantastycznonaukowym dorobkiem Stanisława Lema zakończyło się... lekką konsternacją. Po Astronautach, którzy mimo kilku mankamentów, zrobili na mnie wielkie wrażenie, zdecydowałam się sięgnąć po bardziej sztandarowe i chwalone dzieło, wydane jednak nieco później, bo w 1964 roku, gdy takie tytuły jak Dzienniki gwiazdowe, Eden, czy Solaris zdążyły już rzucić więcej światła na rozwój twórczości pisarza. Żałuję, że pozwoliłam sobie na ten czasowy przeskok, chociaż wcześniej planowałam trzymać się chronologii. Żałuję również, że po znakomitym odbiorze dwóch Odysei Arthura C. Clarke'a — superprodukcji Audioteki,  nie skusiłam się, aby zacząć właśnie od słuchowiska, co w przypadku Niezwyciężonego mogło mieć dla mnie niemałe znaczenie (mimo że cenię sobie wyżej słowo pisane). Być może bardziej skupiłabym się na postępujących wydarzeniach, zdumiewała misternymi opisami planety, jak i grozą starcia z obcą materią, nie doszukując się przy tym żadnych filozoficznych akcentów, jakie urzekły mnie w Astronautach. Gdybym nie porównywała dynamiki obu tych tytułów... Zabawne, że z początku bardziej ujęły mnie słabe strony Astronautów niż doskonałość Niezwyciężonego. W pierwszym dziele Lem pozostawił czytelnikowi duże pole do wyobraźni, dość długo rozkręcając akcję, by potem uderzyć krótko, acz z prawdziwą mocą. W przypadku Niezwyciężonego od samego początku tkwimy w centrum tego uderzenia (ku jasności, to dwie zupełnie inne historie). Tu nie ma żadnego skradania się. To, co w Astronautach było podane na deser, kiedy niemal gasły już światła, w Niezwyciężonym dostajemy już na progu (nie wspominając o paskudnych spoilerach z okładki!) — na myśli mam tu obraz obcego świata, planetarne krajobrazy.

Prawdą jednak jest, że to, co dostajemy, okazuje się... zachwycające, odbierające dech, mistrzowsko skonstruowane. Pewnie trochę zwiodłam Was tym całym wstępem. Otóż Niezwyciężony to majstersztyk, piękne polskie science fiction w wersji hard, które czytałam z zapartym tchem. Zgadzam się z opisem z okładki, jak i z głosami wielu, że mogłaby powstać z niego naprawdę dobra produkcja filmowa. Rozmach, z jakim autor podjął się tematu eksploracji obcej planety, klaustrofobiczna atmosfera, ogólna mechanizacja (robotyzacja), a w zderzeniu z nią zwykła ludzka bezradność i małość, aż w końcu opis tego, z czym przyszło zmierzyć się załodze Niezwyciężonego — to wszystko budzi respekt wobec intelektu oraz talentu pisarskiego Lema. Co przydarzyło się załodze Kondora, który dotarł na planetę Regis III i słuch po nim zaginął? Teraz na planecie ląduje Niezwyciężony pod dowództwem astrogatora Horpacha. Życie na Regis III nie wyszło poza morskie przestrzenie, a coś na powierzchni lądu zdecydowanie jest nie tak. Oficer Rohan poświęci wiele w starciu z tajemniczym, bezwzględnym przeciwnikiem.

Może zabrakło mi w Niezwyciężonym jakiegoś filozoficznego polotu, tych przeszywających zdań, jakich można doświadczyć w Astronautach. Tu najwięcej dzieje się w tle kosmicznych zmagań, bezradnej walki z czymś, co jest lepiej przystosowane, choć przerażająco nieświadome. Wnioski, jakie płyną z wydarzeń mówią same za siebie. "Nie wszystko i nie wszędzie jest dla nas". Niezwyciężonego czyta się błyskawicznie, na co wpływają efektowne opisy, rzeczowe dialogi, niepohamowana wyobraźnia pisarza. Myślę, że jeszcze kiedyś wrócę do Niezwyciężonego (może właśnie za sprawą audiobooka), tymczasem wybieram do czytania kolejny tytuł Lema.

***
Lem Stanisław, Niezwyciężony
,
Wydawnictwo Literackie, Kraków 2015 (pierwsze wydanie 1964), s. 260.
 


Książkę przeczytałam w ramach wyzwań czytelniczych:


10:55 No comments

"Myszowór, nawet z niezwykłych
rzeczy można... Trzeba niekiedy rezygnować."


Wiele długich lat zajęło mi sięgnięcie po Wiedźmina, a kiedy oczarowało mnie Ostatnie życzenie, czyli zbiór opowiadań polecany do przeczytania jako pierwszy, luźno wprowadzający w atmosferę całej sagi, mój zapał trochę osłabł i... potrzebowałam kolejnego roku, by zacząć czytać sugerowany jako następny w kolejności zbiór opowiadań Sapkowskiego. Mam nadzieję, że nieco mniej czasu zajmie mi zabranie się za pierwszą część właściwego już cyklu — Krew Elfów. Tym bardziej, że Miecz Przeznaczenia ponownie narobił mi smaku na wiedźmińskie klimaty i chciałabym w końcu bardziej wejść w całą historię. Otóż właśnie, historię, która w zasadzie jeszcze dobrze się nie rozpoczęła.

Miecz Przeznaczenia
składa się z sześciu opowiadań, z których podobało mi się chyba każde, choć najwięcej wrażeń przyniosło pierwsze pt. Granica możliwości (może dlatego, że naprawdę lubię smoki). Dość smutny Okruch lodu, szalony Wieczny ogień, błyskotliwe i pełne akcji Trochę poświęcenia. Kolejne, w którym Gerald poznaje Ciri, a tuż po nim świetne Coś więcej. Nie ma sensu opowiadać Wam o fabułach każdego z nich, ani wprowadzać w świat Geralta z Rivii, wiedźmina, który pokonuje potwory (rzecz jasna — na zlecenie i za solidną opłatą), walczy z uczuciem do czarodziejki Yennefer (ile tam ukrytych emocji!) i przeżywa przygody z trubadurem Jaskrem. Miecz Przeznaczenia to pięknie chaotyczne, ale coraz bardziej klarowne wprowadzenie do świata Wiedźmina. Zdecydowanie trzeba przeżyć je samemu.

Podobały mi się takie oderwane od siebie, a jednak spójne opowiadania. Podoba styl Andrzeja Sapkowskiego. Doza dowcipu, lekkość pióra... Sama nie jestem żarliwą wielbicielką fantasy i żeby dobrze bawić się podczas czytania, muszę mieć odpowiedni nastrój na ten rodzaj literatury (w przeciwieństwie do fantastyki naukowej, którą ostatnio pochłaniam!) — pewnie też dlatego tyle zwlekałam z Mieczem Przeznaczenia. A jednak książki Sapkowskiego mają to coś więcej, dzięki czemu czytanie ich dało mi dużo frajdy. Myślę, że jakościowo i fabularnie ten zbiór opowiadań dorównuje Ostatniemu życzeniu (co ciekawe, został wydany rok wcześniej), ale teksty z Ostatniego życzenia zrobiły na mnie nieco większe wrażenie. Wtedy jeszcze nie wiedziałam, co mnie czeka i byłam oczarowana pierwszym zderzeniem z Wiedźminem. Za jakiś czas chętnie zasiądę do Krwi Elfów.

***
Sapkowski Andrzej, Miecz Przeznaczenia, Wydawnictwo superNOWA, Warszawa 2014, s. 400
.


Książkę przeczytałam w ramach wyzwania czytelniczego:

10:01 No comments

"Przyszła mi do głowy szaleńcza wątpliwość,
czy to naprawdę jest Arseniew, mój towarzysz,
człowiek?"


Fantastycznonaukowe powieści Stanisława Lema od dawna stanowiły dla mnie wyzwanie, którego ogromnie chciałam się podjąć, ale najczęściej brakowało mi odwagi. Podobał mi się Szpital Przemienienia (choć to realistyczna proza), w pamięci majaczyły Bajki robotów, czy Opowieści o pilocie Pirxie, jednak to Astronautów, pierwsze wydane dzieło Lema (ukazało się w 1951 roku), obrałam sobie za cel i czułam wielką ekscytację, kiedy nareszcie rozpoczęłam lekturę. Niesamowite to było doświadczenie, tym bardziej, że wcześniej nie znałam nawet zalążka fabuły. Wiedziałam również, że książka nie została entuzjastycznie odebrana przez miłośników futurystycznego dorobku Lema, przy tym jest mocno przesycona współczesną mu ideologią (w tamtych czasach nie dało się inaczej, aby książka doczekała się druku), jak i naukowo już nieaktualna (o tym wspomina również sam autor w przedmowie z... 1972 roku!). To jednak nadało jej w moich oczach swojego rodzaju romantycznego charakteru starego, wyświechtanego już science fiction, którego właśnie oczekiwałam. Chciałam niemal, by Astronauci trącili myszką, choć muszę przyznać, że podczas czytania nie czułam, że jest to tak posunięta w latach powieść — zwłaszcza przy opisach wyglądu obcej planety.

"Oto jeszcze jedna cecha podróży pozaziemskiej: między jej normalnym biegiem i najniebezpieczniejszą przygodą nie ma żadnych przejść". Po dość długim i enigmatycznym wstępie, kiedy to dowiadujemy się o tajemniczym meteorze (nazwanym później naukowo bolidem tunguskim), który spadł na Syberię w 1908 roku, a później o zaszyfrowanej w nim wiadomości — być może od mieszkańców innej planety, przechodzimy do właściwej "akcji". Rakieta Kosmokrator, z gronem naukowców oraz pilotem (narratorem) na pokładzie, wyrusza w podróż międzyplanetarną na Wenerę, skąd pochodził tajemniczy przekaz. Badanie planety niesie za sobą niezwykle spektakularne odkrycia (choć mam wrażenie, że większą frajdę z nich miał czytelnik niż sami bohaterowie, którzy niemal nie okazują emocji — może poza pilotem), jednak wnioski, do jakich dochodzą naukowcy, okazują się być prawdziwie... przerażające.

Lem ma niesamowity dar wplatania w fantastycznonaukową rozprawę niezwykle refleksyjnych przemyśleń i choć w Astronautach grzęzną one w cieniu naukowych objaśnień oraz imponujących opisów tworów pozaziemskiej cywilizacji (powaliły mnie one na łopatki — mistrzowska wyobraźnia!), to w książce można wyłapać szczególne wypowiedzi, które nadają jej głębszego charakteru. Ten filozoficzny polot, mroczne przestrzenie Wenery, odkrycie zamierzeń tamtych istot... Mimo że wypowiadam się z pozycji laika w dziedzinie literatury science fiction, to jestem pod ogromnym wrażeniem Astronautów (a piszę to również jako wielbicielka powieści grozy). Myślę, że jest to dzieło warte poznania, choć pewnie zrewiduję własne wnioski po lekturach kolejnych, bardziej sztandarowych tytułów z dorobku Lema.

***
Lem Stanisław, Astronauci
,
Wydawnictwo Literackie, Kraków 2017 (pierwsze wydanie 1951), s. 420.


Książkę przeczytałam w ramach wyzwań czytelniczych:


09:52 No comments

"Ludzie się nim nie interesują.
Bo i po co?
Przecież to jest... nikt."


Gdzieś mi się majaczyło nazwisko Joanny Concejo. Z początku — ze względu na styl, skojarzyłam ją z Iwoną Chmielewską. Okazało się jednak, że pani Joanna zilustrowała uroczą pozycję Książę w cukierni autorstwa Marka Bieńczyka — i stąd ją znam, mimo że ma na koncie wiele innych tytułów (jako ilustratorka, ale również autorka tekstów). Pan Nikt wpadł w moje ręce zupełnym przypadkiem. Co kiedyś było u mnie piękną normą, teraz stało się czymś przygodnym i niecodziennym — wyszukiwanie wyjątkowych picturebooków, trafiających swoi przekazem oraz formą głównie do dorosłych. Cieszę się jednak, że wróciłam na moment do korzeni... Przestrzeni tekstu. Tak bowiem postrzegam moje zderzenia z picturebookami, które chwytają za serce. Pan Nikt spełnia tę rolę wzorowo. Wzrusza, uwrażliwia. Ujmuje zarówno mądrym przekazem, jak i niesamowitymi ilustracjami.

Pan Nikt. Przypomniał mi na chwilę "małego szarego człowieka" z wiersza Andrzeja Bursy pt. Uwaga dramat!. Pan Nikt z dzieła Joanny Concejo to starszy człowiek, sąsiad, na którego nie zawraca się uwagi. Robi na co dzień zupełnie przyziemne, rutynowe rzeczy. Staruszek, który ceruje skarpetki i zbyt długo wygląda przez okno. Nikt go nie lubi, ale też nikt nie zauważa. Podlewa kwiaty i zmywa naczynia. Nudny, cichy, niewidzialny. I nagle okazuje się, że ten człowiek skrywa niesamowitą tajemnicę. A ta tajemnica... ach! Zapiera dech w piersiach! Choć tak naprawdę nie ma znaczenia, czym ona jest.


O tym, że każdy z nas chowa w sobie wszechświaty, o których nikt inny może nie mieć pojęcia. O tym, że może warto dostrzegać tych niepozornych i przeciętnych, albo... nie ujmować wartości zupełnie zwyczajnej, może na pozór nudnej osobie. Przepiękna historia stworzona przez Joannę Concejo wciąż we mnie rezonuje. Przekaz wydaje się być tu podwójnie silny, bo poza konkretnym tekstem, ilustracje z książki są niesamowicie wymowne. Te detale: zdjęcia klasowe, rośliny, zaplątana czerwona nić, wielki... karczoch. Nic tu nie jest przypadkowe, choć stylistyka picturebooka jest raczej stonowana i jakoś szczególnie nie przyciąga wzroku; podobnie jak Pan Nikt — uwagi. A jednak naprawdę warto ją jej poświęcić, bo kiedy bliżej przyjrzymy się ilustracjom, to odkryjemy ich niepowtarzalną głębię. Dzięki temu tytułowi przypomniałam sobie, czego tak naprawdę szukałam kiedyś w picturebookach. Jestem zachwycona, wzruszona i... wdzięczna. Wspaniała książka.







***
Concejo Joanna, Pan Nikt
,
Wydawnictwo Format, Wrocław 2022, s. 56.
22:08 No comments

"Nas zafascynowały ruiny:
rozsypujące się domostwa, upadłe fabryki,
zrujnowane farmy."


Opuszczone domki pośrodku niczego, a w nich majaczące w mroku kształty pozostawionych sprzętów, ślady dawnej obecności. "W tym kraju nie ma chyba rzeczy, której nie można przekuć w zachwyt". Czytając Szepty kamieni Bereniki  Lenard i Piotra Mikołajczaka, czułam tę islandzką pustkę, majestat natury, tajemniczość i surowość samotnych przestrzeni. Pojawiały mi się w głowie skute lodem krajobrazy, rysowały gejzery i zorze polarne. Niezwykle literacki styl autorów sprawił, że momentami odnosiłam wrażenie, jakbym sama była tam już niejeden raz, a także — jak bliska jest mi ta opuszczona strona Islandii. I choć Szepty miały być głównie opisem podróży po tych porzuconych, wymarłych miejscach, to stały się czymś znacznie więcej. Reportażem z życia na tej zjawiskowej, choć wiele wymagającej wyspie, pewną osobistą recepcją. Mimo że autorzy nie dzielą się szczegółami własnej islandzkiej historii, to tak jakby ją opisywali samą tą podróżą, głosami ludzi stamtąd, olbrzymim respektem wobec islandzkiej... magicznej rzeczywistości.

Wiara w trolle, w moc dawnych zaklęć, ziół i magicznych runów. "Mówią, że to kraina potworów i czarnoksiężników". Na Islandii folklor jest wciąż żywy. Połączenie go z tajemniczością natury, zamiłowaniem Islandczyków do snucia długich opowieści, czy poczuciem odosobnienia tworzy mieszankę, którą można się zachłysnąć. Nic dziwnego, że Islandia nie tylko przyciąga turystów swoją niezwykłą aurą, ale również potrafi namieszać im w głowach przedziwnym poczuciem niezwykłości oraz wolności. Autorzy Szeptów piszą, jakoby wyspa wyzwalała coś w przyjezdnych, prowokując zachowania, których nie dopuściliby się w żadnym innym miejscu. Przy tym Islandia dobrze wie, jak "się sprzedać", stąd nieustannie kwitnąca branża turystyczna. Co ciekawe, również eksplorowanie opuszczonych budynków to duża część islandzkiej turystyki. Niestety wraz z otwarciem na zwiedzających rośnie... skąpstwo miejscowych, choć może być ono głównie pokłosiem kryzysu finansowego. Temat turystyki (jak i inne praktyczne ciekawostki) nie zajmuje dużo miejsca w Szeptach kamieni. Więcej w nich o starej przetwórni śledzi w Djúpavíku, skutkach wybuchu wulkanu Eldfell na wyspie Heimaey ("kataklizmy na Islandii są wpisane w życie"), czy ogólnie... o islandzkiej magii.


"Na Islandii bardzo łatwo się zatracić", podobnie jak w Szeptach kamieni. Historiach z opuszczonej Islandii. Tę książkę planowałam przeczytać jakiś czas temu, jeszcze na fali marzeń o podróży na tę niezwykłą wyspę. I choć moje aspiracje już raczej wyblakły, to naprawdę zachwycił mnie sposób postrzegania Islandii ujęty przez autorów bloga IceStory. Cóż, może kiedyś wrócę do dawnych marzeń, tymczasem cieszę się, że tak dobrze trafiłam z pierwszą przeczytaną w tym roku książką.

***
Lenard Berenika, Mikołajczak Piotr, Szepty kamieni. Historie z opuszczonej Islandii
,
Wydawnictwo Otwarte, Kraków 2017, s. 245.

10:30 No comments
"Im więcej czasu spędza się na lodzie,
tym bardziej obsesyjnie myśli się o tym,
co jest pod spodem. I czy stamtąd też słychać
wycie psów."

Cztery lata. Naprawdę właśnie tyle czekałam z przeczytaniem Ludu. Głównie dlatego, żeby zawsze mieć jeszcze "przed sobą" jakąś książkę Wiśniewskiej. I chyba trochę ze strachu, że nie sprosta oczekiwaniom. Po Białym, po Hen została mi wtedy tylko ona, niewielka objętościowo książeczka, którą mogłabym przeczytać do tej pory w sumie ze sto razy. Aż w końcu przyszedł Migot, zima i odpowiedni czas, żeby sięgnąć po Lud. Z grenlandzkiej wyspy, ponownie zanurzając się w głąb surowej Północy, w te przeszywające na wskroś magiczne opowieści, które potrafi snuć chyba tylko Wiśniewska. To zupełnie inny, niezwykle misterny, dojrzały i niewiarygodnie piękny rodzaj reportażu. Dociera głębiej, jakby chciał wejść aż pod sam lód, wniknąć gdzieś pomiędzy grenlandzko-duńskie rozmowy, pomiędzy ciszę, pokazać coś więcej niż widać na pierwszy rzut oka. "Dobre zdjęcia to zmarznięte dłonie", dobry reportaż to relacja z samego wnętrza, z pełni obecności. I czuje się tę obecność, zaangażowanie, uwagę. Iwona Wiśniewska nie pojechała na Grenlandię ot tak. W 2017 roku postanowiła pracować tam jako wolontariuszka w domu dziecka w Uummannaq, niewielkiej wyspie w zachodniej Grenlandii. Nie umiem tej nazwy zapisać z pamięci, a co dopiero wymówić. Wiem jednak, że Uummat to po grenlandzku serce. Wszystko się zgadza.

"Zamiast rozmowy toczą się między nami tumany śniegu". Nieme rozmowy z podopiecznymi, wychodzenie na lód, wypędzanie koszmarów muzyką (ach, ile muzyki jest na tej, zdawać by się mogło — odludnej wyspie). Psie zaprzęgi, kaffemiki (przyjęcia z dowolnej okazji), tragiczne historie wysiedleń,  marzenia o niepodległości Grenlandii, wyjazdy i powroty. I śmiech ("Śmiech to tutaj naturalna reakcja na drugiego człowieka"). "— Jaki jest świat po grenlandzku? Prostszy". A obok tego duża liczba samobójstw (zwłaszcza wśród młodych), problem z alkoholem, haszyszem. Autorka z dużą wyrozumiałością i czułością przedstawia świat zupełnie niepozornych ludzi. Przeplata rozmaite historie z Uummannaq, przemycając niekiedy również własne odczucia.

Lud. Z grenlandzkiej wyspy
to wspaniały obraz grenlandzkiej rzeczywistości, nawet jeśli stanowi zaledwie jej fragment. Cofam to, o czym napisałam na początku — ani trochę nie obawiałam się, że zawieść może sposób pisania Wiśniewskiej. Ponownie czuję się oczarowana, choć czasem dopadało mnie pewne skołowanie natłokiem wrażeń i opowieści. Dlatego czytałam niespiesznie, bo właśnie tak warto czytać takie książki. A ja chcę trafiać wyłącznie na takie reportaże.

***

Wiśniewska Ilona, Lud. Z grenlandzkiej wyspy
,
Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2018, s. 232.
09:13 No comments
"Ćwir, ćwir —
śpiewam jak ptak."


Zaraz, zaraz. Czy to możliwe? Książka z wielką dziurą w środku? Czy nie wygryzł jej jakiś głodny potwór? A może ktoś zrobił nam psikusa! Musielibyście zobaczyć reakcję mojego dziecka. Jego zdziwiona mina i pytanie: "a gdzie jest reszta tej książki?" to już pierwsze zalety nowej propozycji dla dzieci autorstwa Wioli Wołoszyn, z ilustracjami Przemka Liputa. Do tego dochodzą znani bohaterowie — Jano i Wito. A ten otwór... Cóż, otwór robi ogromne wrażenie. Można w niego włożyć głowę i udawać, że siedzi się w paszczy lwa albo w środku... wkrętarki (żżżżzi dżżżżżyyyt), naśladując równocześnie ich głosy i odgłosy. Odważny, przyciągający uwagę pomysł, wartościowa treść, zabawa i nauka wymowy. Trudno przejść obojętnie obok takiej książki — szczególnie, gdy ma się w domu rozgadanego Malca.

Świerszcz (cyk, cyk), pociąg (czu, czu), a nawet kupa (feee i fuuu). Będziecie gęgać jak gęś, ryczeć jak osioł, miauczeć, piszczeć, czy odpalać silnik motocykla (rrrr). Nie ma tu miejsca na ciszę, nudę, czy zniechęcenie. Wszystkiemu zaś towarzyszą bohaterowie znani z innych książeczek z serii Jano i Wito.

Jano i Wito. Dźwiękotwór to nie tylko doskonały pomysł na zabawę z dzieckiem, ale również bardzo solidne logopedyczne narzędzie. Przy każdej z głosek autorka dodała cenne wskazówki jak podczas wymawiania powinno się układać usta, czy język. Muszę przyznać, że sama niejednokrotnie byłam zaskoczona dokładnością opisów. To bardzo przydatna, zachęcająca do aktywności, szalona książka, która już samym swoim wyglądem wywołuje duży uśmiech.



***
Wołoszyn Wiola, Jano i Wito. Dźwiękotwór, il. Przemek Liput, Wydawnictwo Mamania, Warszawa 2022, s. 64.


Za możliwość nauki i zabawy z tą szaloną książką
dziękujemy wydawnictwu:
https://mamania.pl/

15:15 No comments

"Fińskie maluchy, napędzane owsianką na wodzie,
żytnim chlebem i zimnym mlekiem, zadowolone
taplają się w fińskim deszczu, błocie, mokrym śniegu
i innych darach fińskiej natury."

Kraj bagien, tysięcy jezior, zachwycających zórz polarnych, kawy, sisu (w żadnym wypadku nie będącym odpowiednikiem słynnego duńskiego hygge, czy norweskiego koseling), saun oraz... mleka, które pija się tam niemal do każdego posiłku. Mi Finlandia kojarzy się jeszcze z niestandardowym systemem edukacji, Świętym Mikołajem i z Muminkami. Zanim nie przeczytałam książki Aleksandry Michta-Juntunen, na tym kończyła się moja wiedza, i przyznam szczerze, że nadal nie czuję się znawcą tematu. Miałam już do czynienia z jednym tytułem z serii podróżniczej wydawnictwa Poznańskiego (mowa o Szczęśliwy jak łosoś Anny Kurek) i wciąż nie opuszcza mnie przeczucie, że nie powinnam oczekiwać wiele od formy tych wydań. Liczyłam zatem na dość stereotypową, choć lekką i przyjemną w odbiorze, kipiącą od ciekawostek literaturę faktu, poszerzającą wiedzę o kolejnym kraju Północy. Dostałam dokładnie to, czego się spodziewałam, jednak zanim to do mnie dotarło, zdążyłam zirytować się na chaotyczną formę i często potoczny, słaby literacko język. Mimo tych mankamentów, książkę czytało mi się całkiem dobrze i bardzo szybko.

O krajobrazie, pogodzie, o ciemnych miesiącach, z którymi Finowie radzą sobie w niezwykły sposób, wynajdując coraz to nowe zajęcia. O ich powściągliwości, małomówności, ale i upodobaniu do świętowania (przyjęcia rakowe, fiński karnawał). W Finlandii trudno o miejsca pracy dla przyjezdnych, chyba że mogą wykazać się dobrą znajomością języka fińskiego. Kiedy jednak już Finlandia przyjmie ich w swoje ramiona, może zaproponować szereg udogodnień — ogólnie pojęty dobrobyt (nic dziwnego, że Finowie uznawani są za najszczęśliwszych ludzi na świecie), znakomite fińskie produkty, najlepszy ogólnodostępny system edukacji (już od przedszkola), sprawny recykling, bezpieczeństwo i zaufanie do władz, liczne stowarzyszenia oraz pracę w czynie społecznym, ciekawą kuchnię (chleb z dodatkiem zmielonych świerszczy domowych), wiarę w skrzaty i trolle, nietypowe sporty (bagienna piłka nożna, rzut gumowcem), liczne sauny, które są nieodłącznym elementem życia Finów, a nawet... darmowe wiadra (to nie żart, choć nadal nie znam ich przeznaczenia). Mnie zachwyciły wysoki poziom czytelnictwa, równy dostęp do natury (np. możliwość korzystania z leśnych domków), szczególna "fińska cisza" (unikanie mówienia dla samego mówienia), filozofia sisu, sposób edukacji, a także ogromnie popularne w Finlandii pudełka dla noworodków, w których to pudełkach przyszła mama może znaleźć 50 produktów przydatnych po porodzie (nawet łóżeczko! — nie będę wspominać, jak jest z tym w Polsce).

Aleksandra Michta-Juntunen bardzo entuzjastycznie dzieli się własnym doświadczeniem (od dawna mieszka w Finlandii), jednak chcąc przekazać czytelnikom jak najwięcej, wprowadza duży chaos, nie unika nużących powtórzeń, a także (o zgrozo!) zupełnie nie wnoszących nic akapitów. Brakowało mi jakiegoś jasnego, przemyślanego podziału tematów (ten podział jest, ale trochę niezorganizowany). Nieszczególnie interesowała mnie za to (i myślę, że w takiej książce była zupełnie zbędna) odmiana przez przypadki niektórych fińskich słów, czy opisywanie ich znaczenia. Z kolei dobrze oceniam umieszczenie na końcu książki fińskich przepisów kulinarnych. Czas z książką pani Aleksandry zdecydowanie nie był zmarnowany, a niektóre zagadnienia bardzo mnie zainteresowały. Myślę, że Finlandia. Sisu, sauna i Salmiakki to świetny wybór na pierwsze zderzenie z tym pięknym krajem. 

***
Michta-Juntunen Aleksandra, Finlandia. Sisu, sauna i Salmiakki
,
Wydawnictwo Poznańskie, Poznań 2019, s. 313.

19:43 No comments

"Mimo że wyglądali jak duchy,
kiedy się prostowali, ich kości trzeszczały głośno
niczym łamiące się gałęzie drzew."


Ogromnie tęskniłam za opowieściami ze Strachocin. W dwóch pierwszych częściach poznaliśmy czwórkę młodych bohaterów, którzy przeżywają ekscytujące przygody, odkrywając przy tym sekrety swojego miasteczka. Mrożące krew w żyłach zwroty akcji, straszliwe zjawy i potwory (wciąż mam przed oczami Straszydlaka), a przy tym wielka siła dziecięcej przyjaźni. Nie wiem, czy Widmowi motocykliści będą ostatnią częścią cyklu, jednak cieszę się, że mogłam (a kiedyś może zrobi to również mój syn) wraz z Ulą, Damianem, Patrykiem i Antkiem wkroczyć na ścieżkę kolejnej straszliwej tajemnicy. Ale teraz już milknę, bo... z oddali słychać chyba warkot motocyklowego silnika, w powietrzu unosi się smród spalin, a jakieś świdrujące żółte oczy wypatrują mnie spomiędzy stron. Czy tylko mi się wydaje, czy... po drugim oku tego widziadła chodzi pająk?

Strachociny. Wciąż trwa lato, a dla miejscowych dzieciaków — upragnione wakacje, podczas których zdążyli się już nieźle... wystraszyć. Ale to inna historia. Teraz Damian poleruje w spokoju jeden ze starych motocykli w warsztacie swojego taty. Ach, jak wspaniale byłoby wsiąść na taką pędzącą maszynę i pognać w siną dal! Nagle ciszę letniego popołudnia zakłócają jakieś huki i warkoty, jakby tuż przed warsztatem miała rozpętać się prawdziwa burza. Oczom Damiana ukazuje się zgraja upiornych motocyklistów i chłopak już wie, że to wróży nowe kłopoty. Liczy, że rozwiązanie zagadki widmowych jeźdźców znajdzie u Uli, która nawet w wakacje często przesiaduje w bibliotece, grzebiąc w co ciekawszych tytułach. Wkrótce również Patryk i Antek — aby pomóc przerażonemu koledze, zostaną wciągnięci w potworne wydarzenia.

Wspomnienie lata. Wszystkie trzy książki z serii Strachociny autorstwa Dominika Łuszczyńskiego są dla mnie jak wspomnienie dawnych wakacji, kiedy sama byłam dzieckiem i wiele bym dała za podobne niewiarygodne przygody — tylko zdecydowanie mniej straszne i mniej niebezpieczneツ To, co dzieje się w Widmowych motocyklistach jest po części oczywiście fikcją, jednak myślę, że dzieciom powinna spodobać się zarówno ta tajemnicza, horrorowa otoczka, jak i same relacje między młodymi bohaterami. Książka uczy odwagi, poświęcenia dla innych, koleżeńskości. Przy tym jest bardzo emocjonująca i chyba najbardziej... chłopięca ze wszystkich części Strachocin. Zaskakujące zakończenie to wisienka na torcie, chociaż każdy rozdział kończy się tak, by czytelnik poczuł przyjemny dreszczyk strachu oraz nieodpartą chęć dalszej lektury.

Warto podkreślić, że to literatura w ujmująco starym, oldschoolowym stylu (te urocze sformułowania typu: "jasny gwint!"). Gdzie nie używa się na każdym kroku smartfonów, a informacji szuka w bibliotece. Myliłam się z tą wisienką na torcie — jest jeszcze jedna! Prześwietne, zadziorne ilustracje Tomasza Kaczkowskiego znakomicie oddają klimat całej serii. Już same okładki książek przyciągają wzrok i powinny skusić każdego młodego miłośnika opowieści z dreszczykiem.


***
Łuszczyński Dominik, Strachociny. Widmowi motocykliści, il. Tomasz Kaczkowski, Wydawnictwo Mamania, Warszawa 2022, s. 144.
12:09 No comments

"Właśnie wtedy, jednej z kolejnych nocy
spędzanych w Nicości, poznał osobę,
która stała się jego wspólnikiem na drodze
do poznania tajemnic świata."

"Jeżeli światłość była cudem stworzenia (...) Czymże jest ciemność, jako nie jej domem?" Przecieram oczy i zbieram myśli. Już teraz jestem pewna, że nie napiszę o Ogrodzie tego, co powinnam. Nie oddam należycie jego kunsztu, misterności, nie opiszę odpowiednio zdumienia i dreszczy, które pojawiły się, kiedy czytałam ostatnie strony. Ogród konających dusz to lektura naprawdę niezwykła, szczególnie zważywszy na czasy, w jakich powstała. To współczesna powieść grozy, utrzymana jednak w stylu gotyckiego horroru i opowieści niesamowitych, przywodząca na myśl dzieła takich klasyków jak Edgar Allan Poe, czy Algernon Blackwood. Literatura, w którą trzeba wsiąknąć, zgrać się z jej rytmem, może nawet... przyzwyczaić do specyficznego, nieco starodawnego stylu (w końcu rzecz dzieje się na przełomie XIX i XX wieku). Wtedy roztoczy przed Wami wszystkie swoje walory. Wyjątkowo niepokojąca, smutna, tragiczna, ale i na swój sposób piękna historia szaleńczego dążenia do realizacji marzeń, do przekroczenia granic poznania, odkrycia tajemnicy śmierci, ale i do znalezienia kogoś, kto podzieli mroczne pasje, stając się towarzyszem ziemskiej podróży. Zachwyca, przestrasza, czaruje barwnymi opisami, ale i angażuje czytelnika do samodzielnego sprawdzania szczegółów, bowiem wiele z miejsc i dzieł, o których wspomina Autor nie są czystą fikcją (na przykład paryskie kluby Cabaret du Néant oraz Cabaret l’Enfer rzeczywiście istniały), nawet jeśli wydają się wytworem pisarskiej wyobraźni.


Jest rok 1903. Marold Zinzendorf, młody Austriak żywo zainteresowany tematyką funeralną i tanatologiczną, spotyka na swojej drodze równego sobie towarzysza nocnych rozmów na tematy, które innym mogłyby wydawać się zbyt makabryczne. Ów pasjonat, starszy od niego Anglik — Mordecai Hext, pewnego wieczoru proponuje Maroldowi uczestnictwo w tajemniczym eksperymencie, który mógłby rozwiać ich wątpliwości co do przekraczania granic świata fizycznego. Kilka lat wcześniej podczas wielkiej wystawy światowej Exposition Universelle berliński architekt Karsten Walkenhorst postanawia pomóc spotkanemu tam ekscentrycznemu naukowcowi przy doskonaleniu jego wynalazku — pewnej intrygującej maszyny o zupełnie niejasnym dla Karstena celu działania.

Niepowtarzalny klimat nocnych spotkań, stary antykwariat z urojeń sennych, angielskie domostwo spowite mrokiem. Zatrważające malarstwo i niepokojąca poezja, świdrujący kolor absyntu, groza maszyny, której wynalazca najpewniej postradał zmysły. Do przesyconej przestrachem i niepewnością atmosfery oraz kwiecistych opisów dochodzą charyzmatyczni bohaterowie, ich lęki, pragnienia, tragedie, jakie skrywają. Ogród konających dusz to dzieło godne mistrzów gatunku i aż trudno uwierzyć, że wyszło spod pióra współczesnego polskiego pisarza. Dominik Łuszczyński już w zbiorze opowiadań Chorały z pogranicza czasu pokazał, że nieobce są mu podobne formy, filozoficzne wynurzenia, barwna sceneria opowieści. Z kolei zakończenie Ogrodu pozostawiło mnie w zupełnym zachwycie, ale i rozdarciu (cóż, zakończenie, moim skromnym zdaniem, to mistrzostwo świata!). Nie żartowałam, pisząc, że przeszły mnie dreszcze. Straszne, poruszające, dające do myślenia. W tych czasach to naprawdę unikalna literatura.

***
Łuszczyński Dominik, Ogród konających dusz, Wydawnictwo Dom Hororu, Wrocław 2021, s. 369.

17:32 No comments

"sprzeda cię,
wywiezie do konga makonga,
niewolnicą będziesz."


Oman. Państwo, które od momentu objęcia władzy przez sułtana Kabusa Ibn Sa’ida w 1970 roku, z biegiem lat stawało się jednym z najbogatszych i najstabilniejszych państw arabskich. Zapiera dech przepięknymi krajobrazami. Luksusowe hotele, markowe sklepy, a do tego darmowa opieka medyczna i dostęp do edukacji. W porównaniu do innych krajów arabskich prawo Omanu jest mniej restrykcyjne dla kobiet. Mogą pracować w wybranym zawodzie, zrobić prawo jazdy. Czasem nawet wyjść za mąż z miłości. Chociaż... z miłości to się nie opłaca.

O Bożenie, która poznała swojego Omańczyka jeszcze w Polsce, w czasach PRL. Szczęśliwa historia, jakich może niewiele. O białych weselach, na których kobiety i mężczyźni bawią się oddzielnie. O targach kóz i o tym, jak Nuria po śmierci męża postanowiła poradzić sobie bez mężczyzny. O hennie na dłoniach (i nie tylko). O swojego rodzaju posagach (mahr) i kontraktach małżeńskich, na których ustala się między innymi cenę za urodzenie dzieci. O ginekolożce, która zszywa błony dziewicze, ale i kobiety po nocach poślubnych. O drugich żonach i poznawaniu się na Tinderze. Handlu nieletnimi dziewczynkami z Indii, rodzeniu dzieci, nianiach.

Historie spisane przez Agatę Romaniuk są szokujące, choć autorka nadała im stosownej lekkości. Czyta się je jednym tchem. Wyłania się z nich domyślny obraz życia współczesnej kobiety w Omanie. Kobiety sprzedawanej, porzucanej, ale i tej częstującej halvą, obwieszonej błyskotkami, na tyle odważnej, by domagać się rozwodu od znęcającego się nad nią męża. Autorka z dużą dozą empatii i reporterskiej ciekawości wnika do tego obcego dla nas świata, dzieląc się nawet osobistymi przeżyciami. Bardzo podoba mi się styl jej pisania, podoba niezwykle trafny tytuł samej książki, a treść jest na tyle ciekawa, że pozostawia przyjemny niedosyt. Poczytałabym więcej tych relacji z Omanu.

***
Romaniuk Agata, Z miłości? To współczuję. Opowieści z Omanu, Wydawnictwo Poznańskie, Poznań 2019, s. 242.

09:48 No comments
Older Posts

Od autorki

About Me

Witaj na stronie Przestrzeni
i rozgość się.
Znajdziesz tu literaturę historyczno-podróżniczą, reportaże, klasykę grozy, tajemnicze powieści.
Często wracam również do książek dla dzieci, dobrego sci-fi, czy Stephena Kinga.

KSIĄŻKA NA DZIŚ

Martwa strefa | Stephen King

2026 Reading Challenge

2026 Reading Challenge
Przestrzenie has read 0 books toward her goal of 30 books.
hide
0 of 30 (0%)
view books

RODZAJ

  • literatura amerykańska (71)
  • literatura angielska (47)
  • literatura australijska (2)
  • literatura francuska (3)
  • literatura hiszpańska (2)
  • literatura irlandzka (5)
  • literatura koreańska (1)
  • literatura niemiecka (8)
  • literatura norweska (7)
  • literatura polska (69)
  • literatura portugalska (2)
  • literatura szwedzka (14)
  • literatura słowacka (5)

Autor

  • Abbott Rachel (4)
  • Bradbury Ray (1)
  • Christie Agatha (1)
  • Clarke Arthur C. (1)
  • Dick Philip K. (2)
  • Forster Edward Morgan (1)
  • Gaiman Neil (1)
  • Greene Graham (2)
  • Herbert Frank (1)
  • Hesse Hermann (1)
  • Hill Susan (1)
  • Jackson Shirley (2)
  • Jacobsen Roy (3)
  • Jansson Tove (2)
  • Karika Jozef (4)
  • King Stephen (7)
  • Lem Stanisław (2)
  • Link Charlotte (2)
  • Paris B. A. (3)
  • Puzyńska Katarzyna (5)
  • Sapkowski Andrzej (2)
  • Stone Tom B. (2)
  • Theroux Paul (2)
  • Urbanowicz Artur (1)
  • Ware Ruth (2)
  • Wiśniewska Ilona (3)
  • du Maurier Daphne (2)
  • Łuszczyński Dominik (8)

Ilustrator

  • Aisato Lisa
  • Chmielewska Iwona
  • Dziubak Emilia
  • Jeram Anita
  • Klassen Jon
  • Martin Emily W.
  • Rutten Mélanie

Wydawnictwo

Akapit Press Albatros Amber Bum Projekt C&T Czarne Czuczu Czwarta Strona Dowody na Istnienie Dwie Siostry Dwukropek Egmont EneDueRabe Ezop Feeria Filia Format Gereon Grupa Wydawnicza Foksal Harper Collins Książkowe Klimaty Kultura Gniewu MAG Mamania Marginesy Media Rodzina Nasza Księgarnia Novae Res Otwarte Pascal Planeta Czytelnika Prószyński i s-ka Rebis Replika Sonia Draga Supernowa Słowne TADAM Tako Tekturka Vesper Videograf W.A.B. Wielka Litera Wilga Wydawnictwo AA Wydawnictwo Dolnośląskie Wydawnictwo Kropka Wydawnictwo Literackie Wydawnictwo Poznańskie Wydawnictwo Warstwy Wytwórnia Zakamarki Zielona Sowa Znak Zysk i S-ka audioteka Świat Książki

Zaglądam do:

  • Qbuś pożera książki
    Proste koszmary egzystencjalne, czyli „Jesteśmy snem” Ursuli K. Le Guin
  • unSerious
    Smoczy ogień Romuald Pawlak
  • made by bibi
    Ale drzewa!
  • Przeczytałam książkę
    "Jak nie zabiłem swojego ojca i jak bardzo tego żałuję" Mateusz Pakuła
  • K-czyta | Blog książkowy
    Josh Malerman - Malorie
  • To przeczytałam
    Charlotte Brontë - Jane Eyre (retold by Florence Bell)
  • Koczowniczka o książkach
    „A na boisku pusto” Paweł Pollak
  • Dosiakowe Królestwo
    Im mroczniej, tym lepiej - Stephen King
  • Jeden akapit
    Dwie książki o szkockim folklorze (Folklore of the Scottish Highlands, The Anthology of Scottish Folk Tales)
  • ex libris Marty - blog o czytaniu, głaskaniu, wąchaniu oraz tuleniu książek i komiksów
    W ciemność - Anna Bolavá (recenzja)
  • Świat fantasy
    Zapowiedzi lipiec 2026
  • Książki na plaży
    Lista najlepszych książek pierwszego półrocza 2026 roku.
  • Books Far From The Crowd
    Jak nie przeczytałam stu książek w rok
  • Spacer wśród słów
    Sosuke Natsukawa "O kocie, który ratował bibliotekę" - recenzja
  • Literackie skarby świata całego
    Moja walka. Skarbowa opowieść o roku 2025 [podsumowanie]
  • Varia czyta
    Karuzela z Mordercami - Alex Rogoziński
  • Wokół Faktu
    5 książek na Dzień Mamy idealnych na prezent. Te nowości wywołają uśmiech na twarzy mamy
  • Klasyka literatury popularnej
    Duchy nocy wigilijnej.
  • Czytam to i owo...
    PIKNIKI Z KLASYKĄ: O "Oliverze Twiście" rozmawiamy w 208. rocznicę urodzin Charlesa Dickensa
Pokaż 5 Pokaż wszystko

Wszystkie treści zamieszczane na tym blogu (zarówno teksty, jak i fotografie) są mojego autorstwa i są chronione prawem autorskim [Dz.U.1994 nr24 poz.83, Ustawa: 4.02.1994 r. o prawie autorskim i prawach pokrewnych].

Wizyty

© Przestrzenie tekstu 2026

Created with by ThemeXpose