facebook instagram Goodreads
Obsługiwane przez usługę Blogger.
  • Spis treści
  • Jeśli szukasz...
    • Przestrzeni faktu
      • kryminalistyka
        • Antropologia sądowa
        • Reportaż kryminalny
      • literatura faktu
      • Podróżnicze
      • Reportaż
      • Wyprawy & odkrycia
    • Przestrzeni grozy
      • Horror
      • Thriller
      • kryminał
    • Przestrzeni dla dzieci
      • Albo młodzieży
    • FANTASTYKI
      • Literatura fantasy
      • sci-fi
    • Klasyki
    • ♦ Magii na Przestrzeniach ♦
    • Pięknego wydania...
      • Komiksy
      • Picturebooki nie tylko dla dzieci
    • Wyjątkowej prozy
  • Na dokładkę
    • Audiobooki
    • * Mój dawny blog *
    • Starocie na Przestrzeniach
    • Wyzwania czytelnicze
      • Archiwalne
  • Serie
    • Dla dzieci i młodzieży
      • Strachociny
      • Szkoła przy cmentarzu
      • Wakacje z Koszmarkiem
    • Reporterskie / podróżnicze
      • Amerykańska
      • Orient Express
      • Reportaż Czarnego
      • Seria podróżnicza Wyd. Poznańskiego
      • Seria reporterska Wyd. Poznańskiego
    • Seria Dzieł Pisarzy Skandynawskich
    • Serie sci-fi i fantasy
      • Wehikuł czasu
      • Wiedźmin
  • O mnie
  • Kontakt

Przestrzenie tekstu

"Im więcej czasu spędza się na lodzie,
tym bardziej obsesyjnie myśli się o tym,
co jest pod spodem. I czy stamtąd też słychać
wycie psów."

Cztery lata. Naprawdę właśnie tyle czekałam z przeczytaniem Ludu. Głównie dlatego, żeby zawsze mieć jeszcze "przed sobą" jakąś książkę Wiśniewskiej. I chyba trochę ze strachu, że nie sprosta oczekiwaniom. Po Białym, po Hen została mi wtedy tylko ona, niewielka objętościowo książeczka, którą mogłabym przeczytać do tej pory w sumie ze sto razy. Aż w końcu przyszedł Migot, zima i odpowiedni czas, żeby sięgnąć po Lud. Z grenlandzkiej wyspy, ponownie zanurzając się w głąb surowej Północy, w te przeszywające na wskroś magiczne opowieści, które potrafi snuć chyba tylko Wiśniewska. To zupełnie inny, niezwykle misterny, dojrzały i niewiarygodnie piękny rodzaj reportażu. Dociera głębiej, jakby chciał wejść aż pod sam lód, wniknąć gdzieś pomiędzy grenlandzko-duńskie rozmowy, pomiędzy ciszę, pokazać coś więcej niż widać na pierwszy rzut oka. "Dobre zdjęcia to zmarznięte dłonie", dobry reportaż to relacja z samego wnętrza, z pełni obecności. I czuje się tę obecność, zaangażowanie, uwagę. Iwona Wiśniewska nie pojechała na Grenlandię ot tak. W 2017 roku postanowiła pracować tam jako wolontariuszka w domu dziecka w Uummannaq, niewielkiej wyspie w zachodniej Grenlandii. Nie umiem tej nazwy zapisać z pamięci, a co dopiero wymówić. Wiem jednak, że Uummat to po grenlandzku serce. Wszystko się zgadza.

"Zamiast rozmowy toczą się między nami tumany śniegu". Nieme rozmowy z podopiecznymi, wychodzenie na lód, wypędzanie koszmarów muzyką (ach, ile muzyki jest na tej, zdawać by się mogło — odludnej wyspie). Psie zaprzęgi, kaffemiki (przyjęcia z dowolnej okazji), tragiczne historie wysiedleń,  marzenia o niepodległości Grenlandii, wyjazdy i powroty. I śmiech ("Śmiech to tutaj naturalna reakcja na drugiego człowieka"). "— Jaki jest świat po grenlandzku? Prostszy". A obok tego duża liczba samobójstw (zwłaszcza wśród młodych), problem z alkoholem, haszyszem. Autorka z dużą wyrozumiałością i czułością przedstawia świat zupełnie niepozornych ludzi. Przeplata rozmaite historie z Uummannaq, przemycając niekiedy również własne odczucia.

Lud. Z grenlandzkiej wyspy
to wspaniały obraz grenlandzkiej rzeczywistości, nawet jeśli stanowi zaledwie jej fragment. Cofam to, o czym napisałam na początku — ani trochę nie obawiałam się, że zawieść może sposób pisania Wiśniewskiej. Ponownie czuję się oczarowana, choć czasem dopadało mnie pewne skołowanie natłokiem wrażeń i opowieści. Dlatego czytałam niespiesznie, bo właśnie tak warto czytać takie książki. A ja chcę trafiać wyłącznie na takie reportaże.

***

Wiśniewska Ilona, Lud. Z grenlandzkiej wyspy
,
Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2018, s. 232.
09:13 No comments

"Ludzkie zoo XX wieku mieści się
na małej wysepce w pobliżu Krety.
Mieszkają tu istoty o twarzach pokrytych naroślami,
zgniłych, zdeformowanych..."


"A my zostaniemy tu i podpalimy wyspę, by spłonąć na niej żywcem". Nawet teraz przechodzą mnie dreszcze. Nie wiem, od czego zacząć. Chcę ostrożnie... Spinalonga. Niewielka grecka wyspa w pobliżu Krety, aktualnie cel turystycznych wycieczek. Z zabytkowymi weneckimi fortyfikacjami. Niezamieszkała. W latach 1903-1957 mieściła się na niej kolonia trędowatych. Jak pisze autorka reportażu Spinalonga. Wyspa trędowatych Małgorzata Gołota — nazwa wyspy po grecku to "długi cierń". Spinalongę da się obejść w godzinę. Można zorganizować sobie wesele "z widokiem na Spinalongę", albo nawet imprezę na samej wyspie. Niektórzy turyści pytają, czy obecnie jest jeszcze ryzyko zarażenia trądem przez dotykanie skał, albo ścian domów. A potem jedzą sałatkę w pobliskim barze. Może niektórzy patrzą ze zgrozą w głąb, myśląc sobie, jak można było przeżyć w tym miejscu pełnym schodów i skał. Jak żyli tu trędowaci? Ale ta historia nie jest anegdotą, którą przywozi się jak pamiątkę z podróży. Ta historia jest krzykiem.


"A Spinalonga gorsza jest niż śmierć". Małgorzata Gołota w oparciu o skąpą dokumentację oraz wypowiedzi ostatnich żyjących świadków przedstawia niewiarygodne, przerażające (rodem z horroru!) i przeraźliwie smutne dzieje osób dotkniętych trądem (później określanym chorobą Hansena), zesłanych w 1903 roku na grecką wyspę Spinalongę (w celu utworzenia kolonii trędowatych, została ona opuszczona przez Turków), aby tam w izolacji spędzić resztę swoich dni. W teorii owo leprozorium miało być miejscem pomocy chorym, w praktyce okazało się zwyczajną umieralnią. Brakowało leków, a do końca II wojny światowej również bandaży (chorzy sami opatrywali sobie rany przy użyciu starej bielizny), solidnej kadry lekarskiej (leprologa), jedzenia, świeżej wody, elektryczności, nie wspominając o zachowaniu podstawowych warunków sanitarnych. Wyspa była brudna, a od gnijących ciał — również cuchnąca. Zanim doktor Hansen odkrył, że trąd nie jest dziedziczny oraz zanim pojawiło się skuteczne lekarstwo, minęły lata. Ludzie umierali, a na ich miejsce zostawali przywożeni nowi. Na wyspie zawierano małżeństwa i rodzono dzieci (najczęściej zupełnie zdrowe). To właśnie one były nazywane cudownymi istotami. Jednak dzieci były odbierane rodzicom i wywożone z wyspy, aby chronić je przed trądem i przed... wstydem.

Bowiem trąd to nie tylko choroba, która mimo swojej archaiczności (jak i niekorzystnych skojarzeń biblijnych), nadal dotyka wielu ludzi na świecie. To również społeczne piętno, szczególnie w dawnych czasach. "Mówiło się, że jest zakaźny, śmiertelny, nieuleczalny". Leprozoria (to na Spinalondze oczywiście nie było jedyne) miały przede wszystkim odizolować chorych od reszty społeczeństwa, by nie narażać ogółu na widok zdeformowanych ciał. Leczenie było kwestią drugorzędną. Na szczęście i do pacjentów ze Spinalongi uśmiechnął się los. W 1957 roku mogli opuścić wyspę. Jak jednak zacząć żyć normalnie wśród tych wszystkich spojrzeń, w świecie, który wcześniej odwrócił się do nich plecami?

Małgorzata Gołota bardzo solidnie i z pełnym zaangażowaniem podeszła do tak trudnego, niekiedy i drażliwego tematu. Mimo reporterskiej powagi i dystansu, czułam jej empatię. Równocześnie w swoim reportażu przekazała kawał historii, która prawdopodobnie większości z nas jest zupełnie nieznana. Dlatego ja jestem pod ogromnym wrażeniem Spinalongi. To książka nie do zapomnienia. Przerażająca, ale i budząca nadzieję na to, że ludzie z chorobą Hansena mogą zachować swoją godność, a także odzyskać zdrowie. Na koniec podsunę Wam obrazek, który ciągle mam przed oczami. Chorzy ze Spinalongi. Ci, którzy stracili zupełnie nadzieję na normalność. Ci ze zdeformowanymi, czy utraconymi kończynami, z tak zwanymi twarzami "lwa". W którymś momencie chwytają za instrumenty i... "tańczą do znajomych melodii. Oni tańczą!". Rozbraja mnie to. Musicie przeczytać Spinalongę.

 ***
Gołota Małgorzata, Spinalonga. Wyspa trędowatych
, Wydawnictwo Agora, Warszawa 2021, s. 320.

09:54 No comments

"A takie szaraki jak ja
w kółko robią to samo.
Czyli porody, porody, porody..."

"Są kobiety z niewydolnością nerek, z niedziałającymi przeszczepami nerek, które przez całą ciążę mają dializy. Są kobiety z wadami serca (...) Prowadzimy ciąże u kobiet z nowotworami, z rakiem piersi, w trakcie chemioterapii...". Cisza. Bo w sumie w dużej mierze właśnie o tym jest to książka — o niewiarygodnym. Prozaicznym, ludzkim, ale i niesamowitym. Z tym spotykają się w swoich gabinetach (na oddziałach, na porodówkach) przeróżni ginekolodzy i położnicy. O wielkim pragnieniu urodzenia dziecka, albo potrzebie "pozbycia się problemu". O chorobach, które nie wykluczają. O intymnych stronach kobiecej natury, ale i o wydarzeniach często sprowadzanych do rangi "ciekawego przypadku".

Takimi to przykładami "przypadków" żonglują rozmówcy z reportażu-wywiadu Izy Komendołowicz. Ginekolodzy z powołania, niekiedy kontrowersyjni, ale i ci zupełnie zwyczajni, przeciętni (jak w cytacie powyżej, co to w kółko tylko przyjmują porody). Autorka pyta (niekiedy zaczepnie), oni dostają głos — często stronniczy, a jednak nakreślający obraz polskiej ginekologii teraz i w dawnych latach. Książka została podzielona tematycznie, każdy rozdział dotyczy innego problemu. I tak od ciąży oraz porodu, przez wady genetyczne dziecka, aborcję, jak i in vitro, przechodzimy do nowotworów narządów rodnych, czy ginekologii estetycznej, a nawet do dość luźnych spraw, jak wybór między ginekologiem kobietą a ginekologiem mężczyzną. Niezależnie od tematu, wagi problemu, czy rangi rozmówcy niektóre wypowiedzi specjalistów mogą szokować. Chociaż ja sama miałam wrażenie, że nie dowiaduję się niczego nowego, to zbiła mnie z nóg relacja o trzeszczących główkach abortowanych dzieci, czy o spuszczaniu ich do rury kanalizacyjnej. Albo to, co ginekolodzy znajdują czasem w drogach rodnych kobiet. Przyjemnie czytało się zaś o tych cudownych przypadkach, o pozytywnych rozwiązaniach, o tym, że są jeszcze lekarze, którym zależy na życiu i zdrowiu pacjenta.

Może Ginekolodzy nie wyczerpują tematu, ale to spora baza wiedzy, przekazanej w bardzo przystępny sposób. Wywiady czyta się szybko, co może być zasługą częstej zmiany osób odpowiadających i różnorodnością kwestii. Również mimo ciężaru poruszanych problemów, napięta atmosfera bywa rozładowywana ciekawą, niekiedy zabawną anegdotą. Jestem zdania, że takie lekkie reporterskie pozycje, obok tych, które wgniatają w fotel (przykład niedawno przeczytanych przeze mnie Białych płatków), są potrzebne, żeby nabrać dystansu i nie wyjść z lektury poturbowanym emocjonalnie, dowiadując się przy tym interesujących rzeczy. Na przykład tego, co mówił profesor Czyżykiewicz, a mianowicie, że "kobieta, która przychodzi do ginekologa, albo jest w ciąży, albo chce być w ciąży, albo nie chce w niej być, albo ma raka". Równie zabawne, co straszne, ale trochę daje do myślenia. Stąd też mój apel połączony z tym płynącym z książki — badajcie się, Dziewczyny. To bardzo ważne.

***
Komendołowicz Iza, Ginekolodzy. Tajemnice gabinetów
, Grupa Wydawnicza Foksal (W.A.B.), Warszawa 2018, s. 320, u mnie ebook.


Książkę przeczytałam w ramach
Wyzwania czytelniczego 2020/2021 na Przestrzeniach tekstu 

(kategoria: min. 5 reportaży 5/5)

19:19 No comments

"Motywem, dla którego zabiłam własne dziecko,
był strach przed dalszym życiem."

Jakie to było przykre i wstrząsające. Czytałam już wiele podobnych reportaży, ale po Białych płatkach zwyczajnie mam dość. Wystarczy. Może nie wszystkie historie poruszają tak samo, jednak niektórych chciałoby się nigdy nie poznać. Może styl Reszki nie do końca trafił w mój gust, a może to u mnie nie był najlepszy moment na taką chłodną relację z często potwornych wydarzeń. Co nadenerwowałam się, to moje. Czy żałuję lektury Białych płatków? Poniekąd tak. Wyszłam z niej poturbowana i wymęczona. Patologicznymi historiami, pewną chaotycznością wypowiedzi, ilością imion, ogromem smutku. Zła na znieczulicę i na... ludzi. Tych, którzy mogli coś zrobić, ale nie zrobili. Albo tych, którzy bali się prosić o pomoc. Przy okazji dowiedziałam się o sobie pewnej ważnej prawdy — jako matce, jeszcze trudniej mi czytać o krzywdzie, jaka spotyka dzieci. Chyba to mnie pokonało, chociaż tematów w książce Białe płatki, złoty środek. Historie rodzinne Pawła Piotra Reszki jest dużo więcej.

Od anektowania pustych lokali komunalnych, okradania staruszków metodą "na wnuczka", przez standardową (jasne, nie jest to dobre słowo) przemoc w rodzinie, problemy z alkoholem, po skrajnie patologiczny styl życia pary, która doprowadza do wygłodzenia i śmierci własnego dziecka. Wybebeszone rodzinne historie ociekają krwią. Poza rodzinnymi, są i te sąsiedzkie, bo to często właśnie sąsiedzi nie słyszą i nie widzą. Wiele osób też nie chce być usłyszanych. Straszne, straszne, straszne. A jednak coś mi tu nie zagrało. Kiedy czytałam jakiś czas temu reportaże Justyny Kopińskiej, czułam, że one naprawdę mają sens, że TA cała interwencja ma sens, że celuje w czułe miejsca i daje do myślenia. Kiedy czytałam o molestowanych dzieciach w zakonie siostry Bernadetty, byłam przerażona, ale wiedziałam, że o tym trzeba mówić. Jednak przy reportażach Pawła Reszki częściej pojawiało się zniesmaczenie, wzburzenie, ale i przytłoczenie sposobem przekazu, szybko zmieniającą się scenerią, jak i formą (ta ilość podtytułów ogromnie mnie irytowała!). Już pal licho te emocje, których też mi zabrakło. Wiadomo, że dobry reportaż często pozbawiony jest autorskich emocji (tych przekazanych wprost — sztuką jest ująć je pomiędzy wierszami), a każdy szczegół bywa na wagę złota. Dlatego podziwiam zaangażowanie, rzetelność i ogrom pracy. Dla mnie jednak tych tematów w jednej książce było trochę za dużo. Tu warto wspomnieć, że Białe płatki to zbiór publikowanych już wcześniej tekstów autora.

Myślę sobie, czy to aby nie przesyt. Tak dużo już czytałam podobnych historii. Nie obojętnieję. Nadal mnie poruszają (może nawet silniej niż kiedyś, odkąd zostałam mamą), jednak to całe zło, zagubienie, głupota, bezsilność, niesprawiedliwość... tak okrutnie polskie historie... to wszystko aż wylewa się z Białych płatków. Nie będzie to moja ulubiona reporterska pozycja, ale pewnych obrazów nie wyrzucę już z głowy (choć bardzo bym chciała). Ciężka, ale warta uwagi. Niewygodna. I bardzo ważna.

***
Reszta Paweł Piotr, Białe płatki, złoty środek. Historie rodzinne
, Wydawnictwo Agora, Warszawa 2021, s. 304, u mnie ebook.



Książkę przeczytałam w ramach
Wyzwania czytelniczego 2020/2021 na Przestrzeniach tekstu  
(kategoria: min. 5 reportaży 4/5)
21:04 No comments

"Byli u nas tydzień temu.
Byli zadowoleni."

Utøya — owszem. Chyba nie ma osoby, która nie słyszała o masakrze, jaka miała miejsce na tej norweskiej wyspie w 2011 roku. Nie mam jednak pewności, czy podobnie sprawa ma się z brytyjską wyspą Jersey, gdzie w tym samym roku doszło do niemniej przerażających wydarzeń, mimo innego wymiaru (jak choćby mniejsza liczba ofiar). Wspominam o Utøyi nie bez powodu. To o niej słyszy Damian w radiu, jeszcze zanim zabije całą swoją rodzinę i dwie inne osoby. Może wstyd się przyznać, ale nie kojarzę tragedii z Jersey, i kiedy zaczynałam czytać Głosy, nie miałam pojęcia, o czym jest ta książka. Tym bardziej moje oczy robiły się coraz większe i większe, kiedy Dionisios Sturis i Ewa Winnicka odtwarzali krok po kroku tamten feralny dzień na wyspie.

Nic nie zapowiadało tragedii.
Damian Rzeszowski wraz z żoną i dziećmi wrócili właśnie na Jersey z urlopu w Polsce i zaprosili na grilla swoich miejscowych przyjaciół. Normalna polska rodzina, która szukała na wyspie lepszego życia. Powodziło im się całkiem nieźle. Kłócili się, jak pewnie niejedno przeciętne małżeństwo. W pracy Damian był lubiany i poważany przez szefa. Co takiego wydarzyło się, że ten obrazek został naznaczony krwią?

Z reportażu dowiemy się pokrótce, jak wygląda emigranckie życie na Jersey — wyspie jawiącej się jako raj dla przyjezdnych. Szczególnie upodobali sobie to miejsce Polacy, zaczynając zwykle od zbiorów ziemniaka (te słynne Jersey Royal), a kończąc na zarobkach, które spokojnie starczyłyby na zakup mieszkania w rodzinnym kraju. Z jednej strony piękna otoczka (w tym próby zrzeszania Polonii na Jersey), z drugiej wyobcowanie, przemoc i brak realnego wsparcia dla emigrantów. Wszystko to w cieniu masakry, jaką zafundował swojej rodzinie Damian. Prześledzimy cały proces, wysłuchamy zdania ekspertów, psychiatrów, rodziny i znajomych. Czy miał ten Damian problemy psychiczne, czy może wymordował swoich bliskich (dzieci! małe dzieci!) z zimną krwią?

Reportaż, mimo skromnych rozmiarów, w pewnym momencie zaczyna dłużyć się i wlec. Postać Damiana jako zabójcy (czy nawet głowy rodziny) ciągle gdzieś umyka. Nie ma tu żadnych smaczków, ani olśnień. Głosy. Tylko te głosy w głowie mogłyby coś wyjaśnić, ale czy... wyjaśniają? Ciekawa, mrożąca krew w żyłach sprawa zostaje sprowadzona do suchych faktów i przydługiej relacji z procesu, przecinanych "ciekawostkami" z wyspy Jersey. Zabrakło mi w tym wszystkim chyba emocji, szerszego psychologicznego rysu postaci. Książkę czyta się dobrze — zwłaszcza, jeśli nie znało się szczegółów. Ale to nadal trochę za mało.

***
Sturis Dionisios, Winnicka Ewa,  Głosy. Co się zdarzyło na wyspie Jersey,
Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2019, s. 224 (u mnie ebook).


Książkę przeczytałam w ramach
Wyzwania czytelniczego 2020/2021 na Przestrzeniach tekstu  
(kategoria: min. 5 reportaży 3/5)

19:34 No comments


"Nie wie, dlaczego zaczepia ludzi na ulicy,
dlaczego tak krzyczy, czemu przesuwa krzesła."


"Powiedziała, że Marta będzie podejrzewana o różne choroby psychiczne."
"Najbardziej boli mnie to, kiedy ludzie dają mi do zrozumienia, że nie umiem wychować syna i jestem złą matką."
"Znajomi przestali nas zapraszać. Tak jakby autyzm był zaraźliwy."
"To dobry chłopiec. Gdy czuje się bezpieczny, nie jest agresywny."
"Może to zabrzmi dziwnie, ale gdy dowiedziałam się, że to autyzm, byłam szczęśliwa."

W zasadzie te cytaty to jest już sedno tego, co w bardzo przystępny i zarazem poruszający sposób przedstawił Jacek Hołub, przybliżając czytelnikowi problemy rodzin wychowujących dzieci ze stwierdzonymi chorobami autyzmu, zespołu Aspergera, czy różnych odmian ADHD.
Oddał głos najbliższym — głównie matkom, ale również jednemu ojczymowi, dyrektorce szkoły, nauczycielowi wspomagającemu, a raz także dziecku. Dosadnie, ale i z wyczuciem, ze zrozumieniem i widoczną empatią przeprowadził nas przez historie rodzin, często uznawanych za patologiczne, z tak zwanymi "niegrzecznymi" dziećmi (dziećmi, które płaczą więcej niż inne, czują więcej, albo zwyczajnie nie potrafią odnaleźć się w rzeczywistości, jaka na nich spada). Zdanie: "Jeśli dziecko zachowuje się niegrzecznie, to oznacza, że chce nam coś zakomunikować. I to my, jako dorośli powinniśmy otoczyć je opieką i uważnością..." mogłoby służyć jako sztandarowe w całym procesie zrozumienia dzieci, które zdaniem innych "odstają", sprawiają kłopoty, często nie zdając sobie z tego sprawy.


"Niegrzeczne", czyli jakie? Hołub przedstawia sylwetki dzieci, u których dopiero po dłuższej diagnozie wykryto jakieś zaburzenia, a które stanowiły dla swoich matek trudny orzech do zgryzienia. "Jak dawałam sobie radę? Nie dawałam", wspomina jedna z nich. Dzieci, które krzyczą, że nie kochają swoich rodziców, by za moment żądać od nich potwierdzenia miłości. Dzieci, którym przeszkadza hałas, z którymi nikt się nie bawi, bo nie mogą usiedzieć w miejscu, szukają zaczepki, nie potrafią normalnie się komunikować. Bo co to znaczy "normalnie"? Mogłabym za autorem podawać konkretne przykłady dzieci odepchniętych (czy wręcz gnębionych) przez rówieśników, a także ich rodziców wykluczonych z życia towarzyskiego, z powodu zachowania tych dzieci. Pisać o wizytach pracowników pomocy społecznej, która zagląda do lodówki, aby sprawdzić na przykładzie jej zawartości, czy rodzina nie jest dysfunkcyjna i czy dziecko nie chodzi głodne. Częsty brak realnej pomocy ze strony szkoły, a nawet najbliższych, niemożność uzyskania odpowiedniej diagnozy i dotarcia do miejsc, w których można ją otrzymać, brak pieniędzy na terapię — to wszystko równoważy się z trafianiem na dobrych specjalistów, którzy jednak stwierdzą, że dziecko nie jest po prostu "niegrzeczne", jak i odnajdywaniem rozwiązań poprawiających temu dziecku życie społeczne (jak na przykład pomoc dobrego nauczyciela wspomagającego).

To wszystko może mądrze brzmi, ale na reportaż Hołuba składają się bardzo proste wypowiedzi, które docierają głęboko. Wiarygodne, szczere historie, bez owijania w bawełnę. Stamtąd dowiedziałam się, jak mylnie postrzegałam problem ADHD (szczególnie ostatni przykład mi to uświadomił), albo jak niewiele wiedziałam o niektórych zachowaniach autystycznych dzieci. To wstrząsa i niepokoi (szczególnie jak jest się mamą szalonego brzdąca), ale to również uwrażliwia na osoby, które mogą wydawać się inne. Na koniec przytoczę jeszcze słowa jednego "niegrzecznego" dziecka: "cały czas ktoś wymaga ode mnie, żebym zachowywał się i myślał tak jak on. A ja mam swój świat. Taki, jaki mi się podoba, w jakim czuję się dobrze i w jakim się odnajduję". Tyle.

Książkę przeczytałam w ramach
Wyzwania czytelniczego 2020/2021 na Przestrzeniach tekstu  

(kategoria: min. 5 reportaży 1/5)


***
Hołub Jacek, Niegrzeczne. Historie dzieci z ADHD, autyzmem i zespołem Aspergera,
Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2020, s. 232 (u mnie ebook).

11:28 No comments
"Moje czyny nie powinny być karalne,
bo to było robione dla przyjemności..."

Kraków. Lata 60-te. Ktoś atakuje nożem kobiety w przedsionkach kościołów. To 1964 rok. Dwa lata później 11-letni Leszek Całek umiera od ran zadanych nożem podczas zawodów saneczkarskich. Tłum ludzi. Chłopiec został zdyskwalifikowany przez niesprawne sanki. Stał z boku. Milicja dociera do potencjalnego podejrzanego, łączy sprawy. Karol Kot, tegoroczny maturzysta technikum energetycznego, ma w swojej kolekcji kilka interesujących noży. Pasjonuje się strzelectwem. Jego trener ma o nim jak najlepsze zdanie. Jego koleżanka trzęsie się ze strachu. 

Przemysław Semczuk z niesamowitym polotem, ale i reporterską rzetelnością odświeża sławny proces Wampira z Krakowa, Krwawego Lolka. Długie dywagacje specjalistów nad poczytalnością oskarżonego, wzburzony Kraków domagający się publicznego linczu, aż w końcu przerażające świadectwo samego Kota, opowiadającego o piciu krwi i o swoich fantazjach, które prawdopodobnie by spełnił, gdyby tylko pozostał na wolności. Doskonale przedstawiona sylwetka mordercy, ale również cały rys sytuacyjny, nerwowe zeznania świadków. Odtworzenie wydarzeń z miejsc przestępstw mrozi krew w żyłach. Uśmiechnięty dzieciak, który demonstruje, w jaki sposób wbił nóż w ciało młodego chłopca. Karol Kot nie wstydził się swoich fascynacji i pragnień. Czasem, gdy nachodziła go potrzeba mordu, wychodził na ulicę i starał się upatrzyć sobie swoją przyszłą ofiarę. Próbował metod z otruciami i podpaleniami. Te nietypowe zainteresowania młodego maturzysty były traktowane przez jego rodzinę i kolegów jako niegroźne dziwactwa. Po długim i głośnym procesie Karol Kot został skazany na karę śmierci przez powieszenie. 

Chociaż postać Wampira z Krakowa mnie osobiście trochę mniej interesowała niż opisywana wcześniej przez Semczuka sprawa Wampira z Zagłębia (Zdzisława Marchwickiego), to muszę przyznać, że M jak morderca zdecydowanie bardziej przypadł mi do gustu. Pamiętam, że przy Wampirze z Zagłębia zarzucałam Semczukowi chaotyczność i denerwujące powtarzanie wątków. Tym razem nie mam się do czego przyczepić. Jest klarownie, solidnie i wyczerpująco. Bardzo dobry materiał.

***  
Semczuk Przemysław, M jak morderca. Karol Kot — wampir z Krakowa, Wydawnictwo Świat Książki, Warszawa 2019, s. 288.

Książkę przeczytałam w ramach Wyzwania czytelniczego 2019 
(kategoria: książka, w której opowiedziano na nowo znaną już historię)
13:00 No comments
"Bała się, że wyjdzie na znachorkę.
Zresztą co by miała napisać?
Marihuana, trzy jointy, dwa machy
raz dziennie?"

W listopadzie 2017 roku przyjęto w Polsce ustawę o legalizacji medycznej marihuany. To oznaczało w teorii, że cudotwórczy susz z konopi indyjskich pojawi się w polskich aptekach jako legalnie dostępny specyfik wystawiany na receptę. Podkreślam — w teorii. W momencie, w którym Aleksandra Pezda kończyła swój emocjonalny, szczególnie odważny i bardzo solidny reportaż (2018 rok) dopiero trzy apteki sprzedawały preparat na bazie konopi, słynny Sativex. Pod koniec 2018 roku miało się to zmienić, dzięki pozyskaniu nowego importera. Jednak w sieci informacje o dostępności leków urywają się na grudniu zeszłego roku. Czytam o pozytywnych prognozach i... o opóźnieniach.

Przyjmowane w postaci czopków, oleju o różnych proporcjach składników konopi CBA i THC, czy typowego bucha ze zwykłego skręta — te zbawienne ziele, kojarzące się z hajem, amerykańskim ruchem Flower Power, czy studencką domówką w rytmie reggae, zalegalizowane już dawno m.in. w Holandii, USA i Izraelu, łagodzi dolegliwości występujące w przebiegu padaczki, stwardnienia rozsianego, w chemioterapii, chorobie Leśniowskiego-Crohna, czy nawet w depresji lub migrenach. To brzmi już całkiem poważnie, prawda? Jednak to zaściankowe, konserwatywne podejście polskiego państwa stało na drodze do leczenia bohaterów reportażu Aleksandry Pezdy. 

Niesamowite, chwytające za serce historie, w których cierpienie zostaje uśmierzane nielegalnymi środkami. W których zrozpaczone rodziny są gotowe wejść w konflikt z prawem, by tylko zdobyć dla bliskich coś, co może niekoniecznie jest w stanie ich zupełnie wyleczyć, lecz przyniesie ulgę i zwróci godność. Z jakim zbulwersowaniem, czy może pobłażaniem oglądaliśmy w wiadomościach newsy o odkrytych plantacjach marihuany, zwłaszcza w małych mieszkaniach, albo piwnicach przeciętnych bloków. Zwykle nie zdawaliśmy sobie sprawy, że większość z nich mogli uprawiać ludzie, dla których marihuana była jedynym antidotum na ból. Na to właśnie uczula czytelnika autorka Zdrowaś mario (jak doskonały jest to tytuł!). Nie boi się wyjść na taras, na którym za chwilę zostanie wyprodukowany nielegalny specyfik, a dym będzie ciągnął się za nią i prowokował podejrzliwe spojrzenia sąsiadów. Nie boi się umawiać z dilerami marihuany nawet do celów rekreacyjnych. Bezpretensjonalnie pokazuje determinację zwykłych ludzi, którzy z niespotykaną odwagą przemierzali granice, by w holenderskiej aptece całkiem na legalu kupić marychę na kilkanaście polskich recept. Od lekarzy, którym mniej lub bardziej zadrżała ręka. Ci, którzy nie załapali się na import docelowy, dopiero po wjeździe do kraju stawali się przestępcami. Dzieci, młodzi dorośli, starsi ludzie. Nikt nie miał oporów przed tak kontrowersyjną terapią, kiedy medycyna konwencjonalna odwracała się do nich plecami.

Co prawda Aleksandra Pezda przedstawiła bardzo jednostronną wersję, w której leczenie ekstraktem z konopii raczej pomaga, często natychmiastowo, mimo że są przypadki, kiedy terapia nie daje żadnego efektu. Warto jednak spojrzeć na ten tekst jak na reportaż interwencyjny. Pisany w momencie, w którym legalizacja marihuany, chociaż stała się już faktem, nadal stanowi obyczajowe i medyczne tabu. Dobry literacko, pełen polotu i dyskretnej empatii, choć gorzki i bolesny.

***
Pezda Aleksandra, Zdrowaś mario. Reportaże o medycznej marihuanie, Wydawnictwo Dowody na Istnienie. Warszawa 2018, s. 240.


Książkę przeczytałam w ramach Wyzwania czytelniczego 2019 
(kategoria: reportaż dotyczący miejsca /miasta, regionu,kraju/, w którym mieszkasz).
15:33 No comments
"Pierwszego dnia po wakacjach, gdy dzieci powoli kończyły lekcje,
w nagrzanym od słońca świerkowym młodniku z Piotrkowa do Koła
Mariusz Trynkiewicz oświadczył milicjantom: To tu, 
i upadł na leśną ściółkę."

Wampir, tudzież bestia z Piotrkowa. Tak nazywają Mariusza Trynkiewicza, który upalnego lata '88 zabił czterech chłopców. Ciała trzech znaleziono zwęglone w lesie, do zabicia czwartego przyznał się sam sprawca. Morderca i pedofil. Pedagog. Uniknął kary śmierci z powodu zmian politycznych i po 25 latach więzienia wyszedł na wolność. To 2014 rok. Aktualnie od czterech lat przebywa w ośrodku w Gostyninie. Maluje, pisze wiersze, sam decyduje o tym, jak i z kim spędza swój czas. Wziął nawet ślub. Krzywda, jaką wyrządził tym młodym chłopcom i ich rodzinom, wyje gdzieś po zalewach, po drodze między Piotrkowem Trybunalskim a Kołem. Strach nieco wyblakł. Pamięć nie. 

Tylko komu i na co już teraz ta pamięć. Matka Trynkiewicza zajmuje się kotem i działką, żyje w zgodzie z sąsiadami, nie chce rozmawiać o synu, bo i po co rozgrzebywać rany. Z rodzicami ofiar też nie chciała rozmawiać. Nikt jej nie wini, kocha swojego jedynaka, polubiła synową. Nie chce wyjaśniać zagadkowych kwestii, przed którymi staje — i stawia swojego czytelnika — Ewa Żarska. Na przykład to, w jaki sposób chuderlawy, zmizerniały facet z wąsem poradził sobie z trzema sprawnymi fizycznie nastolatkami, jak zniósł do piwnicy ich ciężkie ciała. Czy nikt nie słyszał krzyków? Kim był mężczyzna w słomianym kapeluszu, którego często tego lata spotykali wczasowicze? A może Trynkiewicz miał pomocnika, może był satanistą...

Ewa Żarska bardzo sprawnym reporterskim językiem wprowadza czytelnika w klimat wydarzeń tamtego lata. Niezwykła dbałość o detale, stopniowanie napięcia, konkrety i — jak w przypadku Kopińskiej (która wspominała o Trynkiewiczu w Polska odwraca oczy) — profesjonalne usunięcie się w cień. Tu mówią milicyjne akta, świadkowie, poruszające zdjęcia z wizji lokalnej miejsca zbrodni z udziałem Trynkiewicza oraz rodzin ofiar. Żarska tego samego lata, kiedy młody nauczyciel z Piotrkowa zaprosił do swojego mieszkania trzech chłopców, spędzała wakacje z rodziną w Dziwnowie, gdzie w tamtych latach urlopował cały Piotrków. Jej reportaż podszyty pamięcią tamtej beztroskiej letniej atmosfery, zaburzonej groźnym milicyjnym komunikatem o grasującym po Piotrkowie mordercy — jest dość wyczerpujący (moim zdaniem), choć pozbawiony najciekawszego elementu, mianowicie rozmowy z samym Trynkiewiczem, na którą ten nie przystał. A co za tym idzie, brakuje mi szerszego spojrzenia na jego aktualną sytuację, wywiadu z jego żoną, przyszywaną córką, pracownikami Gostynina. Rozumiem jednak, że to nie samo przedstawienie studium mordercy było zamiarem Żarskiej. Spore wrażenie zrobiła na mnie rozmowa z fotoreporterem, który przypadkowo — i jako jedyny! — trafił na wizję lokalną z udziałem Trynkiewicza. Ważne było również podkreślenie tego, że poza dziennikarzami nikt nie interesował się stanem psychicznym rodziny ofiar, czy rodziców mordercy.

Ewa Żarska zebrała świetny materiał i stworzyła reportaż na wysokim poziomie (momentami przypominał mi styl Kopińskiej), a mnie najbardziej przeszyła odpowiedź Trynkiewicza, której udzielił matce jednego z zabitych chłopców. "Nie pamiętam nic, nie słyszałem krzyków. Wiem, że jest to rzecz straszna, nie do naprawienia. Przepraszam rodziców, wszystkie mamy". Mrozi krew. 

***
Żarska Ewa, Łowca. Sprawa Trynkiewicza, Wydawnictwo Znak. Litera Nova, Kraków 2018, s. 240.
13:52 No comments
"Krzysztof Miller, fotoreporter, który popełnił dwa lata temu 
samobójstwo, napisał do mnie krótko przed śmiercią, 
że może za dużo robię tych tematów. 
Że powinnam na siebie uważać."
  

Mocno, ale nie za mocno. I nie tylko o kobietach, a może nawet nie do końca o nienawiści. Ciekawe, że w obliczu reportaży Justyny Kopińskiej zawsze przychodzi mi do głowy określenie "mocne", jakbym miała coraz bardziej ograniczony zasób słownictwa. W recenzji reportażu Polska odwraca oczy (ukazała się ona na moim dawnym blogu) wspominałam chyba nawet o "kopaniu". Rzeczywiście w jakości przekazu i samym podejściu Kopińska nie ma sobie równych. Z jednej strony zaskakuje czytelnika minimalizmem treści, nie wyczerpuje danego tematu, akcentuje problem i skłania do refleksji, działania, zabrania głosu. Z drugiej — bombarduje niekiedy bulwersującymi szczegółami. Robi to bardzo umiejętnie, bo sztuką jest wpleść między relacje zdanie: "Jadę. Mam mszę wieczorną w Stargardzie — rzucił po gwałcie" i nie narazić się na tabloidowość. Zadziornie, bezkompromisowo, ale z zachowaniem odpowiedniego dystansu.

Trudno jednak o emocjonalny dystans w reportażu o księdzu wykorzystującym seksualnie nastolatkę. Albo o zachowanie zimnej krwi w historii o Violetcie Villas (chociaż tutaj czułam niedosyt), czy o pedofilach, którzy też chcą mieć swoje miejsce w katolickim kościele. Realnie współczułam dyrektorowi więzienia, który sam chciał być więźniem, ale już nieco mniej poruszyły mnie teksty o molestowaniu w armii, czy o fatalnej pracy polskiego wydziału kryminalnego. Za to prawdziwym zaskoczeniem był wywiad z Justyną Kopińską! I chyba to on — w moim mniemaniu — uratował Z nienawiści do kobiet. Prawdopodobnie najbardziej nie zadowoliła mnie kwestia doboru tematów. Pamiętam, że po przeczytaniu zbioru Polska odwraca oczy jak szalona wciskałam go do rąk każdej przypadkowej osobie, przekonana, że ludzie MUSZĄ to przeczytać. Po tej pozycji mam nieco inne wrażenia. Mocno, nie za mocno, ale odpowiednio. Dla czytelników o nerwach umiarkowanych, a to w sumie też spory pozytyw.

***
Kopińska Justyna, Z nienawiści do kobiet, Świat Książki, Warszawa 2018, s. 224.
11:19 No comments
Older Posts

Od autorki

About Me

Witaj na stronie Przestrzeni
i rozgość się.
Znajdziesz tu literaturę historyczno-podróżniczą, reportaże, klasykę grozy, tajemnicze powieści.
Często wracam również do książek dla dzieci, dobrego sci-fi, czy Stephena Kinga.

KSIĄŻKA NA DZIŚ

Martwa strefa | Stephen King

2026 Reading Challenge

2026 Reading Challenge
Przestrzenie has read 0 books toward her goal of 30 books.
hide
0 of 30 (0%)
view books

RODZAJ

  • literatura amerykańska (72)
  • literatura angielska (47)
  • literatura australijska (3)
  • literatura francuska (3)
  • literatura hiszpańska (2)
  • literatura irlandzka (5)
  • literatura koreańska (1)
  • literatura niemiecka (8)
  • literatura norweska (7)
  • literatura polska (69)
  • literatura portugalska (2)
  • literatura szwedzka (14)
  • literatura słowacka (5)

Autor

  • Abbott Rachel (4)
  • Bradbury Ray (1)
  • Christie Agatha (1)
  • Clarke Arthur C. (1)
  • Dick Philip K. (2)
  • Forster Edward Morgan (1)
  • Gaiman Neil (1)
  • Greene Graham (2)
  • Herbert Frank (1)
  • Hesse Hermann (1)
  • Hill Susan (1)
  • Jackson Shirley (2)
  • Jacobsen Roy (3)
  • Jansson Tove (2)
  • Karika Jozef (4)
  • King Stephen (8)
  • Lem Stanisław (2)
  • Link Charlotte (2)
  • Paris B. A. (3)
  • Puzyńska Katarzyna (5)
  • Sapkowski Andrzej (2)
  • Stone Tom B. (2)
  • Theroux Paul (2)
  • Urbanowicz Artur (1)
  • Ware Ruth (2)
  • Wiśniewska Ilona (3)
  • du Maurier Daphne (2)
  • Łuszczyński Dominik (8)

Ilustrator

  • Aisato Lisa
  • Chmielewska Iwona
  • Dziubak Emilia
  • Jeram Anita
  • Klassen Jon
  • Martin Emily W.
  • Rutten Mélanie

Wydawnictwo

Akapit Press Albatros Amber Bum Projekt C&T Czarne Czuczu Czwarta Strona Dowody na Istnienie Dwie Siostry Dwukropek Egmont EneDueRabe Ezop Feeria Filia Format Gereon Grupa Wydawnicza Foksal Harper Collins Książkowe Klimaty Kultura Gniewu MAG Mamania Marginesy Media Rodzina Nasza Księgarnia Novae Res Otwarte Pascal Planeta Czytelnika Prószyński i s-ka Rebis Replika Sonia Draga Supernowa Słowne TADAM Tako Tekturka Vesper Videograf W.A.B. Wielka Litera Wilga Wydawnictwo AA Wydawnictwo Dolnośląskie Wydawnictwo Kropka Wydawnictwo Literackie Wydawnictwo Poznańskie Wydawnictwo Warstwy Wytwórnia Zakamarki Zielona Sowa Znak Zysk i S-ka audioteka Świat Książki

Zaglądam do:

  • unSerious
    Cykl: Zastępy Anielskie # 0.5: Żarna niebios
  • To przeczytałam
    Andrzej Szypulski - Wariatki mają szczęście
  • Przeczytałam książkę
    "African Titanics" Abu Bakr Kahal
  • made by bibi
    Aleja włókniarek
  • K-czyta | Blog książkowy
    Krótkie podsumowanie września
  • Qbuś pożera książki
    Trutka dla optymistów, czyli „Masa krytyczna i inne materiały rozszczepialne” Petera Wattsa
  • Świat fantasy
    Zapowiedzi październik 2026
  • Jeden akapit
    „Rozmyślania” Marek Aureliusz
  • Koczowniczka o książkach
    „Zdjęcie z profilu” Jerzy Edigey
  • Książki na plaży
    "Lato w Baden" Leonid Cypkin
  • ex libris Marty - blog o czytaniu, głaskaniu, wąchaniu oraz tuleniu książek i komiksów
    Post Świętego Michała Archanioła - ks. Mateusz Szerszeń CSMA
  • Dosiakowe Królestwo
    Nie z tego świata. Na tropie zjawisk paranormalnych - Ben Machell
  • Books Far From The Crowd
    Jak nie przeczytałam stu książek w rok
  • Spacer wśród słów
    Sosuke Natsukawa "O kocie, który ratował bibliotekę" - recenzja
  • Literackie skarby świata całego
    Moja walka. Skarbowa opowieść o roku 2025 [podsumowanie]
  • Varia czyta
    Karuzela z Mordercami - Alex Rogoziński
  • Wokół Faktu
    5 książek na Dzień Mamy idealnych na prezent. Te nowości wywołają uśmiech na twarzy mamy
  • Klasyka literatury popularnej
    Duchy nocy wigilijnej.
  • Czytam to i owo...
    PIKNIKI Z KLASYKĄ: O "Oliverze Twiście" rozmawiamy w 208. rocznicę urodzin Charlesa Dickensa
Pokaż 5 Pokaż wszystko

Wszystkie treści zamieszczane na tym blogu (zarówno teksty, jak i fotografie) są mojego autorstwa i są chronione prawem autorskim [Dz.U.1994 nr24 poz.83, Ustawa: 4.02.1994 r. o prawie autorskim i prawach pokrewnych].

Wizyty

© Przestrzenie tekstu 2026

Created with by ThemeXpose